Real obnażył Barcelonę. Jak surowy profesor wytknął jej błędy i wykorzystał każdą niepewność. Wygrał 4:1, zgarnął Superpuchar Hiszpanii, a Katalończykom kazał zwątpić w nową erę, której nadejście szumnie ogłaszali rok temu, gdy to oni paradowali z trofeum. Wtedy w Arabii Saudyjskiej rozwiązali większość problemów. Teraz niemal wszystkie pogłębili.
Kontaktowy gol Roberta Lewandowskiego był jak pustynny miraż dający kibicom Barcelony złudną nadzieję, że ich zespół wstaje z kolan i może postawić się Realowi. W 33. minucie, gdy Polak przytomnie dopadł do bezpańskiej piłki tuż przed polem karnym i soczystym strzałem pokonał Andrija Łunina, dało się uwierzyć, że ten finał nie będzie tak jednostronny, jak wskazywałby początek. Wtedy dwukrotnie do bramki Barcelony trafiał - w 7. i 10. minucie - Vinicius Jr. Ale po kilku minutach Real znów odskoczył po golu z rzutu karnego, a w drugiej połowie dobił Barcelonę czwartym trafieniem, uwidaczniając kolosalną przewagę, którą miał w każdym elemencie gry - od obrony po atak. Na 4:1 poprzestał, kolejnego gola nie szukał już tak zawzięcie, włączył tryb energooszczędny i z obojętnością podawał piłkę, wyczekując końca meczu. A to czasem nawet bardziej upokarzające niż strzelenie sześciu goli.