Legia zaimponowała. "To było najlepsze". Ale zginęła od własnej broni

Konrad Ferszter
Legia Warszawa przez godzinę była równorzędnym rywalem dla Aston Villi, czyli rewelacji tego sezonu Premier League. Ostatecznie piłkarze Kosty Runjaicia nie wytrzymali fizycznie szalonego tempa i intensywności pressingu, który stosowali od samego początku. Po porażce 1:2 Legia nie ma się czego wstydzić. Co najważniejsze, wicemistrzowie Polski wciąż są zależni tylko od siebie w walce o awans do fazy pucharowej Ligi Konferencji Europy.

Legia Warszawa przegrała z Aston Villą 1:2 w przedostatniej kolejce fazy grupowej Ligi Konferencji Europy. Zwycięstwo dało Anglikom pierwsze miejsce w grupie i awans do fazy pucharowej rozgrywek. Legia, by wyjść z grupy, wciąż potrzebuje co najmniej punktu. Decydujący mecz z AZ Alkmaar za dwa tygodnie w Warszawie.

Zobacz wideo Michał Probierz wykorzystał pomidora. Ależ pewność siebie!

Wojna na oświadczenia

Już na kilkanaście dni przed meczem w Birmingham warszawiacy informowali o problemach z dostępem do biletów dla kibiców Legii i nieporozumieniach w tej kwestii z Aston Villą. Zgodnie z regulaminem UEFA wicemistrzom Polski należało się 2100 biletów. Tyle wynosi przepisowe pięć proc. pojemności Villa Park.

Ale Anglicy przy cichym przyzwoleniu UEFA nie chcieli przyznać Legii takiej liczby biletów. 21 września kluby doszły jednak do oficjalnego kompromisu, a Aston Villa zobowiązała się do przekazania legionistom 1700 wejściówek. Ostatecznie klub z Birmingham postanowił przekazać Legii zaledwie 890 biletów.

Mimo próśb i interwencji warszawiaków Anglicy zdania nie zmienili. Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami kibice Legii zdecydowali się nie wchodzić na stadion, pod którym doszło do awantury między fanami a miejscową policją. W ramach solidarności z kibicami na Villa Park nie pojawiła się legijna delegacja z właścicielem i prezesem klubu - Dariuszem Mioduskim - na czele. 

Ale stadion nie weszli też goście oraz klienci biznesowi Legii. Ci po prostu nie zostali wpuszczeni przez gospodarzy. Zanim walka na boisku zaczęła się na dobre, w mediach społecznościowych trwała wojna na oświadczenia. "Zamiast rozładować potencjalne napięcia przedmeczowe, restrykcyjne środki Aston Villa F.C. jako klubu gospodarza niepotrzebnie doprowadzają do zaostrzania atmosfery. Naszym zdaniem takie środki przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego i są bezpodstawne" - czytaliśmy na oficjalnej stronie internetowej Legii.

"Aston Villa wraz z UEFA i innymi podmiotami wielokrotnie, włącznie z czwartkowym porankiem, zgłaszała Legii obawy, że jej kibice będą chcieli wejść na Villa Park bez biletów. Na godzinę przed rozpoczęciem meczu fani Legii rozpoczęli planowany i systematyczny atak na policję, która w efekcie podjęła decyzję o tym, że nie wpuści żadnego z przyjezdnych kibiców. Aston Villa potępia takie zachowanie i dziękuje policji za pomoc w trudnych okolicznościach" - kontrowali Anglicy. 

Oświadczenie wydała też lokalna policja, która poinformowała, że w zamieszkach ucierpiało co najmniej trzech policjantów. Chociaż mecz w Birmingham już się zakończył, to echa sytuacji sprzed meczu na pewno potrwają przez najbliższe dni.

Imponująca połowa Legii

Chociaż pod stadionem było bardzo gorąco, to drużyna Kosty Runjaicia na boisku robiła wszystko, by po spotkaniu mówiło się tylko o niej. - Wow. To był świetny występ Legii. Naprawdę imponujące - mówił w przerwie Marek Wasiluk w studiu Viaplay. - To było najlepsze 45 minut Legii w tym sezonie europejskich pucharów - wtórował mu Tomasz Urban.

Wicemistrzowie Polski rzeczywiście mogli się podobać. Legia nie przestraszyła się Aston Villi i od pierwszej minuty atakowała ją agresywnym pressingiem już na jej połowie. Warszawiacy byli bardzo odważni, a ich zapędów nie zmieniła nawet bramka Moussy Diaby'ego już w 4. minucie. 

Dobrze zorganizowany, odważny pressing dał Legii wyrównującego gola. Oczywiście nie byłoby go bez błędu Boubacara Kamary, który podał piłkę wprost pod nogi Ernesta Muciego, ale trzeba przyznać, że Albańczyk i jego koledzy zrobili wiele, by Francuza do tej pomyłki zmusić.

W momencie rozgrywania przez Aston Villę piłki pod jej polem karnym legioniści stworzyli liczebną przewagę. Kiedy Kamara popełniał błąd, na połowie gospodarzy - poza ich bramkarzem - było sześciu legionistów i pięciu zawodników Unaia Emery'ego. Warszawiacy nie tyle pomogli szczęściu, co stworzyli mu warunki do zaistnienia.

Misja: wykończyć Lengleta i Moreno

360 - tyle minut w tym sezonie do meczu z Legią rozegrali stoper Clement Lenglet i lewy obrońca Alex Moreno. Wszystkie rozegrał pierwszy z nich. I Lenglet, i Moreno znaleźli się w pierwszym składzie Aston Villi na mecz z Legią, co wicemistrzowie Polski doskonale wykorzystywali.

Taktyka Runjaicia była czytelna: Legia jak najczęściej miała atakować swoją prawą stroną, gdzie bronił debiutujący w tym sezonie Moreno, a asekurował go głęboki rezerwowy, czyli Lenglet. Tylko w pierwszym kwadransie legioniści trzykrotnie zaatakowali tym sektorem boiska.

Po jednym z nich asystę powinien mieć Paweł Wszołek. Wahadłowy Legii zbyt długo zwlekał jednak z z podaniem do Muciego, a później do Bartosza Slisza. Ostatecznie jego zagranie do Marca Guala zostało wybite na aut.

Jeszcze więcej szczęścia Aston Villa miała tuż po przerwie. W 49. minucie Moreno znów urwał się Wszołek, a po jego dośrodkowaniu w poprzeczkę trafił Gil Dias. Niestety był to ostatni pozytywny akcent ze strony Legii tego wieczora.

Legia zginęła od własnej broni

Bo im dłużej trwał mecz, tym Legia coraz bardziej umierała od własnej broni. Warszawiacy byli coraz bardziej zmęczeni intensywnością meczu i agresją w pressingu, którą pokazywali od pierwszej minuty. To dawało gospodarzom przestrzeń do gry, którą w końcu wykorzystali. A i tak powinni ją wykorzystać lepiej, strzelając więcej goli.

Aston Villa upatrywała swojej przewagi przede wszystkim w szybkich zawodnikach w ataku. Różnicę miał robić nie tylko Diaby, ale też Jhon Duran. I obaj mogli mieć po golu już w pierwszych 10 minutach gry, co diametralnie zmieniłoby obraz meczu.

Najpierw trafił Diaby, który wykorzystał prostopadłe Youriego Tielemansa po stracie Steve'a Kapuadiego. Legia kolejny raz ucierpiała w fazie przejściowej, bo zanim Diaby pokonał Kacpra Tobiasza, przeprowadził indywidualną akcję w strefie, gdzie powinien być źle zagrywający Kapuadi. Chwilę później piłkę na wolne pole dostał Duran, ale jego uderzenie odbił Tobiasz.

W drugiej połowie, wraz z utratą sił przez legionistów, Aston Villa miała coraz więcej miejsca, co wykorzystywała na kolejne zagrania na wolne pole. I tak kolejne bramki mógł zdobyć Diaby, a szansę zmarnował też Duran. 

Legia ostatecznie przegrała po bramce z rzutu wolnego. Po dośrodkowaniu w pole karne nie popisał się Wszołek, który nie upilnował Moreno. Hiszpan odpłacił legionistom pięknym za nadobne. Moreno przez niemal godzinę był atakowany przez wicemistrzów Polski, ale ostatecznie to on zadał decydujący cios. Cios, który nie dał jeszcze Legii awansu do fazy pucharowej Ligi Konferencji Europy.

Sytuacja wciąż jest dobra

Ale sytuacja w grupie drużyny Runjaicia wciąż jest dobra, bo Legia nadal jest zależna tylko od siebie. I nie zmieniło tego czwartkowe zwycięstwo AZ Alkmaar ze Zrinjskim Mostar (1:0). Na kolejkę przed końcem rozgrywek wiadomo, że grupę wygra Aston Villa. Legia, która ma trzy punkty mniej od Anglików, ale gorszy bilans meczów bezpośrednich, ma jasną sytuację.

Jeśli warszawiacy nie przegrają z AZ Alkmaar 14 grudnia w Warszawie, awansują do fazy pucharowej. Legioniści mają trzy punkty więcej od Holendrów i potrzebują tylko punktu do wyjścia z grupy. Jakakolwiek porażka oznaczać będzie jednak odpadnięcie z rozgrywek, bo w Holandii Legia przegrała z AZ 0:1.

Mecz w Birmingham, który przez godzinę był kolejnym show Legii w pucharach, dał jednak nadzieję, że za dwa tygodnie warszawiacy będą w o niebo lepszych nastrojach.

Więcej o:
Copyright © Agora SA