Rafał Stec: Ciężki los gwiazd ataku w lidze włoskiej

Nawet jeśli strzelasz gole w każdym meczu, kibice skandują twoje nazwisko, a twoja drużyna pewnie kroczy po tytuł, ale jesteś napastnikiem we Włoszech, i tak nie masz pewności, że zagrasz za tydzień

Rafał Stec: Ciężki los gwiazd ataku w lidze włoskiej

Nawet jeśli strzelasz gole w każdym meczu, kibice skandują twoje nazwisko, a twoja drużyna pewnie kroczy po tytuł, ale jesteś napastnikiem we Włoszech, i tak nie masz pewności, że zagrasz za tydzień

Niedzielne spotkanie z AC Milan Vicenzo Montella zaczął tak jak zwykle (ostatnio), czyli na ławce rezerwowych. Koniec też nie był oryginalny. Jego zespołowi - liderowi Serie A Romie - szło jak po grudzie, rywale prowadzili, więc trener Fabio Capello wpuścił na boisko 27-letniego napastnika. Zdobytą przez niego w 64. min bramkę powtarzały potem do znudzenia wszystkie telewizje, nie tylko zresztą włoskie, a dziennikarze uznali ją za jedną z najpiękniejszych w sezonie. Miała ona również wartość bardziej wymierną - rzymianie pierwszy od 18 lat tytuł mistrzowski mają na wyciągnięcie ręki.

Montella ma dość

Jeśli ktoś cię oszuka, hańba mu, jeśli ktoś oszuka cię po raz drugi, hańba tobie - nie wiadomo, czy Montella zna tę starą żydowską sentencję, ale w miniony weekend dał jasno do zrozumienia, że nie pozwoli wodzić się za nos. O co ma pretensje? Obiecywano mu, że będzie kluczowym zawodnikiem zespołu, a mimo rewelacyjnej formy nie jest nawet podstawowym. A byłoby pewnie jeszcze gorzej, gdyby nie przewlekłe kłopoty z kolanami Gabriela Batistuty. Im rzadziej gra Montella, tym głośniej jego umiejętnościami zachwycają się trenerzy i obrońcy rywali z Serie A. Pierwsi marzą, by móc podporządkować mu grę swojej drużyny, drudzy drżą na myśl o konfrontacji.

Po meczu z Milanem piłkarz Romy był wściekły i zagroził, że po raz drugi oszukać się nie da. - Mam tego powyżej uszu - mówił. - Tym razem nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę usiąść na ławce. Że jest inaczej, dowiedziałem się na dwie godziny przed gwizdkiem. Poczułem coś znacznie gorszego niż rozczarowanie. Coraz częściej myślę o przyszłości i coraz rzadziej widzę ją w tym klubie. Kiedy nadejdzie czas decyzji, będę pamiętał, co się dzisiaj wydarzyło. Mówię to otwarcie, bo zawsze byłem uczciwy, i nie zamierzam ukrywać, co sądzę o tej chorej sytuacji.

Montella od początku sezonu nie cieszył się zaufaniem trenera Capello, choć do tego, że Roma od wielu miesięcy nieprzerwanie zajmuje pozycję lidera, przyczynił się bardziej niż ktokolwiek inny. W ostatnich 12 meczach strzelił dziesięć goli, mimo że tylko dwukrotnie przebywał na boisku 90 minut! Te bramki, zwykle zdobywane w ostatnim kwadransie gry, uratowały rzymianom co najmniej dziewięć punktów. Jeśli Roma wygra za tydzień w rodzinnym mieście Montelli - Napoli - będzie mistrzem.

Duma gwiazdorów

Napastnikom zawsze o miejsce w drużynie trudniej niż obrońcom i pomocnikom, bo na boisku biega ich mniej (choć Brazylia z czasów Pelego grała systemem 4-2-4 i nie miała w świecie konkurencji). Nigdzie jednak nie mają tak ciężko jak we Włoszech. W Serie A od kilku lat obowiązujący standard to gra jednym, góra dwoma piłkarzami z przodu. Równocześnie w żadnej lidze prezesi klubów z taką zachłannością nie pozyskują gwiazd, których głównym zadaniem jest zdobywanie bramek. Kłopoty Montelli stają się bardziej zrozumiałe, kiedy spojrzy się na nazwiska jego konkurentów. Obok jednego z najwybitniejszych napastników Serie A ostatniej dekady - Batistuty - trener Capello może wybierać między reprezentantami Włoch - Marco Delvecchio i idolem tłumów Francesco Tottim (ten często gra jako ofensywny pomocnik), argentyńskim weteranem Abelem Balbo, a na swoją szansę już czeka kupiony za blisko 29 mln dol. Antonio Cassano (najdroższy nastolatek w historii).

Montella nie jest jedynym bramkostrzelnym gwiazdorem, który ma kłopoty. I jeśli chce to zmienić, powinien rozważyć transfer w nietypowym dla piłkarzy z Półwyspu Apenińskiego kierunku - za granicę. Kilka dni temu trener Juventusu Carlo Ancelotti na łamach "La Gazzetta dello Sport" musiał tłumaczyć Davida Trezegueta, któremu wymsknęło się, że już ma dość Turynu i myśli o wyjeździe. - To chwilowa niedyspozycja. David był po prostu niepocieszony, że nie gra zbyt często - mówił szkoleniowiec, który stawiał na Filippo Inzaghiego, a w odwodzie ma jeszcze Alessandro del Piero, Darko Kovacevicia i Daniela Fonsekę, każdego z predyspozycjami do bycia gwiazdą.

Ancelotti ma ten sam problem co wielu kolegów po fachu w Serie A - jak rozdzielać grę między kilkoma świetnymi napastnikami, by żaden nie poczuł się niedoceniany. Co prawda ich gaże nie maleją, nawet gdy mecze oglądają z ławki, ale - jak pisał klasyk - wielu nienawidziło bogactwa, sławy nikt. A żeby zyskać tę ostatnią, nie można dać o sobie zapomnieć. Kto wie, czy Montella, gdyby grał częściej, nie walczyłby teraz z Szewczenką i Crespo o tytuł króla strzelców...

O dumę gwiazdorów trzeba jednak dbać, bo każdy z nich ofertami z innych klubów mógłby sobie wytapetować pokój. Tajemnicą poliszynela jest np., że na Trezegueta, zdobywcę złotego gola w finale ubiegłorocznych mistrzostw Europy, chrapkę ma m.in. Arsenal i Liverpool. Nic dziwnego. W ostatnich trzech meczach Francuz strzelił cztery gole. Montellę chciałyby Inter, Milan i Juventus, a szefowie Realu Madryt od miesięcy bezskutecznie starają się namówić prezesa Lazio Sergio Cragnottiego na transfer Marcelo Salasa. Rzymski multimilioner nie chce o tym słyszeć, choć w jego zespole rzadko występuje więcej niż jeden napastnik, a najdroższy piłkarz Serie A Hernan Crespo po kiepskim początku zaczął w ekspresowym tempie spłacać 54 mln, jakie zapłacił za niego klub. Jakby tego było mało, trener Dino Zoff ma jeszcze do dyspozycji Claudio Lopeza, Simone Inzaghiego (niektórzy sądzą, że talentem bije na głowę nawet swojego starszego brata Filippo) i "Srebrnego Lisa" Fabrizio Ravanellego.

Gdy wyleczy się Ronaldo, z kłopotami bogactwa radzić sobie będzie musiał również prowadzący Inter Marco Tardelli. Z Brazylijczykiem o miejsce w składzie rywalizować będzie były najdroższy piłkarz świata Christian Vieri, wschodząca gwiazda urugwajskiej piłki Alvaro Recoba, największa tureckiej - Hakan Sukur, a także Ivan Zamorano.

Kto do Azji?

Na Półwysep Apeniński sprowadza się masowo bramkostrzelnych obcokrajowców, ale nie oznacza to, że rodzime talenty myślą tylko o bronieniu dostępu do bramki. Słynący z zamiłowania do gry defensywnej Włosi zawsze mieli szczęście do wybitnych napastników. Na każdym mundialu pojawiał się gracz, który olśniewał strzeleckim instynktem. W 1982 roku był to Paolo Rossi, w 1990 roku furorę zrobił nieznany Salvatore Schilacci, by po MŚ bezpowrotnie stracić formę. Cztery lata później do najlepszych strzelców turnieju w USA należał Roberto Baggio. A przed trzema laty we Francji - Vieri. Drogę do tronu króla strzelców zagrodziła mu porażka z Francją w ćwierćfinale po rzutach karnych.

Dlatego identyczna sytuacja jak w klubach jest w reprezentacji. W ostatnich dnia Enrico Chiesa publicznie zastanawia się, jakich cudów musi dokonać, by wrócić do drużyny narodowej. - Może mam strzelać co mecz sześć goli? Jak sądzicie, to by chyba przekonało trenera? - kpi 30-letni napastnik Fiorentiny, który skuteczność ma tylko trochę niższą. W tym sezonie trafiał do siatki 22 razy i w klasyfikacji najskuteczniejszych wyprzedzają go jedynie Szewczenko i Crespo.

Chiesa wpadł w rozpacz, kiedy dowiedział się, że w kadrze na mecz eliminacji mistrzostw świata kontuzjowanego Christiana Vieriego zastąpi Marco Delvecchio. Jego rozgoryczenie jest zrozumiałe, nie bardziej jednak niż męki Giovanniego Trapattoniego. Zawsze gdy włoski selekcjoner ogłasza powołania do reprezentacji, duża grupa pominiętych zgłasza pretensje, którym nikt o zdrowym rozsądku nie odmawia słuszności. Ich nazwiska trudno wymienić jednym tchem: Vieri, Delvecchio, Montella, Totti, Signori, Inzaghi, del Piero, Chiesa - pominięcie któregokolwiek z nich komuś niezorientowanemu mogłoby się wydać szaleństwem. Wszyscy mają ten sam cel - wystąpić na mundialu w Korei i Japonii. A jest jeszcze 36-letni Roberto Baggio...