Skandaliczne sceny. Udawał sikającego psa. To może złamać karierę

Kacper Sosnowski
Dla jednych mogą być wyrazem kreatywności czy niemal teatralnym przedstawieniem. Dla innych budowaniem własnej piłkarskiej marki. Czasem przybierają formę dowcipu, a czasem przekraczają granicę, nie tylko dobrego smaku. Cieszynki zawodników to jednak ważna i jak się okazuje potrzebna część sportu, która może przynosić profity.

Temat radości zawodników po sukcesie powraca, ilekroć na boiskach, w halach czy na bieżniach wydarzy się coś, co budzi większy uśmiech, zdziwienie, ale też powoduje dezaprobatę czy wręcz obrzydzenie. Które z tych odczuć pojawiło się ostatnio po cieszynce jednego z graczy w lidze meksykańskiej? W Meksyku święto przypominające nasze prima aprilis obchodzone jest akurat pod koniec grudnia, więc zachowanie trudno tłumaczyć próbą świątecznego żartu.

Zobacz wideo Rozemocjonowany Lewandowski po pokazie filmu: To wielkie wydarzenie dla mnie

Sikający pies, a kiedyś egzekucja. Meksyk idzie po bandzie

To był bardzo prestiżowy mecz. Club America pokonała w nim Chivas Guadalajara 4:2. Po czwartej bramce napastnik gości Henry Martin najpierw specjalnie wpadł w siatkę bramki przeciwników, a po odebraniu gratulacji od kolegów jeszcze raz podszedł do bramki. Tym razem usiadł na czworaka i niczym pies przy drzewie podniósł do góry jedną nogę, udając, że załatwia się na bramkę. Sędzia pokazał zawodnikowi żółtą kartkę, oceniając, że prowokuje publiczność swoim zachowaniem.

 

- Dałem się ponieść euforii i świętowałem gola jak mój idol Cuauhtemoc Blanco. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni, nie chciałem, aby tak było - przekazał po meczu. Blanco, którego przywołał Martin, był w futbolu postacią nietuzinkową, znaną z tego, że po golach wykonywał gest łucznika, tańczył, kładł się na boisko spać, zdejmował buty, a po jednym z rzutów karnych rzeczywiście niczym pies zasymulował, że oddaje mocz na bramkę rywali. Blanco w ciągu swej piłkarskiej kariery zagrał też w kilku filmach i serialach oraz reklamach. W aktorstwie i świecie show czuł się doskonale. Za "obsikanie bramki rywala" jednak nie przeprosił. Z drugiej strony kibice w jego kraju na stadionach widzieli znacznie bardziej oburzające rzeczy. Jedna z nich wydarzyła się zresztą podczas meczu Chivas z Estudiantes Tecos. Zdobywca gola dla gospodarzy w geście radości udawał egzekucję. Odegrał zastrzelenie swojego kolegi z drużyny. Taką inscenizację po golu zaproponowali widzom Marco Fabian i Alberto Medina. Jeden ze swych rąk zrobił pistolet, przyłożył go do głowy drugiego, a ten upadł na murawę.

 

Przez meksykańskie media przelała się wówczas fala krytyki. Graczy publicznie potępił też klub, udzielił im nagany. Uznano to za nieodpowiedzialne zachowanie i okropny przykład dla nastolatków mieszkających w kraju borykającym się z wojnami gangów i walczącym z przestępczością zorganizowaną.

Nazistowski gest i udawanie Greka

Inną z dość kontrowersyjnych cieszynek, już z Europy, była ta zaprezentowana przez Robbiego Fowlera. Napastnik Liverpoolu po zdobyciu bramki z rzutu karnego podbiegł do linii końcowej boiska, położył się na niej i zatykając jedną dziurkę nosa, udał, że wciąga kokainę. Bulwersujący gest należało jednak odczytywać wówczas w szerszym kontekście. Piłkarz postanowił odpowiedzieć w ten sposób na zarzuty o zażywanie przez niego kokainy.

Listę absurdów w okazywaniu radości po golu i późniejszym tłumaczeniu się z tego otwiera jednak Giorgos Katidis, niegdyś piłkarz AEK. Ten jako 20-latek pokazał nazistowski gest (pozdrowienie hitlerowskie) po swej zwycięskiej bramce w jednym z ligowych meczów. Za to zachowanie Grecka Federacja Piłkarska dożywotnio zakazała Katidisowi gry w reprezentacji, a klub zawiesił go na kilka meczów, a potem nawet zwolnił. Katidis przekonywał, że nie wie, co to znaczy.

Oskarżony o antysemityzm został dekadę temu też Nicolas Anelka, grający wówczas dla West Bromwich Albion. Po zdobyciu bramki pokazał neonazistowski gest "quenelle" i wywołał burzę, choć on upierał się, że nie miał żadnych złych intencji.

Podczas celebracji gola kibice oglądali też rozradowanego i rozebranego Mario Gurowskiego. Napastnik mistrza Tajlandii Muangthong United, po swej bramce ściągnął spodenki i założył je sobie na głowę. Po chwili wyleciał z boiska, bo sędzia pokazał mu za zdjęcie garderoby żółtą kartkę, a zawodnik jedną żółtą już na koncie miał.

Palące buty i łowienie ryb. Żarty i kreatywne show

Oprócz zdarzających się czasem kontrowersyjnych cieszynek, które są raczej wyrazem głupoty, są też te żartobliwe, wymyślne i bardzo kreatywne, o których mówi się potem latami. Show na bieżni zrobił kiedyś Maurice Green, czyli lekkoatleta, który pobił rekord świata na 60 m (6,39 s). Po jednym ze swych wygranych biegów udawał, że zaczynają palić mu się buty. Pośpiesznie zrzucił je z nóg, a kolega zaczął gasić je gaśnicą.

 

Mistrzem celebracji po strzeleniu gola jest islandzki zespół FC Stjarnan, który na murawie urządzał czasem minispektakle teatralne. Brało w nich udział wielu członków zespołu. Kibice oglądali w wykonaniu graczy m.in. łowienie ryb, jazdę na rowerze, zawody bobslejowe, pokaz tanga i wiele innych. Inni kreatywni piłkarze, ciesząc się, udawali nurków (choćby Roger Levesque w lidze MLS), a kolejni, jak Lomana LuaLua, prezentowali cyrkowe umiejętności, wykonując po 6,7 salt w jednej serii. Zresztą LuaLua zrezygnował z akrobacji, gdy podczas jednej z nich doznał kontuzji. Jedną z najbardziej znanych cieszynek, budującą też markę piłkarza pozostaje ta, którą po golach wykonuje Cristiano Ronaldo. Skok z obrotem i rozłożenie rąk na boki z dumnym wypchnięciem do przodu klatki piersiowej. Naśladowali go potem nie tylko najmłodsi, ale też inni gracze. Napastnicy zresztą często starają się wymyślać własne cieszynki, by były one z nimi kojarzone.

 

Cieszynki pod lupą. Pomagają wygrywać mecze

Czy ekspresyjne cieszenie się po golu ma inne funkcje niż zwykłe ujście emocji, rodzaj rozluźnienia czy po prostu show? Okazuje się też, że może pomagać... wygrywać mecze. Osobliwe badania na ten temat zamówił kilka lat temu Master Card, a za cieszynki wzięli się psychologowie. Okazało się, że sposób, w jaki dany piłkarz i jego koledzy cieszą się ze strzelonego gola, może być kluczem do wygranej w całym meczu. Po przeanalizowaniu 230 goli stwierdzono, że drużyny, które cieszyły się ze strzelonej bramki przez obejmowanie się, przybijanie "piątek" i inne interakcje fizyczne, zwyciężały z prawdopodobieństwem większym o 50 procent. Chodziło tu o nastawienie psychiczne, demonstracyjną pewność siebie, dobrą atmosferę i mocniejsze relacje między zawodnikami.

W dodatku z tych samych badań wyszło, że piłkarze, którzy dbają o dobre nastroje swych kibiców, przez dobrą grę czy właśnie boiskowe zachowania, sami czerpią z tego profity. Widok radosnych fanów skłania sportowców do pracy z maksymalną intensywnością nawet o 12 proc. dłużej niż widok niezadowolonych twarzy. Być może był to jeden z elementów sukcesu zespołu Stjarnan, który w kilka lat awansował z trzeciej do pierwszej ligi. Potem zdobył też mistrzostwo kraju i grał w eliminacjach europejskich pucharów, wyrzucając z nich Lecha Poznań. Swoją drogą, to liczba kibiców, którzy zaczęli chodzić na mecze tej drużyny rosła tak, że na stadionie trzeba było dokładać nowe miejsca, bo mały obiekt nie mieścił wszystkich chętnych. Jeśli byli tacy kibice, którzy patrzyli na to z politowaniem, być może teraz zmienią zdanie.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.