Wkurzają was transfery do Arabii Saudyjskiej? Przecież Europa robiła to samo

Michał Kiedrowski
Na naszych oczach zmienia się sportowa geografia. Można zaklinać rzeczywistość jak szef UEFA i mówić, że Europa pozostanie piłkarskim centrum świata. Historia jednak uczy, że żadne wyższościowe urojenia nie chronią przed wywróceniem stolika.

Lionel Messi gra w MLS, a Cristiano Ronaldo w Arabii Saudyjskiej. Dwóch najpopularniejszych piłkarzy świata wybrało kluby poza Europą. Okazało się, że inne części świata mogą coś zaoferować największym gwiazdom piłki nożnej. Czy to przewrót kopernikański, czy też jednorazowy epizod, to się jeszcze okaże. W każdym razie szum, który powstał z tego powodu, wywołał bardzo różne reakcje. Niektórzy uważają, że Arabia Saudyjska niszczy sport, jaki znamy. Inni bagatelizują sprawę i twierdzą, że nic dobrego poza Europą powstać nie może. Że mieliśmy już plejadę gwiazd w USA z wielkim Pele na czele i skończyło się to spektakularną klapą. Że mieliśmy już chińską ligę, która płaciła piłkarzom gigantyczne pieniądze, by w końcu upaść, bo tak spodobało się miejscowej partii komunistycznej.  

Zobacz wideo

Europa jest piłkarskim pępkiem świata. Na razie

Tę wyższościową narrację nakreślił na przykład Aleksander Ceferin, szef Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA). Słoweniec zwrócił uwagę Saudyjczykom, że źle rozwijają swój futbol, że nie powinni kupować gwiazd u schyłku kariery, a inwestować w akademie i rozwój swoich rodzimych zawodników. A w ogóle to szef UEFA bagatelizował rozwój saudyjskiej ligi i z wielką pewnością siebie deklarował: - Najlepsi piłkarze chcą wygrywać najbardziej prestiżowe trofea, a te są w Europie - mówił Ceferin

Oczywiście, szef UEFA ma rację. Dziś o najbardziej prestiżowe trofea rywalizuje się w Europie, ale przecież to nie jest stan zagwarantowany na zawsze. Historia piłki nożnej nieustannie nas uczy, że co jakiś czas przychodzi ktoś, kto przeprowadza piłkarski zamach stanu, a ci, którzy mieli urojenia o swojej wyższości, boleśnie obijają swoją część ciała na cztery litery.

Piłka nożna miała wyglądać zupełnie inaczej

Spójrzmy choćby na sam początek. W 1863 r., gdy w Londynie uchwalono pierwsze ujednolicone przepisy piłkarskie i powołano do życia pierwszy związek (Football Assoctiation), w zamierzeniu prekursorów świat futbolu miał wyglądać zupełnie inaczej. I nie chodzi o to, że w pierwszych przepisach każdy zawodnik mógł złapać piłkę w ręce i nie było bramkarza. Przede wszystkim kompletnie inna była filozofia sportu. Piłka nożna miała być sportem tylko i wyłącznie dla amatorów. Jak piszą Richard Holt i Dave Russell w "Encyklopedii brytyjskiej piłki nożnej": ówcześni działacze "chcieli stworzyć nową elitę sportową, w której kodeks honorowy klasy wyższej mógłby zostać połączony z cnotami klasy średniej, takimi jak wysiłek i rywalizacja. Amatorzy podkreślali przewagę uczestnictwa nad rolą widza i przyjęli etyczny kodeks sportowy, podkreślając szacunek dla przeciwników i sędziów". 

Brian Belton, autor książki "Founded on Iron: Thames Ironworks and Origins of West Ham United" o tamtych czasach pisze: "Sport był wykorzystywany do promowania całego systemu rozróżnienia klasowego, podkreślając linie demarkacyjne i symbolizując fantazję o moralnej, kulturowej, a nawet duchowej wyższości". 

Zawodowstwo było niedopuszczalne nie dlatego, że wstydem było brać pieniądze za grę, lecz by tę wyższość klasową utrzymać. Angielscy arystokraci i mieszczanie z klasy wyższej sportem parali się w czasie wolnym i nie chcieli, by jacyś zawodowcy z klas niższych zmuszali ich do ustawicznych treningów. Supremacje klubów dla dżentelmenów odzwierciedlały wyniki Challenge Cup - pierwszych rozgrywek przemianowanych później na FA Cup (u nas zwany Pucharem Anglii). Aż przyszedł rok 1883 i puchar wywalczył zespół Blackburn Olympic założony i finansowany przez właściciela stalowni Sidneya Yatesa. W finale drużyna złożona z m.in. z tkacza, hydraulika, operatora przędzarki, urzędnika i asystenta dentystycznego pokonała Old Etonians 2:1 po dogrywce. Później okazało się, że Yates oszukał system. Płacił swoim zawodnikom za stracone z powodu występów piłkarskich zarobki, a do tego przed finałem zorganizował dla nich zgrupowanie. Niemniej jednak od tamtej pory już żaden amatorski klub nie wygrał Pucharu Anglii. Futbol zmienił się na zawsze. 

Anglicy piłkarski mundial nazywali żartem, dopóki nie zostali upokorzeni

Anglicy jeszcze raz zostali wyleczeni z urojeń wyższościowych po II wojnie światowej - tym razem dotyczyło to ich reprezentacji. W pierwszych trzech mundialach organizowanych przez FIFA nie wzięła udziału żadna z brytyjskich reprezentacji (Anglii, Walia, Szkocja i Irlandia Północna). W 1934 r., w odpowiedzi na kolejne zaproszenie, jeden z działaczy FA Charles Stucliffe nazwał turniej o mistrzostwo świata "żartem" i stwierdził, że "narodowym związkom Anglii, Szkocji, Walii i Irlandii wystarczą swoje własne Międzynarodowe Mistrzostwa, których poziom wydaje się znacznie wyższy od mistrzostw świata, które odbędą się w Rzymie". Anglicy w swoim poczuciu wyższości jeszcze się umocnili, gdy w 1934 r. pokonali w Londynie nowo kreowanych mistrzów świata Włochów 3:2. 

Po drugiej wojnie światowej pierwszym sygnałem, że świat Anglikom odjechał, był mundial w Brazylii w 1950 r. Synowie dumnego Albionu nie wyszli nawet z grupy - przegrali z amatorami z USA i Hiszpanią. Wtedy jednak były wymówki, że w Brazylii było za gorąco oraz że Anglicy na przełomie czerwca i lipca grają w krykieta, a nie w piłkę nożną. Prawdziwy szok i niedowierzanie nastąpiły w 1953 r. W tzw. meczu stulecia zmierzyli się z Węgrami. Goście jako pierwsza drużyna spoza Wysp pokonała Anglików na ich własnych terenie. I to jak pokonała. Padł wynik 6:3, a gospodarze zostali upokorzeni. W rewanżu było jeszcze gorzej - 7:1 dla Węgier. To najwyższa porażka Anglii w historii.  

Europa zrobiła Ameryce Południowej to samo, czego boi się ze strony Arabii Saudyjskiej

Kolejnych wywróceń stolika my w Europie nie zauważyliśmy. A to dlatego, że to my wywróciliśmy go reszcie świata. Przeżywająca okres bujnego wzrostu gospodarczego Europa zaczęła ściągać graczy z innych kontynentów. Jeszcze w 1978 r. Argentyna miała w składzie na mistrzostwa świata jednego zawodnika, który nie grał w krajowej lidze (Mario Kempes), a Brazylia żadnego. Cztery lata później było ich trzech (Argentyna) i dwóch (Brazylia). W 1986 - siedmiu i dwóch. Cztery lata później już większość zawodników tych dwóch drużyn grała poza granicami kraju. I tak jest do dziś. Krajowe ligi do składów na mundial w Katarze dały Argentynie jednego zawodnika, a Brazylii - trzech. Można powiedzieć, że Europa zrobiła Ameryce Południowej to, czego sama teraz obawia się ze strony Arabii Saudyjskiej. A przecież w latach 30. to River Plate bił transferowy rekord świata, gdy kupił Bernabé Ferreyrę, a w latach 60. Pele nie musiał wyjeżdżać do europejskiego klubu, by być najbogatszym sportowcem świata. Teraz rozsiane po całym świecie akademie piłkarskie szkolą zawodników pod kątem wyjazdu do klubu w Europie Zachodniej. "Straszliwa ręka Europy" zacisnęła się na piłce.

Żeby zdobywać najważniejsze trofea, trzeba być bogatym

Jeszcze głębiej piłkarski świat przeorała Liga Mistrzów. Od jej wprowadzenia do kalendarza okazało się, że w piłce nożnej liczy się właściwie tylko pięć krajów: Anglia, Włochy, Hiszpania, Francja i Niemcy. Żeby zdobywać najważniejsze klubowe trofea trzeba, nie tylko dobrze grać w piłkę, ale jeszcze być bogatym. Od 19 sezonów nie zdarzyło się, by Ligę Mistrzów wygrała drużyna spoza top 9 rankingu najbogatszych klubów świata za poprzedzający triumf sezon. Przy czym zazwyczaj były to drużyny z miejsc 1-4. 

Te pięć krajów Europy stanęło na szczycie piłki przede wszystkim dlatego, że są duże i bogate, a ich zasobni obywatele byli skłoni płacić coraz to więcej za bilety na mecze i za abonamenty telewizyjne. To była ich główna przewaga konkurencyjna. Ten wzrostowy trend się jednak kończy. Pokazują to ostatnie kłopoty Viaplay, a wcześniej duże problemy właścicieli ligowych praw telewizyjnych we Francji i Włoszech. 

Mieliśmy szczęście jako kibice w Europie, że w żadnym innym bogatym i dużym kraju piłka nożna nie była zbyt popularna. Teraz jednak Stary Kontynent zostaje w tyle za resztą świata, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy i innowacje. Jeśli to się nie zmieni, to nie tylko USA i Arabia Saudyjską mogą okazać się nowym Eldorado dla najlepszych piłkarzy świata. I tak skończą się nasze urojenia wyższościowe o przewadze europejskiego futbolu nad resztą globu.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.