Takiego Kloppa nie widzieliśmy nigdy. Ewenement. To wydawało się niemożliwe

Dawid Szymczak Piotr Wesołowicz
Juergen Klopp
screen https://twitter.com/LFC/status/1750837479379529852

Odejście Juergena Kloppa - a w zasadzie forma i szczerość, z jaką ogłosił swoją decyzję trener Liverpoolu - mimo wszystko krzepi. Oto wulkan energii, człowiek z niegasnącym uśmiechem, również ma prawo być wyczerpany. A przyznanie się do słabości oznacza wielką moc.

Zrobił to w swoim stylu. Bez błyskających fleszy i dziesiątek mikrofonów. Bez nadęcia, patosu. W szarym, wyciągniętym swetrze przysiadł w jednym z biurowych pomieszczeń. Za sobą miał zieleń murawy.

Zobacz wideo Ireneusz Jeleń ocenia karierę Roberta Lewandowskiego

– Odchodzę po tym sezonie. Wiem, że może być to szokiem dla wielu, ale mogę to wyjaśnić, a przynajmniej spróbować – mówił do swoich fanów, wyznawców Juergen Klopp. – Kocham wszystko, co dzieje się w klubie, kocham to miasto. Ale mam pewność, że muszę to zrobić. Jestem… – zawiesił głos – Jakby to powiedzieć? Wyczerpany z energii.

I natychmiast dodał: – Wszystko ze mną w porządku, nie mam żadnego kłopotu. Ale wiem, że nie mogę robić tej samej roboty raz jeszcze, raz jeszcze i raz jeszcze…  

Gdy półgodzinna drzemka w ciągu dnia już nie wystarcza

Akurat ten, który wydawał się mieć bak bez dna i pędził przez całe zawodowe życie, znienacka przyznał, że skończyło mu się paliwo. Juergen Klopp po zakończeniu tego sezonu odejdzie z Liverpoolu i najpewniej zrobi sobie pierwszą dłuższą przerwę od 2001 r., bo - jak tłumaczy w emocjonalnym nagraniu - nie ma już siły. Po prostu. Nadszedł moment, który szkicował jeszcze podczas pandemii, gdy przebąkiwał na konferencjach prasowych, że może wytrzyma do 2024 r., ale w końcu powie wszystkim "dziękuję bardzo!". Wtedy mówił to z szerokim uśmiechem, energicznym jak zawsze głosem, więc nie wszyscy traktowali to poważnie. Zresztą, pandemia emocjonalnie przygniotła wielu i w tygodniach wolnych od meczów łatwiej było o poważne refleksje i fundamentalne deklaracje. Dwa lata później, przedłużając kontrakt z Liverpoolem do 2026 roku, sam żartował, że może wtedy się nie doszacował i wciąż ma ochotę na więcej. Pasowało to do wizerunku niewyczerpywalnego. 

Już w Mainz, gdzie na początku wieku zaczął trenerską pracę, zostawił po sobie legendy, ile to godzin na dobę potrafi pracować i jak wydajny pozostaje. A później - po prawie ośmiu latach - bez dnia przerwy zaczął w Borussii Dortmund wspinaczkę na absolutny szczyt. Pędził z ligowych meczów na spotkania Ligi Mistrzów i z powrotem. Jedno mistrzostwo, drugie mistrzostwo, Puchar Niemiec, finał Ligi Mistrzów na Wembley. 180 zwycięstw, 65 remisów, 73 porażki - liczby skrywające gigantyczne emocje, poświęcenie, radość, żal i wątpliwości. Później krótki przystanek - trzy miesiące, jeden głębszy oddech. Wreszcie Anglia i Premier League - liga najlepszych trenerów na świecie, najtrudniejsza, najszybsza, z Pepem Guardiolą na torze obok. I znów ta sama wyczerpująca droga na szczyt - najpierw Liga Mistrzów, zaraz potem krajowe mistrzostwo, Puchar Anglii i Puchar Ligi. 464 mecze. Kolejne w drodze, bo to jeszcze nie koniec. Latem Liverpool znów został wymyślony na nowo i znów jest pierwszy w tabeli

Akurat kilka dni temu o zawrotnym tempie i presji, która przykleja się do każdego trenera będącego na szczycie, rozmawialiśmy z Łukaszem Piszczkiem. Wywiad ukaże się w lutym, ale nikomu nie zepsujemy zabawy wspominając jeden z fragmentów dotyczący Kloppa. Piszczek sam stawia pierwsze trenerskie kroki - ma już licencję UEFA B+A i prowadzi trzecioligowy klub ze swojego rodzinnego miasta - LKS Goczałkowice Zdrój. I choć od wielu osób słyszy, że ma predyspozycje, by zajść daleko, idzie bardzo ostrożnie. Nie deklaruje, że w ogóle zostanie trenerem, bo na razie tylko sprawdza, jak to jest i czy ta praca na pewno jest dla niego. Jego ostrożność i zachowawczość potęguje to, że z bliska przyglądał się pracy Kloppa w Dortmundzie.

Piszczek, jak mało kto, wie, jakie są koszty bycia trenerem. On jak nikt rozumie, że bycie trenerem to półtorej godziny emocji przy ławce, a później sześć dni emocji na boisku i w gabinecie. Jeden zespół w szatni, drugi zespół w gabinecie obok, bo asystentami też trzeba umieć zarządzać. To oczekiwania - od wielotysięcznego tłumu na stadionie, milionów w internecie i te, które najtrudniej odgonić - wobec samego siebie. A to wszystko jest tym cięższe, że Klopp już dawno przestał być jedynie trenerem Liverpoolu, a stał się symbolem klubu i całego miasta, kluczową osobą w całej organizacji, magnesem dla piłkarzy. Zapracował na ten prestiż, ale w pakiecie dostał też gigantyczną odpowiedzialność. Piszczek pytał zresztą Kloppa, gdy odwiedził go kilka miesięcy temu w Liverpoolu, sprawdzając się w roli dziennikarza Viaplay, skąd ma energię, by wciąż pracować w takim tempie. Niemiec odpowiedział, że wystarcza mu półgodzinna drzemka w ciągu dnia. I głośno się zaśmiał. Piszczek też się uśmiechnął, ale przypuszczał, że przy wyłączonej kamerze odpowiedź mogłaby być inna.

Najbardziej ludzka wersja Jurgena Kloppa

To, co nas – autorów tego tekstu – cieszy wyjątkowo, to szczerość Kloppa. Nie mówił o potrzebie nowych wyzwań, nie próbował wskrzeszać w sobie pokładów energii, odgrywać roli wiecznie uśmiechniętego, który lada moment wróci i dostarczy nam kolejnej energetycznej pigułki. Niemiecki trener powiedział wprost, niemal patrząc nam prosto w oczy: – Jestem wyczerpany. Jestem zmęczony.  

A do tego: muszę na chwilę zniknąć. Odciąć się. Pomyśleć o sobie. To niezwykle cenna lekcja – zwłaszcza w czasach, które chcą nam wmówić, że jeśli przez chwilę nie będziemy "najlepszą wersją siebie", przepadniemy.   

Jest w tym odejściu Kloppa również pewna pociecha. Tak samo jak po słynnym ciosie Zinedine'a Zidane'a w finale mundialu w 2006 r. Francuz mógł skończyć karierę ze złotem na szyi, ale zburzył swój stawiany na futbolowego życia pomnik – i to w sposób tak bardzo pospolity, ciosem z główki. Zarazem jednak dał nam wszystkim ważną lekcję – ja też jestem tylko człowiekiem. Na pomniki przyjdzie czas.  

Klopp również jest człowiekiem. Zgadza się – widząc jego uśmiech, nasze kąciki ust za każdym razem także rozbiegały się w przeciwne strony. Widząc, jak podnosił puchary, czuliśmy, że my też wyciągamy ręce w geście triumfu. Tym bardziej nie obrażajmy się na jego przerwę. Nigdy nie wydawał się bardziej ludzki niż tego dnia.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...