Piekło gwiazdy Liverpoolu. "Roczny wskaźnik zabójstw wyniósł 73 na 100 tys. osób"

Dawid Szymczak
Po ostatnim gwizdku Luis Diaz uklęknął na jedno kolano i przez kilkanaście sekund wbijał wzrok w murawę. Może była to modlitwa, może próba zebrania myśli w wirze emocji, w który wpadł dziesięć dni wcześniej, gdy dowiedział się, że jego rodzice zostali porwani. Matka odzyskała wolność, ale ojciec wciąż dni jest przetrzymywany w nieznanym miejscu przez grupę kolumbijskich rebeliantów.
Luis Diaz, piłkarz Liverpoolu dedykuje gola porwanemu ojcu.
Alastair Grant / AP

Nikt nie namawiał Diaza, by w niedzielny wieczór wyszedł na boisko. Juergen Klopp przyznał, że nawet nie potrafi sobie wyobrazić, co przeżywa jego piłkarz, więc dał mu pełną swobodę. Jeśli Diaz liczył, że piłka choć na chwilę odciągnie jego myśli od rodzinnego dramatu, mógł trenować i grać. Jeśli potrzebował czasu i wolał pozostawać na łączach z rodziną, mógł zostać w mieszkaniu. Klopp mówił wprost, że nigdy wcześniej nie spotkał się z podobną sytuacją i przed żadnym z ponad tysiąca meczów, do których przygotowywał swoją drużynę, nie czuł się tak bezradny. Diaz dwa dni przed meczem z Luton Town powiedział, że chce zagrać. Wszedł w 83. minucie, tuż po tym, jak Luton objął prowadzenie. W 95. minucie wbiegł w pole karne, uderzył piłkę głową, Liverpoolowi dał wyrównanie, a sobie szansę, by wysłać komunikat do całego świata. Podwinął meczową koszulkę, przytrzymał ją zębami, by na wierzchu znalazł się przygotowany wcześniej apel: "LIBERTAD PARA PAPA" - wolność dla taty.

Zobacz wideo "To jest sprawa ponad wszelkimi podziałami". Nawet mimo zmiany rządzących

A później, gdy już skupił uwagę świata, napisał więcej: "Dzisiaj nie przemawia do was piłkarz. Dziś przemawia Lucho Diaz, syn Luisa Manuela Diaza. Mane, mój tata, który został porwany, jest niestrudzonym pracownikiem i filarem rodziny. Proszę ELN (Armię Wyzwolenia Narodowego – red.) o szybkie uwolnienie mojego ojca. Proszę organizacje międzynarodowe o współpracę na rzecz jego wolności. Z każdą sekundą, każdą minutą, nasza udręka rośnie. Moja mama, moi bracia i ja jesteśmy zdesperowani i zrozpaczeni. Brak nam słów, aby opisać to, co czujemy".

Ponad dwustu komandosów codziennie przeszukuje teren na granicy Kolumbii z Wenezuelą

W sobotę 28 października rodzice Luisa Diaza zatrzymali się na stacji benzynowej w Barrancas, ich rodzinnym mieście położonym w departamencie La Guajira, jednym z najbiedniejszych i najniebezpieczniejszych regionów w Kolumbii (w 2019 r. roczny wskaźnik zabójstw wyniósł 73 na 100 tys. osób), będącym wylęgarnią grup zbrojnych przemycających do Wenezueli kokainę. Robili drobne zakupy, gdy wokół nich pojawiło się czterech uzbrojonych porywaczy poruszających się na motocyklach. Małżeństwo zostało uprowadzone. Matkę - Cilenis Marulandę - po kilku godzinach udało się odnaleźć porzuconą w samochodzie, ale ojciec, który prawdopodobnie od początku był głównym celem ataku, wciąż nie został uwolniony. Od kilku dni szuka go kolumbijska policja i wojsko. Ponad dwustu komandosów codziennie przeszukuje górzysty i porośnięty gęstym lasem teren na granicy Kolumbii z Wenezuelą. Ich tropy prowadzą właśnie do sąsiedniego państwa. 

- Nie mamy dowodów, że porywacze przedostali się do Wenezueli, ale też nie możemy tego wykluczyć. To byłby dla nich logiczny ruch. Piesze przejście przez góry jest niezwykle trudne, ale mogli tego spróbować, by wydostać się z kraju i zasięgu naszych władz - mówił w zeszłym tygodniu gen. Alejandro Zapata, zastępca dyrektora kolumbijskiej policji na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej. W ostatnich latach Wenezuela, po załamaniu się krajowej gospodarki, stała się rajem dla grup przestępczych. Niektóre z nich współpracowały nawet z przygranicznymi bazami wojskowymi, które tuszowały przemyt.

"Cierpienie całej rodziny skończy się, gdy jego ojciec będzie bezpieczny w domu"

Sprawa porwania Luisa Manuela Diaza od początku ma rangę państwową, więc część informacji przekazuje sam prezydent Gustavo Petro. To on wyznaczył nagrodę 200 milionów peso, czyli ok. 50 tys. euro dla osoby, która pomoże odnaleźć ojca piłkarza Liverpoolu. Władze Kolumbii ujawniły w ostatnich dniach, że za porwaniem stoją partyzanci z Armii Wyzwolenia Narodowego (ELN). To grupa, którą Unia Europejska i Stany Zjednoczone uznają za terrorystyczną. Działa w Kolumbii od lat 60. i zasłynęła porwaniami polityków, biznesmenów oraz napadami na banki. Pod koniec lat 90., w złotych dla siebie czasach, gdy liczyła 4-5 tys. stałych członków i około 15 tys. współpracowników, co roku zyskiwała na wymuszeniach około 200 mln dolarów. W XXI wieku ELN skupiał się na współpracy z handlarzami narkotyków i wielokrotnie był zapraszany przez rząd do pokojowych rozmów, które niemal zawsze kończyły się niepowodzeniem. W wyniku konfliktu między różnymi rebelianckimi a kolumbijskim wojskiem od lat 60. zginęło w Kolumbii co najmniej 450 tys. ludzi. 

Kolumbijskie władze podały, że znają tożsamość dwóch z czterech porywaczy. Teraz do uwolnienia ojca Diaza wzywa Otty Patino, główny negocjator kolumbijskiego rządu, a lokalne media podają dwa prawdopodobne motywy porwania. Pierwszy jest finansowy - rebelianci wiedzą, że Luis Diaz rocznie zarabia w Liverpoolu prawie 3 mln funtów i stać go na zapłacenie olbrzymiego okupu. Drugi wymierzony jest we władze, które w ostatnich miesiącach poprzedzających lokalne wybory zaczęły walczyć z kartelami narkotykowymi. Gen. Alejandro Zapata zaznacza jednak, że porywacze dotychczas nie skontaktowali się z piłkarzem lub władzami, by przedstawić swoje żądania. W sprawie wypowiedział się też Feli Ureche, kuzyn Diaza seniora, który zdradził, że ten w ostatnich tygodniach otrzymywał groźby.

Ostatnie informacje napawają optymizmem. Kilka dni temu do władz Kolumbii miał odezwać się rzekomy przedstawiciel ELN, który poinformował, że Luis Manuel Diaz zostanie w najbliższych dniach uwolniony. W poniedziałek wieczorem ELN wydał oświadczenie, w którym zażądał gwarancji bezpieczeństwa. "Mamy na celu jak najszybsze uwolnienie Luisa Manuela Diaza. Dokładamy wszelkich starań, żeby uniknąć incydentów z siłami rządowymi. Niestety, wskazany obszar wciąż jest zmilitaryzowany, a taka sytuacja nie pozwala szybko i bezpiecznie zrealizować naszego planu. Jeśli działania w tym obszarze będą kontynuowane, uwolnienie będzie opóźnione, a ryzyko większe". Pod oświadczeniem podpisał się dowódca ELN Jose Manuel Martinez Quiroz. Jak stwierdził w swoim oświadczeniu skrzydłowy Liverpoolu, cierpienie całej rodziny skończy się, gdy jego ojciec będzie bezpieczny w domu.

Dawid Szymczak
Więcej o: