Kibice Lecha tracą cierpliwość. Największy talent nigdy nie rozbłysnął na dobre

Dawid Szymczak
Bodo/Glimt miało przewagę, Lech Poznań - najlepszą okazję. Skończyło się bezbramkowym remisem, w którym każdy dostrzeże to, co chce: optymista powie, że dla mistrzów Polski wynik przed rewanżem u siebie jest dobry, pesymista wypomni im słabą grę, brak celnego strzału i jeszcze raz wróci do sytuacji Marchwińskiego. Dopiero wynik rewanżu pokaże, jak kosztowne było to pudło.
Bodo - Lech
screen TV

W ostatnich tygodniach o Lecha Poznań łatwo się pokłócić: gdy dobrze gra - traci punkty, gdy gra słabo - osiąga niezłe wyniki. Ze Stalą Mielec stworzył wystarczająco okazji, by zwyciężyć chociaż jedną bramką. Jeszcze więcej miał ich w spotkaniu z Miedzią Legnica, a skończyło się 2:2. Kilka dni później, gdy zagrał z nią jeszcze raz, nie był już tak kreatywny, ale wygrał 1:0. Wisła Płock? Lech zagrał najsłabiej od wznowienia rozgrywek, jednak wygrał dzięki golowi Radosława Murawskiego i dzięki świetnej postawie bramkarza - Filipa Bednarka. Szklanka może być do połowy pełna lub pusta - zależy jak się na nią spojrzy. 

Zobacz wideo Premier obiecał kilkadziesiąt hal sportowych. Powstało pięć. Minister wyjaśnia, dlaczego tak mało

Filip Marchwiński miał doskonałą okazję. Lech Poznań ma niezły wynik, ale wraca z niedosytem

Ze spotkaniem z Bodo/Glimt jest identycznie. To Norwegowie prowadzili grę, wyraźnie dominowali - przede wszystkim na początku meczu. Oddali w sumie 14 strzałów, trzy były celne. Ani razu nie byli jednak tak blisko strzelenia gola, jak Filip Marchwiński w 53. minucie, gdy otrzymał podanie stojąc sześć metrów od bramki rywali, miał wokół siebie mnóstwo sporo wolnego miejsca, a i tak kopnął nad poprzeczką. Była to najlepsza okazja w całym meczu. Ale też jedyna, jaką mieli mistrzowie Polski.

Zaraz po tym, jak Lech wylosował Bodo/Glimt mówiło się, że o awansie może przesądzić lepsze wykorzystanie atutu własnego boiska. Norwegowie straszyli sztuczną murawą, trudnymi warunkami atmosferycznymi i trzynastoma z rzędu nieprzegranymi meczami u siebie w meczach europejskich pucharów. Ta seria skończyła się przy okazji niedawnej wizyty Arsenalu, ale dwukrotne pokonanie w tym czasie AS Romy, a także Dinama Zagrzeb, Celticu Glasgow czy AZ Alkmaar robiło wrażenie. Lech ma natomiast znacznie większy stadion, rozśpiewanych kibiców i naturalną murawę, do której Norwegowie będą musieli przywyknąć. W tym kontekście bezbramkowy remis wydaje się wynikiem dla Lecha korzystny. Z drugiej jednak strony - trudno zapomnieć o okazji, którą miał Marchwiński.

Kibicom kończy się cierpliwość wobec utalentowanego wychowanka

To 21-letni piłkarz, który już w akademii Lecha uchodził za wielki talent i nie odczepił tej łatki po dołączeniu do pierwszej drużyny. Kilka lat temu na treningach zachwycał się nim Adam Nawałka, pracujący w Poznaniu na przełomie 2018 i 2019 roku. Później kolejne szanse dawali mu Dariusz Żuraw i Maciej Skorża. Miesiące mijały, a on nigdy na dobre nie rozbłysnął, ale też nigdy nie zraził do siebie żadnego trenera na tyle, by zechciał się go pozbyć. Dwa razy było blisko wypożyczenia: za pierwszym zaprotestował sam piłkarz, za drugim nie zgodził się Skorża.

Kibice coraz częściej narzekali na grę Marchwińskiego, bo obietnica wielkiego talentu nie znajdowała potwierdzenia. Kto widział go grającego w juniorach, ten cmokał z zachwytu. Nie tylko w Lechu, bo Marchwińskiego chwalili też selekcjonerzy młodzieżowych reprezentacji Polski. Od jednego z nich usłyszeliśmy: "Był taki mecz z Holandią, która miała wtedy znakomitą kadrę. Grali świetną piłkę, klepali, technicznie ocierali się o perfekcję. Od nas tylko jeden zawodnik mógłby założyć ich koszulkę i nie byłoby widać różnicy - Marchwiński. Tylko on by się wpasował w ich grę". Kibice, którzy znali te opinie, patrzyli później na grę pomocnika z rozczarowaniem. W dorosłej piłce miewał co najwyżej przebłyski - i to niezbyt częste.

Nie można już mówić, że trenerom brakuje cierpliwości do Marchwińskiego, by wystawić go w kilku meczach z rzędu, przymknąć oko na grę i pozwolić się rozkręcić. John van den Brom daje mu bowiem kolejne szanse, chwilami stawia na niego wręcz uparcie, a zysk ma z tego niewielki - dwa gole i dwie asysty w 24 meczach. W ostatnich trzech ligowych spotkaniach Marchwiński wychodził w pierwszym składzie, w Bodo wszedł na boisko zaraz po przerwie. W tym czasie strzelił gola z Miedzią Legnica, ale nawet wtedy nie zagrał na miarę potencjału, o którym od lat dudnią w Poznaniu.

Wydaje się, że w ostatnich tygodniach następuje przełom - kibicom kończy się cierpliwość i wyrozumiałość wobec wychowanka, a wiara, że jego talent w końcu wystrzeli, powoli gaśnie. Pojawią się wyliczenia: że ma już 21 lat, że zagrał w Lechu 113 meczów, a strzelił tylko 11 goli. I że czas już wymagać od niego więcej - tu i teraz. Chociażby tego, że z kilku metrów trafi do bramki w fazie pucharowej Ligi Konferencji, gdy każdy gol może okazać się tym na wagę awansu.

Dawid Szymczak
Więcej o: