"Musieliśmy z niego zrezygnować. Dokonał wyboru". Zieliński trafił na szaleńca

Dawid Szymczak
Zieliński i De Laurentiis
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza Screenshot TT: https://twitter.com/SimoneTogna/status/1750898488211132518

Neapol otaczają dwa wulkany - Wezuwiusz i Aurelio De Laurentiis, producent filmowy i prezes w starym włoskim stylu: apodyktyczny, autorytarny, choleryczny i niezwykle skuteczny. Świętości nie uznaje, z kibicami wciąż jest na wojnie, bo zamiast machać flagą, wymachuje drukami z Excela. Często idzie pod prąd - bez skrupułów żegna legendy, kiedyś za karę odsunął Milika, teraz to samo robi z Zielińskim, bo obok śmierci i podatków tylko jedno w życiu wydaje mu się pewne: że zawsze ma rację.

Akurat Piotr Zieliński zna Aurelio De Laurentiisa doskonale. Był już w zespole, gdy właściciel Napoli po serii słabych wyników wysłał piłkarzy na karne zgrupowanie, a na tych, którzy się zbuntowali, nałożył kary na łączną sumę 2,5 mln euro. Zieliński pamięta też atmosferę w klubie po odejściu Driesa Mertensa i Lorenzo Insigne, uwielbianych przez kibiców liderów zespołu, których okres przydatności według De Laurentiisa się skończył. Gdy płakał cały Neapol, De Laurentiisowi nawet nie drgnęła powieka. Nie jest sentymentalny. Wielu piłkarzom na pożegnanie zarzucał zachłanność i niesłowność. Zieliński z pewnością nie zapomniał też, jak Arkadiusz Milik zaraz po odmowie przedłużenia kontraktu, został wygoniony na trybuny. I najpewniej słyszał szokujące wypowiedzi właściciela Napoli sprzed lat, gdy ostrzegał kuszonych przez angielskie kluby piłkarzy, że źle się tam żyje, jedzenie jest niedobre, a kobiety nie myją genitaliów. Polak co prawda nie spotkał się w szatni z Ezequielem Lavezzim, ale i tak wszyscy związani z Napoli słyszeli, jak De Laurentiis mieszał z błotem jego agenta i groził, że któregoś dnia "utnie mu jaja". 

Zobacz wideo Probierz odpowiada na głośne słowa Lewandowskiego

Zdziwieni degradacją Zielińskiego i niezgłoszeniem go do Ligi Mistrzów mogą więc być wszyscy, ale nie sam Zieliński. Jego agent, oskarżany przez De Laurentiisa o to, że wyczuwa pieniądze, też mógł się takiego ruchu spodziewać. Scenariusz jest podobny, jak przy odejściu innych ważnych piłkarzy. Najpierw była zabawa w niedopowiedzenia, gdy De Laurentiis stwierdził, że Zieliński jest z Polski, więc może dlatego woli mgłę niż słońce i morze, a później dosadne i wypowiedziane wprost oskarżenie o romans z Interem. Właściciel Napoli nadmienił przy tym, że proponował Zielińskiemu wyższą pensję niż klub z Mediolanu, ale agent już namieszał mu w głowie. A wykreślenie Polaka z najbardziej prestiżowych rozgrywek? - To żadna zemsta ani kara - bezskutecznie przekonuje De Laurentiis. - Musieliśmy zrezygnować z Zielińskiego. To świetny facet i zawodnik z najwyższej półki, ale dokonał wyboru. My go znamy, wiemy, co może dać na boisku. Ale teraz musimy sprawdzić, już pod kątem kolejnego sezonu, nowych piłkarzy. Zobaczyć, jak grają - argumentuje. 

- De Laurentiis ma we Włoszech szczególny status, bo sam jest szczególny i faktycznie jest w jego działaniach trochę szaleństwa. On chciałby wszystkim sterować i kierować samemu. Chciałby, żeby to była tylko jego zasługa. Na dłuższą metę tak się nie da, co nie zmienia faktu, że trzeba docenić wszystko, co zrobił w Napoli. Zrobił z tym klubem wielki krok do przodu - stwierdził Zbigniew Boniek w rozmowie z "Faktem". I trafił w sedno, bo o De Laurentiisie trudno mówić jednoznacznie dobrze. A jeszcze trudniej - jednoznacznie źle.  

Właścicieli i prezesów nazwał "kretynami", dziennikarzom wyznał, że wstydzi się być Włochem

Mówią za to, że Aurelio De Laurentiis śpi kilka godzin w nocy, a później śni na jawie. Wyprodukował ponad 400 filmów i mistrzostwo Włoch dla Napoli. A wszystko w atmosferze skandali, kłótni i barwnych porównań. Wierzy, że bez konfliktu nie ma postępu i zgadza się z Curzio Malaparte, który w powieści "La Pelle" wielokrotnie powtarzał, że nigdy nie zrozumie Neapolu.

De Laurentiis jest zdania, że i tak intuicja jest ważniejsza niż wiedza. To dzięki intuicji trafił przecież w gusta Włochów, produkując "cinepanettoni" - komediowe seriale emitowane zawsze w okresie Bożego Narodzenia, które przez blisko 30 lat były oglądane przez całe rodziny i wrosły w świąteczną tradycję. Ma fanów i zagorzałych krytyków. Złośliwi żartują, że w jednym zdaniu potrafi dwa razy się ze sobą pokłócić. Elektryzuje i hurtowo dostarcza materiał do tworzenia krzykliwych nagłówków. Wszystko w jego życiu wydaje się częścią przedstawienia. Dwanaście lat temu, zaraz po losowaniu terminarza Serie A, które uznał za ustawione, bo Napoli najtrudniejszych rywali trafiło w pierwszych tygodniach sezonu, zwyzywał innych właścicieli i prezesów od "kretynów", a dziennikarzom powiedział, że wstydzi się być Włochem i zamierza wrócić do kręcenia filmów. A po chwili zatrzymał przejeżdżającego motocyklistę, wskoczył mu na tylne siedzenie, wykrzyczał, że nazywa się De Laurentiis i chce stąd natychmiast zniknąć. Filmowo.

Dzisiaj prawdopodobnie myśli o innych prezesach dokładnie to samo, co wcześniej, ale wciąż jest w piłce - bogatszy o dwa Puchary Włoch, jeden Superpuchar i wyczekiwane od czasów Maradony krajowe mistrzostwo. Napoli zdobyło je w najmniej spodziewanym momencie, akurat po burzliwym lecie, w którym z klubu odeszli David Ospina, Lorenzo Insigne, Dries Mertens, Kalidou Koulibaly i Fabian Ruiz. I nie dość, że trzon zespołu został rozmontowany, to nazwiska następców kibice musieli sprawdzać w internecie: Chwicza Kwaracchelia wcześniej grał Rubinie Kazań i Dinamie Batumi, a Kim Min-jae przechodził z Fenerbahce i kojarzył się Włochom z marką pampersów "Kim & Kimmy". Aurelio tłumaczył, że od artystów występujących solowo znacznie bardziej ceni dobrze zgrane orkiestry, ale kibice w tym czasie wieszali w całym mieście banery z hasłem "A16" - to numer autostrady, którą De Laurentiis powinien wynieść się z Neapolu do Bari, gdzie ma swój drugi klub. Resztę historii wszyscy znają - Kwaracchelia okazał się "Kwaradoną", Kim czołowym stoperem ligi, a Napoli po 33 latach oczekiwania zdobyło scudetto. De Laurentiis po ostatnim meczu chwycił za mikrofon i przemawiał do pulsujących trybun ze środka stadionu, który ledwie kilka lat wcześniej, podczas ostrego konfliktu z burmistrzem, nazwał toaletą. To był jego triumf. Mistrzostwo zdobył ekonomicznie i roztropnie pod względem finansowym. Czyli tak, jak lubi i zawsze chciał. "Znów miałem rację" - mógł pomyśleć. I nic nie mogło mu przynieść większej radości.

Aurelio De Laurentiis - szaleniec czy cudotwórca? "Nie kocham Neapolu, kocham Napoli"

Kupił Napoli w jego najczarniejszej godzinie - podczas urlopu w 2004 r., gdy sam wylegiwał się na wyspie Capri. Przeczytał w gazecie, że klub bankrutuje i przyszły sezon rozpocznie w Serie C. - Wyłożyłem za ten świstek papieru 33 mln euro, jedną trzecią tego, co proponowałem w 1999 roku. I tak rozpoczęliśmy nową przygodę - wspomina. Zapowiadał, że pięć lat wystarczy mu, by z powrotem wprowadzić Napoli do najwyższej ligi. Uwinął się jeszcze szybciej - w dwa lata, mimo że początkowo nawet nie znał przepisów gry w piłkę. Nigdy nie był fanem sportu. Jeśli już włączał jakiś mecz, to koszykarski. To była biznesowa inwestycja, jedynie podlana rodzinnym sentymentem. De Laurentiisowie pochodzą z Torre Annunziata, niewielkiego miasteczka nieopodal Neapolu. Dino, jego słynny wujek, który rozpoczął filmowy biznes i został ojcem chrzestnym włoskiego kina, przeniósł się do Rzymu, a później pociągnął za sobą brata - Luigiego, ojca Aurelio. Właściciel Napoli przyszedł na świat już w stolicy, czego kibice jego klubu nigdy mu nie zapomnieli, dlatego dla wielu z nich to po prostu "Il Romano" - outsider ze znienawidzonego Rzymu, snobistyczny, wyniosły i pozbawiony typowych dla południa czułości i pasji. To zawsze była oś sporu między nim a kibicami.

- Odnieśliśmy sukces, ponieważ zacząłem stosować w piłkarskim świecie to, czego nauczyłem się przez wiele lat w branży filmowej - stwierdził 73-letni De Laurentiis. - Moim celem zawsze było zwycięstwo, ale przy jednoczesnym utrzymaniu stabilności finansowej.

De Laurentiis od razu odciął się od mafii, która przed jego przyjściem prała w klubie brudne pieniądze, zarabiała na ustawianiu meczów i zabierała część pieniędzy z transferów. Piłkarzom proponował podobne kontrakty do tych, które podpisywał z aktorami. To Napoli ma 100 proc. praw do wizerunku swoich zawodników, więc decyduje, w których reklamach wystąpią i chce na tym zarabiać. De Laurentiis proponuje za to wyższe wynagrodzenie. Coś za coś. Ma też wpływ na aktywność medialną piłkarzy. Każdy klub chciałby kontrolować, na jaki temat i w którym momencie będą wypowiadać się jego zawodnicy. Ale Napoli rzeczywiście to robi. De Laurentiis od podstaw zbudował dział PR, marketingu i reklamy. Dopiero gdy przejął Napoli, to klub, a nie mafia, zaczął odpowiadać za sprzedaż gadżetów. Szedł po bandzie. Powtarzał, że prawdziwi kibice kupują prawdziwe koszulki z klubu, a reszta jest dla fałszywych. Miejscowi kibice narzekają na rosnące ceny biletów. Ultrasi denerwują się, bo stracili przywileje. Czują, że De Laurentiisa bardziej interesuje dziś międzynarodowy kibic. Badanie Nielsena sprzed dwóch lat wykazało, że Napoli ma już poza Włochami 83 mln kibiców. De Laurentiis twierdzi, że po wygraniu mistrzostwa jest ich już 120 mln. Napoli jest sprawnym biznesem, tylko przez pierwsze trzy lata - do 2006 r. - przynosiło straty. Później nie miało już finansowych problemów, które trapią wiele włoskich klubów. - Kibiców to nie przekonuje. Sport i przemysł to dwa różne światy. Fanów nie obchodzi, jaki masz bilans na koniec roku. Dla nich lepiej, żebyś zbankrutował, ale wygrywał - mówi ironicznie.

Kibice podszczypują De Laurentiisa, że do zarządu wprowadził całą swoją rodzinę - trzech synów i żonę Jaqueline, która troskliwie przypomina żonom zawodników, że przed ważnymi meczami powinny zostawić ich w spokoju. Nie potrafią mu wybaczyć, że nie ma nawet biura w Neapolu. W rewanżu on im przypomina, komu zawdzięczają przetrwanie i dzięki komu od lat mogą w środku tygodnia przychodzić na mecze europejskich pucharów. - Wszyscy muszą zdać sobie sprawę, a kibice przede wszystkim, że trzeba twardo stąpać po ziemi. Bo tu, w Neapolu, nic nie działa! Nic! Nie ma tak, że działa wszystko, a piłka nożna jest wyjątkiem. Nie! W Neapolu działa tylko piłka! - grzmiał, a na koniec dodał jeszcze: - Nie kocham Neapolu, kocham Napoli.

De Laurentiis można wiele zarzucić, ale niejeden klub modli się o tak skutecznego właściciela.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...