Santos odebrał Niemcom ich największy atut. Nastał czas zmiany w polskiej kadrze

Mecz z Niemcami, mimo zwycięstwa, nie zapowiada, że gra reprezentacji szybko się upiękni, czy też będzie kibiców radowała. Jest jednak w tej pokoleniowej zmianie w 2023 roku przyjemna różnica: nikt nie mówi, czego ta kadra nie potrafi i do czego kadrowicze się nie nadają - pisze Michał Zachodny, dziennikarz Viaplay oraz autor książki pt. "Polska myśl szkoleniowa".

Osiem lat, osiem miesięcy i pięć dni – tyle czekali reprezentanci Polski, by ponownie pokonać znacznie wyżej rozstawionych rywali. Znów byli to Niemcy. W 2014 roku były to "syte koty" Joachima Loewa po zdobytym mistrzostwie świata, w 2023 – często niepewni, niepodejmujący ryzyka, nie tak zdeterminowani po mundialowej wpadce piłkarze Hansiego Flicka. Wtedy drużyna Adama Nawałki wygrała w eliminacjach, ta Fernando Santosa triumfowała w meczu towarzyskim.

Zobacz wideo Szczęsny: Męczy mnie już to pytanie

Santos miał z czego wyciągać wnioski

Od "mitu założycielskiego" kadry Nawałki biało-czerwoni w meczach z mocniejszymi rywalami głównie przegrywali, czasem remisując – z Hiszpanią, Portugalią, Włochami, Anglią, z Holandią, znów z Niemcami. Często od efektu ważniejsze było jednak wrażenie. Czy piłkarze potrafili się postawić, mieli plan, umieli utrzymać się przy piłce, zagrozić przeciwnikowi, czy jedynie poddawali się ich przewadze?

Jerzy Brzęczek zaczął od remisu w Bolonii, gdy wydawało się, że Włosi byli zaskoczeni odwagą Polaków. Nawet kończący Ligę Narodów podział punktów na wyjeździe z Portugalią przyjęto za dobry omen, choć pozostałe mecze z tymi rywalami biało-czerwoni przegrywali. Ale gdy po pandemii Polska wróciła do tych rozgrywek, to już wyłącznie w roli pasywnych obserwatorów. Oglądając starcia z Holandią czy Włochami miało się poczucie nieuchronnej porażki, z którą najpierw pogodzili się sami piłkarze.

Z rocznej kadencji Paulo Sousy remisy z Anglią czy Hiszpanią były najlepszym wspomnieniem: pod kątem agresywności, przekonania w graniu piłką. Z dwunastu miesięcy Czesława Michniewicza najlepszy mecz z mocniejszym rywalem to porażka z Francją, gdy po wyjściu z grupy na mundialu zawodnicy dostali więcej swobody, by udowodnić – bardziej sobie, niż kibicom – że mogą grać inaczej. Inaczej niż z Argentyną, gdzie próby przeszkadzania były wyjątkowo delikatne, by nie popsuć pozycji zespołu w klasyfikacji fair play…

Z tych ponad trzech tysięcy dni na pewno można wyciągnąć plan, co musi i czego nie może polski piłkarz przed starciem ze światowym topem. Często ograniczało się to do samego nastawienia selekcjonera: jeśli w pierwszej kolejności widział dysproporcję między drużynami i ona go przerażała, to kończyło się niepowodzeniem. Jeśli zaczynał od szukania szans i kreował narrację konkretnego "sposobu", to przynajmniej wyglądało to lepiej. Paradoksem w kontekście drugiego w historii zwycięstwa nad Niemcami jest fakt, że Santosa podejrzewano o zlekceważenie towarzyskiego spotkania. On pierwszy wskazał, że na tym etapie pracy z kadrą nie jest mu do niczego potrzebne bieganie za piłką rozgrywaną przez rywali. O tym, że narracja Portugalczyka się zmieniła, wcale nie świadczyły pośpiesznie zorganizowane kolejne wywiady, ale jego ostatnia konferencja.

640 – tyle meczów Santos miał wygrać w swojej karierze, przynajmniej taką liczbą podzielił się z dziennikarzami dzień przed meczem z Niemcami. – Tyle razy zwyciężałem, dlatego zakładam, że w piątek będzie podobnie. Myślę jedynie o zwycięstwie, mając na uwadze nasze możliwości. Oczywiście, że mam na swoim koncie też porażki, ale zawsze patrzę, jak wygrać spotkanie – tłumaczył.

Tak precyzyjnie podana liczba spotkań… zastanawia. Nie jest zgodna z żadnym dostępnym źródłem śledzącym wyniki jego drużyn (najbliższa temu wynikowi jest Wikipedia z 517 wygranymi). Niezależnie od tego, czy Portugalczyk raz jeszcze chciał zbyć polskich dziennikarzy, czy jego własne notatki są na tyle precyzyjne, to jego przekonanie do własnego warsztatu i bagażu doświadczeń musiało imponować. Santosa w Polsce przedstawiano na wiele różnych sposobów – że jest pragmatykiem, że trzyma się czwórki obrońców, że nawet wygrywając Euro 2016 doszedł do tego kilkoma remisami – ale nie kreowano go na trenera tak nakręconego na wygrywanie. Jeśli w jakikolwiek sposób ten sam przekaz kierował do piłkarzy, to pierwsza połowa spotkania z Niemcami udowodniła, że ma ich po swojej stronie.

Odróżnić lagę od długiego podania

Do przerwy Polacy mieli więcej rzutów rożnych, dośrodkowań, udanych dryblingów, wygrali tyle samo pojedynków, oddali też tyle samo strzałów z pola karnego rywala, ile Niemcy (po dwa). Już w 7. minucie każdy z trzech środkowych obrońców miał po jednym (niedokładnym) zagraniu za linię obrony rywali. Co istotne, Wojciech Szczęsny po meczu tłumaczył pod szatniami: trzeba rozróżnić, kiedy długie podanie jest lagą. Ten element, dodawał, pojawił się w drugiej połowie, gdy rywale zintensyfikowali swój pressing i dążyli do wyrównania. Ale przed przerwą celem Polaków było wciągniecie Niemców na własną połowę, zmuszenie ich do ustawienia wysoko linii obrony i szukanie szybkości w ruchu za dalszym podaniem. Laga to kopnięcie na uwolnienie z nadzieją, że coś się po drugiej stronie boiska zdarzy. To, co grali Polacy było jasną strategią.

W 12. minucie Jakub Kiwior takim celowym zagraniem szukał Jakuba Błaszczykowskiego, trzy minuty później podawał do Lewandowskiego, który przedłużył piłkę do Kamińskiego. Po chwili to samo zrobił Bednarek, który celował na trzech biegnących za akcją kolegów. Kolejny atak pozycyjny biało-czerwonych to znów rozegranie przez Kiwiora do Zielińskiego, który stworzył sobie miejsce i miał do wyboru trzech pędzących na wolne pole zawodników.

Polska - NiemcyPolska - Niemcy screen TVP Sport

Te długie podania sprawiały, że defensywa Niemców traciła pewność siebie. W dwudziestej różnej konfiguracji w ostatnich dwudziestu jeden spotkaniach mieli mniejszy problem z rozgrywaniem, niż z działaniem bez piłki. Wiele o tych problemach mówi fakt, że swoje najbardziej klarowne przed przerwą okazje stworzyli po tym, jak Polacy wyrzucali aut na własnej połowie. Mieli więc o jednego rywala mniej (wykonawcę autu), Polaków łatwiej było spressować, mieliśmy trudniejsze zadanie, by znaleźć właściwą okazję do długiego podania.

Polacy do przerwy mieli zaledwie 27-proc. posiadanie piłki – a przecież w przeszłości za wyższy udział w grze kadrze obrywało się, że taktyka jest zbyt pasywna, skupiona na obronie i wybijaniu. Tymczasem nawet po niezłych okazjach Niemców biało-czerwoni dalej grali swoje. Spokojnie wyprowadzali piłkę od bramkarza, szukali zmiany strony i przyspieszenia w ataku. Tak – po świetnym diagonalnym podaniu Lewandowskiego do Bereszyńskiego – zdobyli rzut rożny zamieniony na bramkę. Jednak nawet w momencie, gdy dośrodkowanie prawego wahadłowego było blokowane, to w polu karnym przeciwnika już było czterech Polaków gotowych do wykończenia akcji. Tak nie zachowuje się zespół wątpiący w plany atakowania z takim rywalem.

W drugiej połowie, co przyznał sam Szczęsny, to była już głównie laga. Dokładność długich zagrań drużyny spadła o ponad jedną piątą, a udział takich podań wzrósł zdecydowanie – z co szóstego zagrania na niemal co trzecie. – W drugiej połowie zabrakło więcej utrzymania, spokoju, przyspieszenia akcji, przerzucenia ciężaru gry do przodu. Szczęście nam dopisało, ale trzeba mu pomóc. Brakuje nam zawodników w ofensywie, żebyśmy zaatakowali większą liczbą – tłumaczył Lewandowski, który w przerwie został zdjęty z murawy. Faktycznie, mecz biało-czerwoni kończyli z trójką defensywnie usposobionych pomocników. Jedynie szarżom Kamińskiego i Skórasia Polacy zawdzięczali chwilę oddechu dla obrony.

Santos szybko uczy się reprezentacji

To nie był plan wyjątkowy, nie odbyła się żadna rewolucja taktyczna. Czy da się to porównać choćby z meczem najbardziej utożsamianym z lagowaniem? Przeciwko Meksykowi tych długich zagrań – intencjonalnych lub nie – było o połowę więcej niż z Niemcami. Po prostu: na pierwszych 45 minut udało się Santosowi znaleźć złoty środek, wyważyć grę zespołu między obroną i atakiem, a w drugiej połowie utrzymać to zmasowaną obroną. Jednak widać też, że wiedza Portugalczyka o zespole rośnie w sposób bardzo zdecydowany. On sam przyznawał, że to wciąż etap wzajemnego poznawania się.

Jednak nawet w tym można dostrzec inne podejście 68-latka. Choć w marcowych meczach z Czechami (1:3) i Albanią (1:0) piłkarze pokazali nowemu selekcjonerowi więcej deficytów, niż atutów, to Santos wciąż w nich wierzy. – Z każdym treningiem zaczynam lepiej rozumieć, kim są piłkarze, na co ich stać, w jaki sposób grają. Obserwując ich, wyciągam wnioski i doszedłem do takiego, że najlepsze będzie takie właśnie ustawienie. Bardzo ważne, żeby drużyna dobrze broniła, ale mamy też piłkarzy, którzy dobrze panują nad piłką, mamy opanowane stałe fragmenty gry. Trzeba wykorzystywać to, co oni mają najlepszego – mówił.

Z Tomasza Kędziory zrobił środkowego stopera w trójce obrońców, Kamińskiego ustawił na lewym wahadle, za Błaszczykowskiego duet napastników uzupełnił Skórasiem. Tak wielu zmian ról względem tej preferowanej nie było od czasów wyborów Sousy w niektórych spotkaniach. Ale to wyraz właśnie zaufania: może trener znający prawego obrońcę od lat nie pomyślałby nawet, by ustawić go pomiędzy dwoma stoperami. Może ktoś z wewnątrz nie uznałby, że Kamiński na to lewe wahadło się nadaje, skoro w Wolfsburgu też zdarzyło mu się tam zagrać okazjonalnie. Ustawianie Skórasia w środku mogłoby oznaczać, że jego dynamikę się marnuje, niż rozwija.

Mimo zwycięstwa mecz z Niemcami nie zapowiada, że gra reprezentacji szybko się upiękni czy też będzie kibiców radowała. Jest jednak w tej pokoleniowej zmianie w 2023 roku przyjemna dla ucha różnica: nikt nie mówi, czego ta kadra nie potrafi i do czego kadrowicze się nie nadają. Tę wajchę udało się Santosowi przesunąć znów na dobrą stronę: skupiając się na możliwościach, nie ułomnościach piłkarzy. Czy bardziej atrakcyjna, regularna w tym gra za tym przyjdzie? Tego jeszcze nikt nie wie, ale przynajmniej drużyna przechodzi kurs z myślenia w pierwszej kolejności o wygrywaniu, bardziej niż o przetrwaniu.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.