Szok we Francji. Neochuligani sieją terror. Wzory wzięli z naszego regionu Europy

Dawid Szymczak
Fabio Grosso został zaatakowany przed meczem Olympique Marsylia - Olympique Lyon
L'Equipe

Kulami do gry w pétanque wybili podwójne szyby w autobusie, butelkami piwa rozbili głowę trenera Lyonu, a kamieniami obrzucili jego asystenta i piłkarzy. Zajęło im to półtorej minuty. We Francji piszą już o "neochuliganach" - nowym pokoleniu kiboli rozkoszującym się rozróbami, krwią i ksenofobią. Działania, które doprowadziły do odwołania meczu Marsylii z Lyonem, były dla nich wręcz modelowe.

Dochodziła godz. 19, do meczu, który miał być ozdobą 10. kolejki Ligue 1, pozostawały dwie godziny. Autobus z piłkarzami Olympique Lyon zjechał już z ruchliwej Avenue du Prado i z mniejszą prędkością zmierzał ku stadionowym bulwarom. Do Stade Velodrome pozostawał raptem kilometr. Ponad stu chuliganów czekało za rogiem. W ich działaniu nie było nawet odrobiny przypadku ani improwizacji. Ustawili się na ostrym zakręcie, a gdy autobus zwolnił, ruszyli do ataku. Otoczyli go i zdołali zatrzymać. Ważącymi blisko kilogram kulami do pétanque, bardzo popularnej w tym rejonie Francji towarzyskiej gry, wybili podwójne szyby. Rzucali też kamieniami i butelkami z piwem. Świadkowie mówią, że trwało to półtorej minuty, może dwie. 

Zobacz wideo Bartman odpowiada na zaczepki piłkarza: Drobny cwaniaczek

Trener na noszach. "Nie da się zamknąć całej Marsylii"

Najbardziej ucierpiał siedzący z przodu trener Fabio Grosso. Wyraźnie krwawił, w twarz wbiły mu się kawałki szkła, miał zawroty głowy i nie potrafił logicznie odpowiadać na pytania. Autobus po chwili był już na stadionie, gdzie rannymi zajęli się lekarze. U Grosso podejrzewali wstrząs mózgu, więc położyli go na noszach. Później założyli mu dwanaście szwów i owinęli głowę bandażem. Pilnej pomocy wymagał też Raffaele Longo, asystent trenera, który miał problem z okiem. Kilku piłkarzy doznało skaleczeń, ale nie na tyle poważnych, by nie mogli zagrać w meczu. W szatni kilkanaście minut po ataku pojawiali się dyrektorzy i prezesi, by z bliska przyjrzeć się emocjom piłkarzy i lepiej zorientować w sytuacji. Anthony Lopes i Alexandre Lacazette, najbardziej doświadczeni zawodnicy w zespole, deklarowali, że chcą ten mecz rozegrać. Ale nie wiedzieli jeszcze, jak źle czuje się ich trener.

- Ci ludzie przyszli z jasnym zamiarem spowodowania ciężkich obrażeń. Działali według planu - nie miał wątpliwości obrońca Dejan Lovren. - Dawno ta drużyna nie była tak zjednoczona - dodał. Ostatecznie o odwołaniu meczu zdecydowała specjalna komisja kryzysowa, która została powołana po poprzednich chuligańskich atakach. O 20.40, gdy stadion był już niemal wypełniony, spiker ogłosił, że spotkanie się nie odbędzie. 60 tys. ludzi mogło wracać do domu.

To nie była jedyna awantura tego wieczoru. Do Marsylii, za zgodą lokalnych władz, przyjechało bowiem około 600 kibiców Lyonu. Ich autobusy też zostały zaatakowane. Nie miały podwójnych szyb i ścian z tak grubego materiału. Poszło więc jeszcze łatwiej. Dwa z nich w ogóle nie nadawały się, by po odwołanym meczu jechać z powrotem. A gdy kibice Lyonu już z tych autobusów wyszli, doszło do kolejnej awantury z miejscowymi. "L’Equipe" pisze, że wśród przyjezdnych byli przedstawiciele grupy Mezza Lyon - uważanej za skrajnie prawicową. Także ci, którzy od lat są objęci zakazami stadionowymi. Mieli wznosić rasistowskie okrzyki, wykonywać nazistowskie gesty, naśladować dźwięki małp i dążyć do bójki. Na miejscu była jednak policja.

Francja znów mówi o skandalu. "Co za bezmyślni idioci"

"L’Equipe" na pierwszej stronie poniedziałkowego wydania umieściła zakrwawioną twarz Grosso i napisała: "Le degout et la honte", czyli "wstręt i wstyd". - To całkowicie nie do przyjęcia - na gorąco, jeszcze w niedzielę, komentował prezes Marsylii, Pablo Longoria. - Jestem wściekły i przerażony tą sytuacją. Nawet jeśli to wszystko dzieje się poza stadionem, nie ma prawa się wydarzyć. Co za bezmyślni idioci - mówił. I najpewniej wiedział, o kim mówi, bo według wstępnych ustaleń za atak odpowiada ta sama grupa kiboli, która zaledwie kilka tygodni temu groziła mu śmiercią. Amelie Oudea-Castera, francuska minister sportu, określiła zachowanie kibiców jako odrażające, głupie, nacechowane nienawiścią i niemające nic wspólnego ze sportem. Nadmieniła, że siedem osób uczestniczących w ataku zostało zatrzymanych przez policję. Komendant Frederique Camilleri wyjaśniał, że policja wiedziała, czego należy się spodziewać. - Mecze Marsylii z Lyonem mają swoją historię. W przeszłości działy się już różne rzeczy, ale nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego! Zawodnicy i kibice zawsze są pod eksportą i dojeżdżają na stadion różnymi trasami, ale nie możemy opróżnić całej Marsylii - stwierdził.

Znów wszyscy są wściekli i rozczarowani. Oba kluby zapowiadają złożenie skarg do federacji. Władze ligi rozpaczają, bo do skandalu doszło w szlagierowym spotkaniu, raptem cztery dni przed rozpoczęciem negocjacji z zagranicznymi nadawcami dotyczącymi sprzedaży praw do transmitowania meczów, dla których zakrwawiona twarz trenera nie będzie wymarzoną reklamą. Policja twierdzi, że zrobiła wszystko, co było można, ale wszyscy dookoła twierdzą, że nie zrobiła. Politycy wykorzystują skandal do snucia swojej narracji. Sprawcy jak zwykle mają zostać zidentyfikowani, złapani i przykładnie ukarani. Wszyscy zgadzają się, że została przekroczona granica. I razem mówią "dość tego!". Przynajmniej do następnego razu. 

Olympique Marsylia już kilkukrotnie w ostatnich dwóch latach była karana m.in. za rzucanie przez kibiców przedmiotów na boisko, odpalane race, ale i wtargnięcia na murawę. W listopadzie 2021 r. właśnie spotkanie z Lyonem zostało przerwane już po czterech minutach, bo butelką w głowę oberwał wykonujący rzut rożny Dimitri Payet. Kilka miesięcy wcześniej do podobnego skandalu doszło w meczu Nicei z Marsylią. Wtedy Payet taką butelkę odrzucił w stronę trybun, co sprowokowało chuliganów do jeszcze ostrzejszego ataku i wbiegnięcia na boisko. W meczu Montpellier z Marsylią butelką w głowę oberwał też Valentin Rongier. W Nicei kibole szarpali się z piłkarzami, w Lens rzucali się krzesełkami z chuliganami Lille. Burdy były też w Paryżu, Metz, Strasburgu, Angers i Saint-Etienne, gdzie kibole wpadli na murawę z odpalonymi racami, podpalili siatki w bramkach i uszkodzili fragmenty boiska. 

"Chuligański ruch w latach 90. był w stanie upadku, ale wrócił z nową siłą"

Problem jest tak wszechobecny i złożony, że redakcja "L’Equipe" przygotowała nawet interaktywną mapę, na której można zgłębić kibolskie skandale i poznać odpowiedzialne za nie grupy. Francuzi zauważają pokoleniową zmianę na trybunach i transformację chuligańskich ruchów, które jeszcze chętniej niż kiedyś odchodzą od stadionów, są lepiej zorganizowani i potężniejsi. Francuzi piszą wręcz o "neochuligaństwie" i oddają głos socjologom, którzy zwracają uwagę, że termin "chuligani" przestał być wystarczająco pojemny, by określać nim zarówno ultrasów dbających o oprawy i nierzadko wulgarny doping na stadionie, kiboli organizujących tzw. ustawki, a także członków prawicowych ugrupowań, które klubowych herbów używają wyłącznie po to, by dbać o własne interesy.

- Chuligański ruch w latach 90. był w stanie upadku, ale wrócił z nową siłą - twierdzi socjolog Sebastien Louis. - Są dwa podstawowe czynniki wyjaśniające to odrodzenie. Z jednej strony chuliganizm przeszedł metamorfozę w Europie Wschodniej, gdzie powstały nowe zasady, "kodeksy" i sposoby walki, które później dobrze przyjęły się również we Francji. Wcześniej mieliśmy do czynienia głównie z walkami na trybunach i w ich pobliżu. Odkąd stadiony są kontrolowane, chuligani przystosowali się i wycofali nieco dalej. Ich działania nie są spontaniczne. Stali się profesjonalistami od przemocy, a dzięki rozwojowi internetu mają lepszą widoczność i ekspozycję.

- Z drugiej strony niektóre skrajnie prawicowe podmioty, dotychczas aktywne niemal wyłącznie na gruncie politycznym, dostrzegły spory potencjał w trybunach i małych kibicowskich grupach - dodaje Louis. - Wchłonęły ich członków, zaraziły wartościami. Przez lata te grupy się ze sobą scalały, dlatego obserwujemy dziś to, że coraz więcej chuliganów broni skrajnych wartości i uczestniczy nie tylko w meczach, ale też w pikietach czy marszach. Widzimy też, że częściej wykorzystują oni nazistowską symbolikę - tłumaczy w "L’Equipe" socjolog i puentuje: - Bez względu na to, o kim mówimy - chuliganach, ultrasach czy kibolach - i kogo faktycznie mamy na myśli, mamy do czynienia z kryzysem w całej Francji.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...