Piłkarze Kosty Runjaicia stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko, by mówiono przede wszystkim o nich i o ich grze. Kiedy za kilka lat będziemy wspominać te rozgrywki, pomyślimy o show w kwalifikacjach, spektakularnych występach Ernesta Muciego przeciwko Aston Villi czy perfekcyjnym meczu z AZ w Warszawie. Tak, perfekcyjnym, bo w czwartek właśnie taka była Legia - po awansie wicemistrzów Polski do fazy pucharowej Ligi Konferencji Europy pisze Konrad Ferszter ze Sport.pl.
W czwartkowy wieczór piłkarze Kosty Runjaicia grali o coś więcej niż "tylko" o awans do fazy pucharowej Ligi Konferencji Europy. Legioniści, którzy potrzebowali do tego punktu, grali też, a może przede wszystkim o to, by za kilka lat tegoroczny udział w europejskich pucharach wspominany był przede wszystkim przez pryzmat boiska i sportu, a nie chuligańskich wybryków i słownych przepychanek.
Gdyby nie czwartkowe zwycięstwo, mało kto pamiętałby o wyrównanej walce z Ordabasami Szymkent, heroicznej pogoni za Austrią Wiedeń, dramaturgii dwumeczu z FC Midtjylland w kwalifikacjach czy sensacyjnym zwycięstwie z Aston Villą przy Łazienkowskiej już w fazie grupowej.
Gdyby nie czwartkowe zwycięstwo, wszystko to pewnie poszłoby do kosza. Zamiast tego sezon 2023/24 w LKE zapamiętalibyśmy z uwagi na zamieszki w Alkmaar i Birmingham. Nie ma znaczenia, czy w tych sytuacjach Legia była ofiarą - jak twierdzi, czy prowodyrem - jak twierdzą w AZ i Aston Villi. Sprawy sportowe po prostu zeszłyby na drugi plan, a drużyna miałaby poczucie, że zmarnowała wielką szansę.
Ale piłkarze Runjaicia stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko, by mówiono przede wszystkim o nich i o ich grze. Kiedy za kilka lat będziemy wspominać te rozgrywki, pomyślimy o show w kwalifikacjach, spektakularnych występach Ernesta Muciego przeciwko Aston Villi czy perfekcyjnym meczu z AZ w Warszawie. Tak, perfekcyjnym, bo w czwartek właśnie taka była Legia Runjaicia.
Po zakończeniu meczu z AZ poczułem się jak niemal równo siedem lat temu. 7 grudnia 2016 r. Legia musiała ograć Sporting CP, by zająć trzecie miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów i zagrać wiosną w Lidze Europy. Wiadomo, trudniejsze rozgrywki i trudniejszy rywal. Ale i tamta Legia była silniejsza od obecnej.
Perfekcyjny mecz Legii da dobre wspomnienia
I wtedy, i teraz warszawiacy dali radę. Siedem lat temu drużyna Jacka Magiery zagrała perfekcyjnie i wygrała 1:0 po golu Guilherme. W czwartek legioniści znów byli świetnie zorganizowani, nie przestraszyli się rywala i wygrali po bramkach Yuriego Ribeiro i Blaza Kramera. Ale i wtedy, i teraz bohaterowie byli inni. Siedem lat temu błyszczał Vadis Odjidja-Ofoe, a w czwartek Josue, który asystował przy obu golach.
Analogii jest jednak więcej. Kiedy Legia grała w Lidze Mistrzów, mało kto spodziewał się, że w pucharach przetrwa do wiosny. Drużynie Besnika Hasiego, a później Magiery nie dawano szans w rywalizacji z Realem Madryt, Borussią Dortmund i Sportingiem. Ale udało się wtedy, udało się też teraz.
A przecież po losowaniu powodów do optymizmu wiele nie było. W końcu Aston Villa to obecnie trzecia drużyna Premier League, a AZ to półfinalista ostatniej edycji LKE. Jako obowiązek jawiły się zwycięstwa ze Zrinjskim Mostar, a każdy punkt więcej miał być miłym dodatkiem.
Legii Runjaicia należą się zatem wielkie brawa, bo już ten sezon w pucharach może uznać za udany. A przecież nie jest powiedziane, że więcej w nim już nie osiągnie. Najważniejsze, że za kilka lat wspominać będziemy przede wszystkim gole i zwycięstwa. Tak jak występ w Lidze Mistrzów pamiętamy przede wszystkim ze spektakularnych meczów, a nie zamieszek w Warszawie przy okazji meczu z Borussią i pustych trybun na spotkaniu z Realem. I oby wiosną doszło jeszcze kilka dobrych wspomnień.