W ostatnich tygodniach o Lecha Poznań łatwo się pokłócić: gdy dobrze gra - traci punkty, gdy gra słabo - osiąga niezłe wyniki. Ze Stalą Mielec stworzył wystarczająco okazji, by zwyciężyć chociaż jedną bramką. Jeszcze więcej miał ich w spotkaniu z Miedzią Legnica, a skończyło się 2:2. Kilka dni później, gdy zagrał z nią jeszcze raz, nie był już tak kreatywny, ale wygrał 1:0. Wisła Płock? Lech zagrał najsłabiej od wznowienia rozgrywek, jednak wygrał dzięki golowi Radosława Murawskiego i dzięki świetnej postawie bramkarza - Filipa Bednarka. Szklanka może być do połowy pełna lub pusta - zależy jak się na nią spojrzy.
Ze spotkaniem z Bodo/Glimt jest identycznie. To Norwegowie prowadzili grę, wyraźnie dominowali - przede wszystkim na początku meczu. Oddali w sumie 14 strzałów, trzy były celne. Ani razu nie byli jednak tak blisko strzelenia gola, jak Filip Marchwiński w 53. minucie, gdy otrzymał podanie stojąc sześć metrów od bramki rywali, miał wokół siebie mnóstwo sporo wolnego miejsca, a i tak kopnął nad poprzeczką. Była to najlepsza okazja w całym meczu. Ale też jedyna, jaką mieli mistrzowie Polski.
Zaraz po tym, jak Lech wylosował Bodo/Glimt mówiło się, że o awansie może przesądzić lepsze wykorzystanie atutu własnego boiska. Norwegowie straszyli sztuczną murawą, trudnymi warunkami atmosferycznymi i trzynastoma z rzędu nieprzegranymi meczami u siebie w meczach europejskich pucharów. Ta seria skończyła się przy okazji niedawnej wizyty Arsenalu, ale dwukrotne pokonanie w tym czasie AS Romy, a także Dinama Zagrzeb, Celticu Glasgow czy AZ Alkmaar robiło wrażenie. Lech ma natomiast znacznie większy stadion, rozśpiewanych kibiców i naturalną murawę, do której Norwegowie będą musieli przywyknąć. W tym kontekście bezbramkowy remis wydaje się wynikiem dla Lecha korzystny. Z drugiej jednak strony - trudno zapomnieć o okazji, którą miał Marchwiński.
To 21-letni piłkarz, który już w akademii Lecha uchodził za wielki talent i nie odczepił tej łatki po dołączeniu do pierwszej drużyny. Kilka lat temu na treningach zachwycał się nim Adam Nawałka, pracujący w Poznaniu na przełomie 2018 i 2019 roku. Później kolejne szanse dawali mu Dariusz Żuraw i Maciej Skorża. Miesiące mijały, a on nigdy na dobre nie rozbłysnął, ale też nigdy nie zraził do siebie żadnego trenera na tyle, by zechciał się go pozbyć. Dwa razy było blisko wypożyczenia: za pierwszym zaprotestował sam piłkarz, za drugim nie zgodził się Skorża.
Kibice coraz częściej narzekali na grę Marchwińskiego, bo obietnica wielkiego talentu nie znajdowała potwierdzenia. Kto widział go grającego w juniorach, ten cmokał z zachwytu. Nie tylko w Lechu, bo Marchwińskiego chwalili też selekcjonerzy młodzieżowych reprezentacji Polski. Od jednego z nich usłyszeliśmy: "Był taki mecz z Holandią, która miała wtedy znakomitą kadrę. Grali świetną piłkę, klepali, technicznie ocierali się o perfekcję. Od nas tylko jeden zawodnik mógłby założyć ich koszulkę i nie byłoby widać różnicy - Marchwiński. Tylko on by się wpasował w ich grę". Kibice, którzy znali te opinie, patrzyli później na grę pomocnika z rozczarowaniem. W dorosłej piłce miewał co najwyżej przebłyski - i to niezbyt częste.
Nie można już mówić, że trenerom brakuje cierpliwości do Marchwińskiego, by wystawić go w kilku meczach z rzędu, przymknąć oko na grę i pozwolić się rozkręcić. John van den Brom daje mu bowiem kolejne szanse, chwilami stawia na niego wręcz uparcie, a zysk ma z tego niewielki - dwa gole i dwie asysty w 24 meczach. W ostatnich trzech ligowych spotkaniach Marchwiński wychodził w pierwszym składzie, w Bodo wszedł na boisko zaraz po przerwie. W tym czasie strzelił gola z Miedzią Legnica, ale nawet wtedy nie zagrał na miarę potencjału, o którym od lat dudnią w Poznaniu.
Wydaje się, że w ostatnich tygodniach następuje przełom - kibicom kończy się cierpliwość i wyrozumiałość wobec wychowanka, a wiara, że jego talent w końcu wystrzeli, powoli gaśnie. Pojawią się wyliczenia: że ma już 21 lat, że zagrał w Lechu 113 meczów, a strzelił tylko 11 goli. I że czas już wymagać od niego więcej - tu i teraz. Chociażby tego, że z kilku metrów trafi do bramki w fazie pucharowej Ligi Konferencji, gdy każdy gol może okazać się tym na wagę awansu.