"Ranczo" skrywało tajemnicę. "Świadkowie określili to miejsce piekłem"

Dawid Szymczak
Haiti walczy i cierpi od zawsze. To kraj, który płacił haracz Francji, by w ogóle być uznanym. Który stanął na nogi po trzęsieniu ziemi, w którym zginęły setki tysięcy osób. Kraj, który FIFA najchętniej ominęłaby szerokim łukiem. Kraj, w którym jest tak niebezpiecznie, że zgrupowania organizuje się na sąsiedniej Dominikanie, a nawet bezpieczna z pozoru przystań dla dzieci trenujących piłkę okazuje się siedliskiem zła. Ale i tu futbol potrafi zwyciężyć.

Do pierwszego meczu z Anglią pozostawała godzina. Nicolas Delepine stał na środku szatni otoczony piłkarkami. - To niesamowite, że w ogóle tu jesteśmy - zaczął selekcjoner. Ale nie chodziło tylko o sukces na boisku. W 2010 r. kraj doświadczył trzęsienia ziemi o sile siedmiu stopni w skali Richtera. Zginęło wówczas między 200 a 300 tys. ludzi, w tym dziesiątki trenerów, zawodników i działaczy obecnych akurat w siedzibie haitańskiej federacji. Gdy budynek się walił, większość obecnych reprezentantek była dziećmi. Bramkarka Kerly Theus, słysząc te słowa, pomyślała o swojej najlepszej przyjaciółce, z którą jeszcze dzień przed katastrofą kopała piłkę. Dzień po katastrofie już nie mogła jej odnaleźć. Przypomniała sobie namiot, w którym spędziła kolejnych kilka miesięcy i szpitale polowe, w których pomagała jej mama. Zgodziła się z Delepinem: to niesamowite, że teraz jest na mundialu. Że w ogóle jest.

Zobacz wideo

FIFA bała się tego miejsca. 22 procent dzieci jest chronicznie niedożywionych

Selekcjoner mówił dalej i przypomniał pierwszy wers hymnu. "Pour le pays", znaczy "za kraj". - Zespół musiał to poczuć, dobrze zrozumieć te słowa. Niektóre dziewczyny nie widziały rodzin od dwóch, trzech lat - relacjonował później w "The Athletic". Czternaście zawodniczek gra we francuskich klubach, siedem na co dzień mieszka w Stanach Zjednoczonych. Na Haiti nie zaglądają, bo jest zbyt niebezpiecznie. FIFA też bała się tego miejsca, gdy przed mundialem odwiedzała kraje uczestników, by zaprezentować trofeum, o które w Australii i Nowej Zelandii toczy się walka. To stała praktyka: uliczna parada, muzyka, kolorowi kibice, znane osobistości i szansa, by zrobić sobie zdjęcie z pucharem. Ponoć światowa federacja zastanawiała się, czy nie ominąć Haiti szerokim łukiem, ale ostatecznie zmniejszyła delegację, zwiększyła ochronę i w pogrzebowej atmosferze, byle szybciej, dokonała prezentacji.

Dwa lata temu na Haiti został zabity prezydent Jovenel Moise, a kontrolę nad państwem przejęły gangi. Rządzą na ulicach do dziś - porywają, gwałcą, mordują obywateli i kradną dary wysyłane z całego świata. W stolicy Port-au-Prince, niemal zrównanej z ziemią po trzęsieniu sprzed kilkunastu lat, znów płoną budynki. W rządzie nie ma już demokratycznie wybranych posłów, polityczna zapaść trwa od lat, ceny rosną, a na sklepowych półkach niekiedy brakuje nawet artykułów pierwszej potrzeby. Na Haiti zaglądają działacze humanitarni, ale ich wizyty nie zmieniają wiele. - To piekło - stwierdził Volker Turk, wysoki komisarz ONZ ds. praw człowieka, bezskutecznie wzywając międzynarodową społeczność do rozmieszczenia na wyspie swoich służb porządkowych. Później sam stwierdził, że na świecie trwa tyle konfliktów, że małemu Haiti nie poświęca się uwagi, na jaką zasługuje.

ONZ stworzyła specjalny raport. "Od 8 lipca do 31 grudnia 2022 r. zabitych zostało 263 osób, a co najmniej 57 kobiet i dziewczyn zostało zgwałconych. Mowa tylko o jednej dzielnicy - Cite Soleil, potocznie znanej jako Brooklyn. Jej obszar znalazł się w centrum walk rywalizujących ze sobą gangów. Mieszkańcy żyją w permanentnym strachu przede wszystkim ze względu na rozmieszczonych na dachach snajperów, którzy potrafią zabić losową osobę, która przechodzi przez ich pole widzenia" - czytamy w opracowaniu raportu, który liczy 24 strony i zawiera jeszcze więcej przerażających danych. Haitańskie piłkarki mówiły przed meczami, że grają właśnie dla tych wszystkich przerażonych i smutnych ludzi, by choć na 90 minut mogli zapomnieć, co dzieje się za oknami i poczuli dumę z kraju, których ich nie oszczędza. 

- A później porozmawialiśmy jeszcze chwilę o historii - zdradził Nicolas Delepine. Było więc o francuskich koloniach z XVII w., brutalnych i dochodowych, całkowicie opartych na niewolniczej pracy. I o buncie niewolników, który wybuchł w 1791 r., by po trzynastu latach doprowadzić do niepodległości. Było o drakońskich odszkodowaniach, które Francja kazała sobie wypłacać w zamian za polityczne uznanie Haiti, co sparaliżowało gospodarkę kształtującego się państwa. Było o dwóch trzęsieniach ziemi, z których pierwsze pochłonęło więcej ofiar, ale drugie - jeszcze silniejsze, z 2021 r. - poskutkowało stratami szacowanymi na 1,5 miliarda dolarów, co stanowi ponad 10 proc. gospodarczego budżetu Haiti. Obecnie z 12-milionowej populacji prawie połowa potrzebuje pomocy humanitarnej, a 22 proc. dzieci jest chronicznie niedożywionych. 

Delepine chciał, by jego piłkarki grały na mundialu, pamiętając o tym wszystkim.

"Piękno piłki polega na tym, że zawsze ma się szansę"

Motywacja piłkarek była więc dwutorowa: nie zawieść rodaków, nie dostarczyć kolejnych powodów do smutku i nie doprowadzić do wstydu. Pamiętały opowieści dziadków o piłkarzach, którzy w 1974 r. pojechali na pierwsze w historii mistrzostwa świata i wrócili z trzema porażkami, w tym 0:7 z Polską, a i tak zostali bohaterami. Najlepszy piłkarz tamtej drużyny Emmanuel Sanon był malowany na muralach w towarzystwie założyciela Haiti Jean-Jacquesa Dessalinesa i kubańskich przywódców - Che Guevary i Fidela Castro. Nigdy później Haiti na mundialu nie zagrało. Aż do tego roku, gdy awans sensacyjnie wywalczyły kobiety. Zależało im na dostarczeniu rodakom choćby kilku powodów do uśmiechów, na przysporzeniu dumy. Już podczas losowania wielu doszukiwało się zbieżności historii państwa i haitańskiej kadry. Grupa nie mogła być trudniejsza: Anglia - mistrz Europy, Chiny - mistrz Azji, a do tego Dania - 13. drużyna w rankingu FIFA. Los nigdy nie był sprzymierzeńcem Haiti.

Rywalizacja nie była równa. Przed mundialem zdarzały się przerwy reprezentacyjne, podczas których Haiti nie rozgrywało sparingów, bo w federacji brakowało na to pieniędzy. Różnie bywało też z samymi zgrupowaniami, bo trzeba je było organizować na Dominikanie z racji obaw o bezpieczeństwo na Haiti. Selekcjoner Nicolas Delepine pracuje z kadrą od ponad roku, ale na Haiti był tylko raz. W dodatku haitański związek niechętnie pokrywał koszty przelotów piłkarek grających w Stanach Zjednoczonych. Delepine nie miał też choćby połowy asystentów, na których pomoc może liczyć Sarina Wigman, selekcjonerka Anglii. - Na koniec przypomnieliśmy dziewczynom, że piękno piłki polega na tym, że zawsze ma się szansę, a przeszkody, które napotykało Haiti, nigdy go nie powstrzymały. Znam determinację i miłość do ojczyzny moich piłkarek, więc wiedziałem, że marzą o sprawieniu sensacji - wspominał w "The Athletic" Delepine.

Tej nie było. Haiti odpadło z mundialu po fazie grupowej, przegrywając wszystkie trzy mecze. Ale o kompromitacji nie było mowy: 0:1 z Anglią, 0:1 z Chinami i 0:2 z Danią. Kilka powodów do dumy się znalazło: Theus obroniła rzut karny wykonywany przez Georgię Stanway, jednak sędzia dopatrzyła się wyjścia bramkarki przed linię i nakazała powtórkę, którą Angielka już wykorzystała. Mistrzynie Europy kończyły ten mecz w strachu, bo napastniczki Haiti Roselord Borgella i Melchie Dumonay stworzyły kilka bardzo dobrych sytuacji. Roselord zmarnowała okazję sam na sam z najlepszą bramkarką świata Mery Earps, a Dumonay - najmłodsza w drużynie, szalenie utalentowana 19-latka, o którą biły się najlepsze europejskie zespoły i która od nowego sezonu będzie grała w Olympique Lyon - niemal strzeliła gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Część ekspertów twierdziła też, że drużynie Delepine w meczu z Chinami należał się rzut karny. Najsłabiej Haiti zagrało w ostatnim spotkaniu z Danią, gdy szanse na wyjście z grupy były już tylko teoretyczne. Mundial kończyły z niedosytem, ale i dumą, bo już sam awans, wywalczony w międzykontynentalnych barażach po zwycięstwach z Senegalem i Chile, był gigantyczną sensacją. 

"Ranczo" miało też ciemną stronę. Oskarżenia o molestowanie i przemoc seksualną

Po mundialu na wyspie przyszła jednak refleksja: a może najlepsze już za nami? Haiti weszło między wielkie zespoły, pokazało się z niezłej strony, bo kto spodziewał się po debiutancie sromotnych porażek i dwucyfrowych wyników, ten się zdziwił. Nawet selekcjonerka Anglii Sarina Wigman chwaliła Haiti za organizację gry, dobry dobór taktyki i świetną intensywność gry. Ale czy dostaną się na kolejny mundial? Czy cuda mogą się powtarzać? Czy uda się raz jeszcze zebrać taką drużynę?

W przeszłości kadra korzystała z tzw. "Rancza", czyli bazy szkoleniowej wybudowanej na obrzeżach stolicy za pieniądze FIFA. Powstała w ramach pomocy po trzęsieniu ziemi i była wizytówką światowej federacji. Mówiło się, że to bezpieczna przestrzeń dla najzdolniejszych piłkarek i piłkarzy na wyspie. W zależności od okresu trenowało w niej od 200 do 500 dzieci. Komu udało się zrobić karierę, wskazywał to miejsce jako to, które odmieniło jego życie. Dopiero trzy lat temu okazało się, że "Ranczo" ma też ciemną stronę. Reportaż "Guardiana" mówił o 34 prawdopodobnych ofiarach przestępstw seksualnych popełnionych w tej akademii przez dziesięciu różnych sprawców. Artykuł doprowadził do aresztowania prezesa federacji Yvesa Jean-Barta, który następnie został dożywotnio zdyskwalifikowany przez FIFA i musiał zapłacić ponad milion dolarów kary.

Anonimowi świadkowie określili to miejsce piekłem: bez prześcieradeł na łóżkach, z nieopróżnianymi toaletami i brakiem regularnych posiłków. Ale najgorsze było oskarżenie o zorganizowanie w tym miejscu siatki osób, które wykorzystując swoją pozycję, dokonywały seksualnych przestępstw. "Ranczo" zostało na jakiś czas zamknięte. Do działania wróciło dopiero niedawno, gdy CAS (Sportowy Sąd Arbitrażowy) po odwołaniu od wyroku Yvesa Jean-Barta cofnął decyzję FIFA i pozwolił mu pracować w piłkarskich strukturach. Jean-Bart wygrał też proces o zniesławienie przeciwko Romainowi Molinie, dziennikarzowi, który opisał tę sprawę w Guardianie. Te decyzje skrytykowała organizacja Human Rights Watch i zrzeszenie piłkarzy FIFPRO, argumentując, że są potwierdzeniem poważnych problemów w radzeniu sobie z przemocą seksualną i molestowaniem. Pojawiły się też oskarżenie wobec Jean-Barta, że ucisza i przekupuje świadków. Sprawa powinna mieć dalszy bieg w sądzie, a debata wokół niej nie milknie. Towarzyszyła też przygotowującym się do mundialu piłkarkom. 

W ostatnich tygodniach haitańskie media znów poinformowały, że "Ranczo" zostało tymczasowo zamknięte, bo w okolicy doszło do gwałtownego wzrostu zabójstw i porwań. Dzieciom brakuje piłki. Nie trenują już - jak wcześniej - dwa razy dziennie, ale raptem dwa razy w tygodniu w ramach lekcji w szkole.

Kraj, który przez całą swoją historię mierzy się z problemami, musi to zrobić raz jeszcze. W imię lepszej przyszłości. Nadzieję daje Melchi Dumornay, najbardziej utalentowana piłkarka, która mimo że ma dopiero 19 lat, jest liderką nie tylko reprezentacji, ale pragnie być twarzą całego haitańskiego futbolu. Obiecuje, że skoro przechodząc do Lyonu, sama wjeżdża na piłkarski szczyt, zamierza teraz wysłać windę na dół i wybudować w kraju kolejną akademię. Bezpieczną i przyjazną najmłodszym.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.