Wygrywał z Żyłą, ale wypadek wszystko zniszczył. Teraz jest jedną z największych gwiazd

Nieważne ile masz lat, nieważne, co cię spotkało po drodze, nigdy się nie poddawaj. Pokazuje to kariera Primoża Roglicia, który dekadę temu miał pełne prawo rzucić sport i zacząć nowe życie. Ale Słoweniec tego nie zrobił, zmienił dyscyplinę i dziś jest jednym z największych kolarzy świata.

Życie sportowca nie jest usłane różami. Jeśli po 20. urodzinach mało kto widzi w tobie talent, jest niemal pewne, że lada moment trzeba będzie sobie szukać nowego pomysłu na życie. Zwłaszcza jeśli im jesteś starszy, tym forma pikuje.

Zobacz wideo Jest kolejny chętny do walki z Mamedem. "Pokonać legendę i stać się legendą"

Roglić był talentem, ale wypadek wszystko zniweczył

Tak było z 33-letnim dziś Primożem Rogliciem i jego osiągnięciami w skokach narciarskich. Słoweniec początek kariery miał więcej niż wybuchowy. Już w wieku 17 lat udało mu się trzykrotnie stanąć na podium Pucharu Kontynentalnego - dwa razy w Planicy (jedno zwycięstwo w 2007 r.) i raz w Vikersund (2006). Choć w ostatnich latach najlepszy wiek dla zawodowego skoczka nieco się przesunął, w tamtych czasach tak dobre rezultaty juniora nie były czymś zupełnie normalnym, podobnie jak sama pozycja w klasyfikacji generalnej cyklu. Za Słoweńcem znaleźli się wówczas Manuel Fettner, Tom Hilde, Jurij Tepes czy Piotr Żyła. Tak, w sezonie 2005/2006 na zapleczu Pucharu Świata Roglić był wyżej od dwukrotnego mistrza świata na skoczni normalnej.

Sezon później było nawet lepiej. 18-letni talent co prawda tylko dwa razy stanął na podium zawodów Pucharu Kontynentalnego (dzień po dniu w amerykańskim Westby), lecz przez cały sezon udało mu się utrzymywać równy i wysoki poziom, co dla najmłodszych zawodników jest często wielkim problemem. Skończyło się na 444 punktach w cyklu, ósmym miejscem w klasyfikacji generalnej, przed m.in. mistrzem olimpijskim z poprzedniej zimy Larsem Bystoelem, i powołaniem do grupy narodowej na finałowe zawody w Planicy. Nieszczęsnej Planicy.

O wypadku Roglicia na Letalnicy mówiło się i pisało wiele razy. W przeszłości dla wielu zawodników tego typu wypadek był natychmiastowym zakończeniem kariery. U Słoweńca skończyło się na dłuższej przerwie i rehabilitacji na rowerze. Rowerze, który szybko stał się jego drugą pasją. Jak pisze "La Gazetta dello Sport", Słoweniec od razu zrozumiał, jak wielką wolność dają dwa kółka, którymi możesz dojechać wszędzie.

Zważając na rozkwitającą miłość między Rogliciem i rowerem, w przeszłości wielu kibiców pytało na różnego rodzaju forach, dlaczego Słoweniec już wtedy nie zdecydował się na zmianę dyscypliny. Odpowiedź jest prosta. Który sportowiec zrezygnowałby z uprawiania dyscypliny, w której w wieku 18 lat ma naprawdę duże szanse na sukces, a przynajmniej na to wskazywały wyniki? Powrót Primoża na skocznie nie był wielkim zaskoczeniem.

Po wypadku w Planicy zatrzymały go jednak liczby. Choć sam zawodnik tego nie przyznał, mówi się, że w jego próbach w sezonie 2007/2008 było widać strach. Doprowadził on do zdobycia zaledwie 33 punktów w Pucharze Kontynentalnym. Później było już tylko gorzej. 

Koniec skokowej kariery Roglicia przypadł na koniec sezonu 2011/2012. 21-letni wówczas zawodnik zdecydował się odstawić narty w kąt, zająć się sobą i w pełni oddać się rowerowej pasji. Kręcić więcej kilometrów, niż przejeżdżał samochodem na zawody wraz z drugą reprezentacją w skokach narciarskich. 

Cud na kołach, czyli natychmiastowa metamorfoza

Gdy spojrzy się na zawodowych kolarzy, zdecydowana większość z nich poświęciła całe życie dojściu do światowego poziomu. Roglić do poziomu "Continental" doszedł w rok. I to niecały. Kiedy wiosną 2012 r. kończył karierę skoczka, mało kto spodziewał się, że już w styczniu 2013 będzie zawodnikiem na zawodowym kontrakcie w jedynej grupie kolarskiej w Słowenii. Choć oczywiście 22-latek od wielu lat na rowerze jeździł, dojście do tego poziomu jest więcej niż trudne. Nie bez powodu Marco Pantani w przeszłości powiedział, że nawet najgorszy kolarz jest wielkim sportowcem, doskonale wiedząc, ile wyrzeczeń kosztuje choćby najmniejszy krok w rozwoju.

Jakim cudem Rogliciowi się to udało? Z kilku powodów. Przede wszystkim Słoweniec musiał mieć doskonałe wyniki badań wytrzymałościowych. W przypadku skoczków narciarskich nie jest to wielkie zaskoczenie. W przeszłości podobnie sprawa wyglądała w przypadku Tomasza Pochwały, który w drugiej części kariery zdobywał punkty Pucharu Świata w kombinacji norweskiej. Drugą kwestią jest wytrenowana na siłowni i skoczni siła nóg. Nie jest tajemnicą, że skoczkowie w dolnych partii ciała są bardzo silni, silniejsi, niż w rękach. Do tego dochodzi jeszcze trzeci z powodów - waga. Jako skoczek Primoż musiał przez lata trzymać restrykcyjną dietę, by nie przybrać choćby kilograma. Także w kolarstwie dieta jest niezwykle istotna, choć wajcha  została przestawiona na tryb "jedz więcej, niż jesteś w stanie, ale zgodnie z potrzebami organizmu". Niejeden kolarz w ilości pochłanianego pożywienia pokonałby mistrza w jedzeniu burgerów na czas.

Lata nauki kolarstwa. Mocny był, ale głowy nie miał

Początek zawodowej kariery Roglicia do najlepszych nie należał. Choć widać było, że Słoweniec to kawał konia, który w przyszłości może powalczyć o dobre wyniki w mniej znanych wyścigach, jego głowa zupełnie nie rozumiała kolarstwa. Młody Słoweniec atakował, gdy nie powinien. Wystrzeliwał wszystkie naboje, gdy nie było to potrzebne. Kiedy musiał powalczyć w końcówce, zupełnie nie wiedział, jak się w niej odnaleźć.

By zrozumieć działania peletonu, ówczesny zawodnik Adria Mobil potrzebował zaledwie roku. Już w 2014 r. na koncie byłego skoczka znalazło się kilka cennych skalpów: etapowe zwycięstwo w wyścigu dookoła Azerbejdżanu czy doskonałą, czy trzecią lokatę w bardzo trudnym i dobrze obsadzonym Sibiu Cycling Tour w Rumunii.

Szczególnie znakomita postawa w południowych Karpatach pokazała, że kolarski potencjał Roglicia jest zdecydowanie wyższy, niż można było się spodziewać. W szczególności jego występy na bardzo trudnych podjazdach do jeziora Balea i Paltinis robiły wrażenie. Za jego plecami finiszował m.in. będący jeszcze w bardzo dobrej formie Davide Rebellin, który reprezentował wówczas polską ekipę CCC.

Mimo to w 2015 roku Słoweńcowi przyszło jeszcze jeździć w zespole Adria Mobil. Wówczas jednak wydawało się pewne, że silniejszy zespół  w końcu się po niego zgłosi. Wystarczy spojrzeć na jego wyniki w Tour of Croatia (drugie miejsce w generalce, za mającym sezon życia Maciejem Paterskim) czy Tour de Slovenie, gdzie za jego plecami znaleźli się Mikel Nieve, Diego Ulissi czy Jan Polanc, czyli trzy gwiazdy światowego peletonu.

Rok później Roglić był już zawodnikiem ekipy LottoNL-Jumbo i po kilku miesiącach otrzymał szansę startu w Giro d'Italia, gdzie omal nie założył koszulki lidera. Na pierwszym etapie jazdy na czas o setne sekundy pokonał go wielki Tom Dumoulin. Tydzień później Słoweniec dopiął swego, wygrywając drugą z czasówek. Do wielkości brakowało mu już jedynie udowodnienia wartości w górach. 

To ostatecznie przyszło w 2018 r., gdy Słoweniec zdołał ukończyć Tour de France na czwartym miejscu. Reszta jest historią. Trzy zwycięstwa w hiszpańskiej Vuelcie, nieco pechowa druga lokata w TdF i ostatni triumf w Giro d'Italia pozwalają Rogliciowi spojrzeć w lustro i przyznać, że jest jednym z największych sportowców w historii swojego kraju. Jest też jednym z największych kolarzy. 

Przez 150 lat rywalizacji na kolarskich trasach, zaledwie siedmiu zawodników zdołało w swoich karierach wygrać trzy wielkie toury. Są to Eddy Merckx, Bernard Hinault, Jaques Anquetil, Chris Froome, Alberto Contador, Felice Gimondi i Vincenzo Nibali. Roglić jest o krok za nimi z drugą lokatą w Tour de France. W sumie Słoweniec wygrał już cztery trzytygodniowe wyścigi. Oprócz zawodników wymienionych wyżej więcej lub tyle samo wygrali jeszcze wielki Fausto Coppi, Miguel Indurain, Gino Bartali, Alfredo Binda, Tony Romminger i Roberto Heras. Tu nie ma przypadkowych nazwisk.

Jedyna taka historia. Nikt nie dokonał czegoś takiego

Niech historia Słoweńca niesie się po świecie. Niech każda z młodych osób zobaczy, że nie ma w życiu sytuacji bez wyjścia. I nigdy nie jest za późno, by spróbować czegoś nowego. 33-letni już kolarz udowodnił, że można. Nie ma powodu, by się poddawać.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.