Kulesza: "Prawda była taka". Nowa wersja zdarzeń w Kiszyniowie. "Godzinę po meczu"

Dawid Szymczak
Kilkoma gorącymi tygodniami Cezary Kulesza zbliżył się do półmetka kadencji prezesa PZPN. - Dobry napastnik nie strzela w każdym meczu. I tak samo pewnie jest u mnie. Błędów nie popełnia ten, który nic nie robi - mówi Sport.pl. I deklaruje: będą zmiany w dziale komunikacji i mediów, a Fernando Santos pozostanie selekcjonerem, nawet jeśli Polska przegra z Albanią.

18 sierpnia miną dwa lata, odkąd Cezary Kulesza został prezesem PZPN. Ostatnie tygodnie przed półmetkiem kadencji są niezwykle gorące. Słabe wyniki reprezentacji Polski idą w parze z pozaboiskowymi aferami i wizerunkowymi wpadkami federacji. Kulesza czeka na nas w drzwiach swojego gabinetu, podaje rękę, prosi o kawę i rozsiada się przy konferencyjnym stole. 

Zobacz wideo Marciniak sędziował w IV lidze. "Bałem się, że swoją osobowością zabije ten mecz"

Dawid Szymczak, Sport.pl: Czego nauczyły pana ostatnie tygodnie?

Cezary Kulesza, prezes PZPN: Tego, że musimy zwracać uwagę na każdy, najdrobniejszy szczegół. Może akurat nie nazwę drobniejszą rzeczą tej sytuacji z Mirosławem Stasiakiem, ale ona też nas nauczyła, że musimy sprawdzać dokładnie różne kwestie, w tym uczestników wyjazdów na mecze kadry. To było trudne do wyłapania, a później spadło na moją głowę, bo stoję na czele PZPN.

Nie miał pan wrażenia, że wiele takich szczegółów panu w ostatnim czasie umykało?

- Nie mam usprawiedliwienia na to, co się wydarzyło. Dlatego wprowadzamy nowe, dużo ostrzejsze metody weryfikacji, aby do takiej sytuacji już więcej nie doszło. Komunikacja też nas zawiodła. A skoro wiemy, że pojawił się z nią problem, to musimy sobie z nim poradzić.

Jak chcecie to zrobić?

- Mamy już opracowany cały system, ale nie chciałbym o tym mówić teraz publicznie. Najpierw muszę porozmawiać z zainteresowanymi osobami, a następnie przedstawimy nasze decyzje.

Rozumiem, że szykują się zmiany na stanowiskach?

- Tak.

Będą dotyczyły także Aleksandry Rosiak-Kostrzewskiej, dyrektorki departamentu mediów i komunikacji?

- Jak mówiłem, nie będę nikogo zwalniał ani zatrudniał przez media. Ewentualne zmiany personalne czy też strukturalne będą ogłoszone wtedy, gdy będzie to możliwe.

Wracam zatem do pana wypowiedzi dla Interii: "Nie mam problemu z krytyką, ale chciałbym być oceniany uczciwie". Co było nieuczciwego w pana ocenie?

- Dostawałem sygnały, że atakuję poprzedni zarząd pana prezesa Zbigniewa Bońka. To nieprawda. Chciałem tylko pokazać, że rzeczy, które działy się wcześniej, nie były pokazywane, a gdy ja zostałem prezesem, zaczęły być nagłaśniane. Mogę panu pokazać nagranie, jak Zbigniew Boniek przedstawia Czesława Michniewicza jako selekcjonera kadry U-21.

I była dyskusja, czy powinien pracować z młodzieżówką.

- Ale nie było takiego poziomu negatywnych informacji oraz niesprawiedliwych ocen.

Bo zostawał trenerem młodzieżówki, a nie pierwszej kadry.

- Prezes Boniek odczytał rozmowę przeprowadzoną z prokuratorem Grzeszczakiem i Michniewicz mógł pracować. Pojechał na Euro, wrócił na białym koniu i został trenerem Legii Warszawa. Dwa lata później zarząd powołał go na stanowisko selekcjonera i była awantura na całą Polskę. To nierówne traktowanie.

Ale nie czuje pan tej różnicy: pierwsza kadra, najważniejsza drużyna w Polsce i reprezentacja młodzieżowa? Ranga stanowiska jest inna, dlatego rozgłos był większy.

- Mogę tylko powtórzyć to, co mówiłem zatrudniając trenera Michniewicza. W świetle prawa jest człowiekiem niewinnym, co więcej nie miał nawet postawionych żadnych zarzutów. A żyjemy w państwie, w którym obowiązują pewne zasady, równe dla wszystkich. Dlatego skoro trener Michniewicz mógł pracować z młodzieżówką czy w kilku klubach, to mógł również z reprezentacją. Poza tym, gdyby to pan zajmował wyższe stanowisko, a ja niższe, to powinniśmy być traktowani inaczej w świetle prawa?

Powinniśmy być traktowani tak samo, natomiast o mnie - z racji wyższego stanowiska - na pewno napisałoby więcej gazet.

- Dlatego chciałbym zwrócić uwagę, że o tej samej sytuacji wcześniej się nie mówiło z taką intensywnością, jak teraz. Andrzej Woźniak pracował w sztabie reprezentacji Polski przez dwa i pół roku i nikomu nie przeszkadzało to, że latał samolotem. A różnica była taka, że miał wyrok za korupcję.

Był to problem. I był podnoszony.

- Ale nie było takiej nagonki na związek i prezesa.

To tym bardziej wrócę do pana wypowiedzi dla Interii. "Jestem bez przerwy jeb... Widocznie przeszkadzam pewnym środowiskom". Jakim? 

- Również chciałbym to wiedzieć, bo już początki mojej pracy nie były zbyt miłe. Ja wskoczyłem na szybką karuzelę. Przypomnę, że zaraz po nominacji były ważne mecze. Później w moim gabinecie znaleźliśmy podsłuch. Widać było, że komuś już wtedy zależało na kontrolowaniu tego, co będę robił. Nie wiem, czy moje rozmowy z gabinetu trafiałyby do prasy, czy jakiś materiał był na mnie przygotowywany. Ale ten podsłuch komuś miał służyć.

Wyjaśniliście, kto go podłożył?

- Policja zabezpieczyła ślady, były odciski palców, ale tak mało wyraźne, że trudno było je odczytać. Policja sprawdziła też monitoring. Postępowanie było wszczęte.  

I coś ta policja ustaliła?

- Sprawa została ostatecznie umorzona.  

A mniej oficjalnie: pan ma podejrzenia, kto ten podsłuch zainstalował?

- Mogę się tylko domyślać. A na podstawie domysłów nie będę nikogo oskarżał.

Pańska droga do federacji jest imponująca: z miejscowości Kulesze Kościelne na fotel prezesa PZPN, a po drodze jeszcze Jagiellonia Białystok i wiele udanych biznesów. Ale ostatnie tygodnie, przyzna pan, nie są udane.

- Nie są powodem do chwały. Odpowiedzialność biorę na siebie, ale skala tego, co się działo w mediach, nie jest adekwatna do sytuacji.

A nie ma pan wrażenia, że po prostu sprawa korupcji jest poważna i za każdym razem, gdy będzie się pojawiała przy obecnych działaniach, to będzie podnoszona przez media, bo dla osób w nią umoczonych nie ma miejsca ani w polskiej piłce, ani w samolocie z reprezentantami?

- Zgadzam się, że sprawa korupcji jest poważna i dla skazanych nie ma miejsca w piłce. Po tej sytuacji zamierzamy wdrożyć procedury weryfikacji nie tylko przy lotach kadry. Co do pana Stasiaka, nie sprawdzałem wcześniej, ile miał zarzutów.

Rozumiem, ale jak już się okazało, że został skazany za 43 czyny korupcyjne, to nie myśli pan, że oberwaliście zasłużenie?

- Owszem, ale sprawa w którymś momencie zaczęła być już sztucznie nakręcana. Przykładem jest historia z obecnością pana Stasiaka na murawie stadionu w Kiszyniowie. Pojawił się na boisku godzinę po meczu. Wtedy chodziło tam już bardzo dużo osób. W Mołdawii kibicie po zwycięstwie nad nami zorganizowali prawdziwe święto narodowe. Nigdy w historii nie pokonali Polski i nie mieli zwycięstwa w takim meczu. Zapanowała euforia. Ten stadion nie miał też zabezpieczeń takich jak np. są na naszych obiektach. Później jeden z redaktorów powiedział, że Stasiak był na boisku i miał przy sobie akredytację PZPN. To się rozniosło, ale dowodów żadnych pan redaktor nie pokazał. Tymczasem, prawda była taka, że takiej akredytacji nie mógł mieć, bo ze ścisłego kierownictwa miałem ją ja i sekretarz Łukasz Wachowski. A my w ogóle byliśmy w innej części stadionu, w strefie VIP, z prezesem mołdawskiej federacji. Świadkami są nasi wiceprezesi. To są właśnie te manipulacje. Ktoś rzuca hasło: miał prawdopodobnie akredytację PZPN. Następni ludzie zaczynają do tego dorabiać swoje teorie. I co się dzieje? Nasi kibice są wrogo nastawiani przeciwko federacji. Bo PZPN go zabrał, bo PZPN dał mu akredytację. Jeśli jeden redaktor z drugim tak piszą, to dlaczego teraz nie pokażą mi dowodu? A jeśli go nie mają, to dlaczego nie wyjdą i nie przeproszą? Nie mnie, ale tych ludzi, których wprowadził w błąd.

Mówił pan o tym już w poprzednim wywiadzie, więc wrócę do pana. Usłyszałem takie zdanie, że prawie wszystko, co Cezary Kulesza ma, zawdzięcza intuicji i wyczuciu do ludzi. Można w to jednak zwątpić, patrząc na ostatnie afery. Ta intuicja pana ostatnio zawodzi?

- Dobry napastnik nie strzela gola w każdym meczu. I tak samo pewnie jest u mnie. Błędów nie popełnia tylko ten, który nic nie robi. Będąc w Jagiellonii, też jakieś błędy popełniałem. Na końcu zawsze trzeba zestawić, ile rzeczy zrobiło się dobrze, a ile źle.

To całkiem dobry moment na takie podsumowania, bo za kilkanaście dni wybije równo dwa lata, odkąd jest pan prezesem PZPN. Półmetek. To jak pan wypada? Mieliście aferę premiową, aferę z zatrudnieniem Dominika G. ps. "Grucha" w roli ochroniarza i aferę ze Stasiakiem.

- To wrócę do premii. Jaką widzi pan moją winę w tym temacie? Co by pan zrobił, będąc prezesem?

Nie jestem i nigdy nie będę, ale wyobrażam sobie, że pewnie zadbałbym, by wiedzieć, że premier Morawiecki planuje wizytę przed wylotem do Kataru.

- To trzymajmy się tej wersji. Dowiaduję się dwa dni przed wylotem na mecz. I co dalej?

Pojawiam się na tym spotkaniu. Kontroluję, jak przebiega.

- A skąd pan wie, że premier planował to z wyprzedzeniem? Pewnie znalazł wolną chwilę i odwiedził piłkarzy przed wylotem. Współpracownicy premiera poinformowali o spotkaniu sztab reprezentacji, a nie mnie. Mnie tam nie było. Co miałem zrobić?

Uważam, że jeśli przyjeżdża premier, to na spotkaniu z nim powinien też być wysokiej rangi przedstawiciel PZPN.

- Ale nie zakłada pan wersji, że spotkanie piłkarzy z premierem było dogadywane nie z federacją, a ze sztabem trenera.

To nie jest normalne.

- Nie chcę nikogo atakować, ale wiem, kto mnie powinien wtedy powiadomić o tym spotkaniu. Ja nie dostałem tej informacji. I co powinienem zrobić? Przed najważniejszym turniejem odwołać selekcjonera? Wyrzucić kogoś z jego sztabu? Dla dobra polskiej piłki, dla dobra naszej reprezentacji, wolałem to wziąć na swoje plecy, by kadra mogła normalnie wystartować w turnieju. Jak się już dowiedziałem, to co miałem zrobić? W takiej sytuacji zaciska się zęby i czeka z rozliczeniem na koniec turnieju. I ja to zrobiłem. Nie odnosiłem się, bo rozgrywaliśmy bardzo ważny turniej. To sprawa wyszła i przyćmiła grę na mundialu. Mniej się mówiło o wyjściu z grupy po 36 latach, a więcej o tej właśnie sprawie. Wtedy też wspólnie z premierem Morawieckim i ministrem Bortniczukiem zapowiedzieliśmy utworzenie funduszu wsparcia polskiej piłki m.in. w zakresie infrastruktury. I mogę powiedzieć, że w tej sprawie za kilka tygodni zostaną ogłoszone decyzje. Dzięki osobistemu zaangażowaniu premiera będzie to zupełnie nowa jakość, jeśli chodzi o nakłady na kadry młodzieżowe i ogromne pieniądze zainwestowane w infrastrukturę. I mówimy tu o kwocie wielokrotnie wyższej niż ta, która pojawiała się w kontekście tych premii. Już dzisiaj dzięki dwóm programom rządowym do szkółek piłkarskich i akademii trafia ponad 200 milionów złotych.

Byliśmy przy ważeniu rzeczy dobrych i złych. Ja wymieniłem afery.

- Nie uciekam od nich, ale nazwałbym je wpadkami a nie aferami, panie redaktorze. Przeprosiliśmy za nie. A przecież o wiele więcej jest dobrych rzeczy, o których mówi się niestety rzadziej. Łatwiej jest nakręcać takie tematy, jak teraz na przykład wiązana z PZPN sprawa Kuchni Vikinga, z którą nie mamy nic wspólnego. Poszło to zdecydowanie za daleko.

Ale ja nie mówię o Vikingu. Aferami nazywam sprawy związane z ochroniarzem "Gruchą", premiami i Mirosławem Stasiakiem.

- Wpadki bierzemy na siebie. Nie chcę jednak siebie oceniać, bo tego nie lubię. Mieliśmy na pewno dobre rzeczy, które wdrożyliśmy. Mieliśmy sukces sportowy. Na końcu naszą pracę ocenią zarówno kibice, jak i środowisko piłkarskie.

Nie brakuje w PZPN takiej społecznej wrażliwości? Na zasadzie: co kibica boli i jaki będzie odbiór danych decyzji. Gdy mówi pan o "wpadkach", a nie "aferach", odnoszę takie wrażenie.

- Jesteśmy korporacją. Pracuje u nas około 300 osób. Zawsze w tak dużej korporacji mogą wydarzyć się takie rzeczy, ale nie zawsze zostaną tak nagłośnione. Czasami z igły robi się widły. Oczywiście nie chowamy głowy w piasek, bo to nas nauczyło, żeby być bardziej czujnym i zrobić zmiany, które nam pomogą uniknąć takich sytuacji w przyszłości. Na przykład w sprawie Stasiaka zabrakło nam procedur, żeby zweryfikować, kto jest z nami w samolocie. Teraz będą wprowadzone i będziemy tego pilnować.

Po co panu bycie prezesem? Chyba nigdy pan na takie proste pytanie nie odpowiadał. Raczej nie dla pieniędzy i nie dla poklasku, bo o niego pan nie zabiega. 

- Marzyłem, żeby grać w piłkę. Całe dzieciństwo za nią biegałem. Później próbowałem zaczepić się w różnych klubach, iść do przodu. Zawsze ta piłka była blisko mnie. Będąc prezesem Jagiellonii, przez sześć lat pracowałem za darmo, jeździłem swoim samochodem i sam pokrywałem wszystkie wydatki. Nie musiałem tym prezesem być, bo miałem z czego żyć. W biznesie osiągnąłem, co osiągnąłem. Pewnie gdybym nie wszedł w piłkę, to osiągnąłbym więcej, bo jednak piłka pochłaniała czas i wyhamowała mnie biznesowo. Nigdy jednak nie żałowałem, bo moją ambicją nie było znalezienie się na listach najbogatszych ludzi. Za to piłka chodziła mi po głowie cały czas, więc jak była możliwość, żeby się zaangażować, to szedłem do przodu. Byłem w radzie nadzorczej Ekstraklasy, później w zarządzie PZPN, później zostałem w zarządzie wiceprezesem, teraz jestem prezesem. To dosyć naturalna ścieżka, mam dużo praktycznego doświadczenia i spojrzenie zarówno z perspektywy osoby pracującej w klubie, jak i większej organizacji sportowej.

Po tych dwóch latach w roli prezesa jest pan szczęśliwy? Dostał pan to, czego się spodziewał, czy coś pana zaskoczyło?

- Szczerze? Nie siedzę zadowolony tylko dlatego, że jestem prezesem. Ale mam też taki charakter, że nie dołuję się, jeśli ktoś napisze o mnie za dużo. Nie myślę wtedy: "Po co mi to było? Miałem spokój, dobre życie". No nie. Jestem ambitny. Jak piłkarz jest ambitny, to gra do końca. Mój mecz też się nie skończył. Na razie kończy się pierwsza połowa. Jest jeszcze druga. Do następnych wyborów zostaną dwa lata.

Później może być jeszcze rewanż. Na rewanż pan wychodzi?

- Zobaczymy, jaki będzie wynik po pierwszym meczu.

Przejdźmy do spraw bardziej piłkarskich. Kiedy ostatni raz był pan dumny z reprezentacji Polski?

- Dumny jestem przez cały czas, bo uważam, że nasi piłkarze dają z siebie wszystko. Nie wierzę w takie głosy, że nie chce im się biegać czy grać, bo wystarczy z nimi porozmawiać albo obejrzeć treningi, żeby dostrzec to zaangażowanie. Czasami zdarza się słabszy mecz, bo np. dochodzi trema. Widzimy, ilu kibiców przychodzi na nasze mecze. Widzimy, jaka jest atmosfera w tym albańskim kotle. Ciężar reprezentacyjnej koszulki jest większy niż klubowej. Oczy całej Polski są skierowane na reprezentację. To oczywiście nie tłumaczy piłkarzy, ale nie ma podstaw, żeby myśleć, że im się nie chce.

Jak pan sobie tłumaczy tę porażkę z Mołdawią?

- To bardzo trudne do wytłumaczenia. Na wielu meczach byłem… I chyba po prostu nie ma wytłumaczenia. Pamiętam jednak, że pierwsza połowa była bardzo dobra. A później jakby ktoś odciął prąd.

Trudno się w ten sposób pocieszać. 

- Przed przerwą mogło być 4:0, ale nie wszystko nam wpadło. W drugiej połowie, przy stanie 2:1, też mieliśmy sytuację na 3:1. Dobra akcja, ale nie trafiliśmy… Mołdawia wygrała z nami tak, jak wygrywa się w totolotka. Jak to wytłumaczyć? Przecież po pierwszej połowie nic nie wskazywało, że oni z nami wygrają. Byłem bardzo spokojny w przerwie. Fajnie graliśmy, wynik był, spodziewałem się kolejnych naszych goli i powoli dodawałem te punkty w głowie.

I pół biedy, jakby tylko pan tak robił. Gorzej, że piłkarze też już te punkty dodali. Czego pan się następnego dnia dowiedział od Fernando Santosa, gdy wezwał go pan na rozmowę?

- Zadawałem sporo pytań, rozmawialiśmy dość długo, ale nie chcę mówić o szczegółach. Powiem tylko, że trener Santos mówił głównie o mentalności.

A jakie pan ma relacje z selekcjonerem? Słyszałem, że ten kontakt jest rzadki i sam Santos jest tym nieco zdziwiony.

- Widzimy się regularnie w federacji. Fernando Santos jest w siedzibie PZPN często. Pracuje w swoim gabinecie z asystentami. Analizują, debatują, śledzą formę zawodników. Nie patrzę im na ręce. Jeżeli jest potrzeba, to spotykamy się i rozmawiamy, wymieniamy opinie. Mamy normalne relacje. Nie chodzimy razem na piwo czy do kina, bo nie ma takiej potrzeby. Ale jeśli tutaj jesteśmy, to pracujemy dla dobra naszej reprezentacji, żeby miała wszystko dopięte na ostatni guzik. Nie wiem, skąd wychodzą informacje, że mam jakiś zły kontakt z trenerem. Sam go wybrałem, sam go zaakceptowałem. Wierzę w niego i wierzę w naszą reprezentację.

A jest pan z tej współpracy zadowolony? Przypominam sobie pierwszą konferencję i obietnice, które na niej padły. Pomoc w szkoleniu, kontakt z selekcjonerami młodzieżowych kadr, odwiedzanie polskich stadionów, kontakt z trenerami klubowymi, wrośnięcie w polskie środowisko piłkarskie, polscy asystenci w sztabie. Niczego z tego nie ma.

- A wie pan, ile jest dobrych rzeczy, które się dzieją, a wy o nich nie wiecie?

Proszę opowiadać.

- Proponuję spotkać się chociażby z dyrektorem Marcinem Dorną. Niech on opowie o współpracy z Santosem. Ile dobrych rzeczy razem robią, jak wzajemnie korzystają ze swojej pomocy. Praca wykonywana w temacie szkolenia nie przynosi owoców na pstryknięcie palcem. To są kwestie zasługujące na oddzielną rozmowę.

Na razie jednak rozmawiam z panem. I pana pytam, czy jest pan z tej współpracy zadowolony.

- Jestem bardzo zadowolony. Ale powtórzę: trener Santos jest w ciągłym kontakcie z Marcinem Dorną. Cały czas się spotykają. Marcin jest bardzo blisko jego sztabu, dzięki temu są tworzone analizy, wdrażane zmiany. Są z tego tworzone raporty. Dyrektor Dorna jest naturalnym łącznikiem, taka jest jego rola. Po co trener Santos ma się spotykać z pięcioma czy sześcioma selekcjonerami juniorskich kadr, skoro Marcin zbiera od nich wszystkie informacje i może je z Fernando Santosem omówić? Taki mamy system pracy. 

Jeśli przydarzy się porażka z Albanią, to rozważy pan zwolnienie Santosa?

- Nie.

Konkretnie. A pyta pan piłkarzy o ich relacje z selekcjonerem, ich spostrzeżenia co do współpracy, o ten wynik z Mołdawią i ich odczucia?

- O wynik nie pytałem, bo sami najlepiej wiedzieli, że nie poszło tak, jak powinno. Trzeba patrzeć przed siebie, na kolejne mecze. Tego spotkania z Mołdawią nam już nie wrócą. Tego spotkania nam nie powtórzą, dlatego trzeba patrzeć w przyszłość. Teraz potrzebne jest wsparcie i wiara. Razem przegrywamy i razem wygrywamy.

Razem chcecie też działać ze sponsorami. Po co powstaje Rada Sponsorów PZPN i jak ma działać?

- Ustalamy formułę działania. Jesteśmy w okresie wakacyjnym, wiele osób przebywa na urlopach. W najbliższych tygodniach spotkamy się i wszystko omówimy. Chcemy usprawnić nasze relacje, wsłuchiwać się w opinie naszych partnerów biznesowych.

A jak wielu sponsorów wyraziło chęć dołączenia do tej rady?

- Większość odpowiedziała pozytywnie na zaproszenia.

Był przez te dwa lata moment, w którym pomyślał pan, że ta federacja jest za duża i zarządzanie nią pana przerasta?

- Nie. Nie było. Wiem, że mam słabe strony, ale każdy człowiek je ma. Nie załamuję się, mam twardy charakter. Przeżyłem w życiu niejeden kryzys, dzięki któremu stawałem się mocniejszy. Właśnie w takich momentach, które pan nazywa aferami, a ja wpadkami, trzeba pokazać, że jest się twardym i umieć z nich wyjść. To jak z meczem: nawet jak się przegrywa 0:2 w 75. minucie, czasem po prostych błędach, to gra się do końca i szuka takiego rozwiązania, by wygrać. Ja nawet w takich momentach do końca wierzę w zwycięstwo.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.