Brawo Lewandowski! Xavi wreszcie to zrobił. Natychmiastowy efekt

Dawid Szymczak
Dawno Barcelona nie zagrała tak dobrego meczu, jak przeciwko Getafe. 4:0 oddaje jej przewagę i nie zakrzywia rzeczywistości. Miała lepszy plan, kontrolowała grę i nieustannie dążyła po więcej. Robert Lewandowski, po czterech z rzędu meczach z golem, tym razem nie miał ani jednej bramkowej okazji. Xavi przygotował dla niego inne zadania.

Oto w połowie sezonu, po kilku miesiącach nieustannej krytyki Xaviego Hernandeza, zapowiedzianym odejściu z końcem sezonu, dowiedzieliśmy się o jego Barcelonie czegoś nowego. Jedno długie podanie od Julesa Kounde do Raphinhi, które otworzyło drzwi do zdobycia pierwszej bramki, pokazało, że Xavi nie zna tylko jednego sposobu gry w piłkę, nie wierzy wyłącznie w credo Johanna Cruyffa i w razie potrzeby potrafi od niego odejść. Co ważne - z ewidentną korzyścią dla zespołu.

Zobacz wideo Wychodzili z filmu "Kuba" i płakali. Prawdziwe życie. "Na tym nam zależało"

Xavi zaskakuje. I dobrze!

Wreszcie nikt nie może mieć wątpliwości, że trener Barcelony w trafny sposób przeanalizował Getafe - rywala na wskroś niewygodnego, grającego bardzo agresywnie i bezpośrednio. Dostosował się. Też postawił na bardziej bezpośrednią grę. Zmienił zadania skrzydłowym, sposób rozegrania piłki i obowiązki Roberta Lewandowskiego. W tym podaniu francuskiego obrońcy nie było wielkiej finezji - ot, piłka kopnięta z własnej połowy na drugą do szybkiego skrzydłowego, który już po chwili uderzył tuż obok bezradnego bramkarza. Ale było ono skuteczne, zaskoczyło obrońców, doprowadziło do zdobycia bramki i wyjścia na prowadzenie. Pokazało, że Barcelona może zaatakować inaczej. 

Jeden z głównych zarzutów wobec trenera Barcelony, powtarzalny od miesięcy, jest przecież taki, że w każdym meczu, niezależnie od rywala, jego wad i zalet, próbuje grać to samo. Plan B? Najczęściej nie istniał. Oczywiście, Barcelona nie zawsze go potrzebowała, bo jej piłkarze indywidualną klasą potrafili pokonać przeciwników nawet, jeśli nie stał za tym żaden misterny plan trenera. Tyle że Getafe to zespół specyficzny, fizycznie mocny i ułożony taktycznie. Żadne spotkanie z nim nie należy do przyjemnych. Jego piłkarze faulują najczęściej w lidze, dostają najwięcej żółtych i czerwonych kartek. Barcelonie nie leży - bezbramkowo zremisowała z nim aż trzy z czterech ostatnich meczów, a ten jeden w bólach wygrała 1:0. Od lat przyjemność gry z tym zespołem porównywana jest do wizyty u dentysty. Teraz nie miało być inaczej. Xavi narzekał ponadto, że grać trzeba już w sobotę po południu, już niecałe trzy doby po spotkaniu Ligi Mistrzów w Neapolu.

Bycie trenerem Barcelony jest trudne z wielu powodów. O kulturze gry dyskutuje się wokół Camp Nou więcej niż gdziekolwiek indziej. Wszędzie kibice pragną zwycięstw, ale ci z Barcelony chcą wygrywać w określony sposób. Piękno ma określone ramy. Na styl gry wpływa zmitologizowana i opowiadana wybiórczo historia - ta starsza z czasów Cruyffa i świeższa z okresu Guardioli. Chociaż ich zespoły nie zawsze grały koronkowo, to tak zostały zapamiętane. Xavi jest legendą, bo jako piłkarz uosabiał ważne dla klubu wartości i zdobył wszystkie najważniejsze trofea. Jego powrót w roli trenera był przyjęty tak entuzjastycznie nie dlatego, że miał doświadczenie i sporo sukcesów, ale dlatego, że wydawał się najbardziej odpowiednią osobą, by do tych wartości wrócić. Wręcz był tego obietnicą. Ale w praktyce Barcelona nie zawsze potrafiła ten jego pomysły wdrożyć. Bywała bezradna. Często grała jałowo. Miała piłkę i problem co z nią zrobić. Trenerzy rywali wiedzieli, czego się spodziewać. I to w dużej mierze wpłynęło na rozczarowujące wyniki w tym sezonie.

Nowe zadania dla Roberta Lewandowskiego. Barcelona od schematów do fantazji

Ale Xavi w obliczu spotkania, które zapowiadało się jako trudne i nieprzyjemne, zdecydował się odejść od dogmatów. Wykorzystał fakt, że obrońcy Getafe ustawiają się bardzo wysoko i zostawiają za plecami sporo miejsca. Lewandowski, mimo że Xavi nie jest fanem jego schodzenia do środka pola i próby rozegrania, tym razem zbiegał w głąb boiska i ciągnął za sobą stoperów, a wówczas skrzydłowi - Raphinha i Joao Felix, szybsi od Polaka, wbiegali za jego plecy i czekali na zagraną od obrońców piłkę. Akcja rozegrana według tego nieskomplikowanego schematu nie tylko przyniosła gola na 1:0, ale jeszcze dwie bardzo groźne okazje, zmarnowane przez Raphinhę.

Próbę zmiany i nieco bardziej bezpośredniej gry było widać już w poprzednich spotkaniach. Remis z Napoli zostawił po sobie słodko-gorzki posmak, bo chociaż Barcelona dominowała, imponowała pressingiem, oddała dwa razy więcej strzałów, stworzyła więcej dogodnych okazji, to zabrakło jej lepszej kontroli i dobicia rywala, więc zamiast wygrać i już jedną nogą być w ćwierćfinale, wciąż niczego nie jest pewna. Już wtedy w wielu elementach było widać zamianę na lepsze - choćby w grze Andreasa Christensena przestawionego ze środka obrony do środka pomocy, w skuteczności Roberta Lewandowskiego, we współpracy Polaka z Ilkayem Gundoganem czy w asyście Pedriego.

Z Getafe sprawdziło się niemal wszystko. Udało się poprawić niedociągnięcia z Neapolu - już nie zabrakło kontroli, już na początku drugiej połowy Joao Felix strzelił drugiego gola dla Barcelony i dobił rywali. O ile pierwsza połowa była schematyczna (w dobrym tego znaczeniu), o tyle po przerwie coraz więcej w grze Barcelony były finezji i polotu. Dowodem akcja Frenkiego De Jonga, która przyniosła gola na 3:0. Wynik zrobił swoje. Wprowadzenie do składu Raphinhi, który jest niezwykle chaotyczny i nieprzewidywalny, także na to wpłynęło. Brazylijczyk strzelił gola i miał asystę, ale powinien mieć przynajmniej jeszcze dwa trafienia. I przy nich akurat asysty zanotowałby Lewandowski. 

Polak, który w ostatnich tygodniach wyraźnie odżył i prezentuje się najlepiej od mundialu w Katarze, przeciwko Getafe nie zaliczył piątego meczu z golem. Grał jednak bardzo zespołowo i za to należą mu się brawa. Ściągał na siebie uwagę obrońców i robił miejsce kolegom. Drużyna z tego korzystała. Sam nie miał ani jednej okazji do zdobycia bramki. Było w tym również nieco przypadku - choćby przy czwartej bramce, gdy David Soria odbił strzał Vitora Roque. Piłka spadła wtedy prosto pod nogi Fermina Lopeza. Lewandowski stał raptem półtora metra obok niego i też był gotowy dokończyć tę akcję. Polak nie miał jednej akcji, w której błysnąłby, jak w Neapolu, ale generalnie potwierdził to, co obserwujemy od kilku meczów - że czuje się lepiej, a piłka bardziej go słucha. Tyle że akurat tym razem, znajdowała w polu karnym innych piłkarzy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.