Lech zagrał tak, że jest nadzieja. Tylko to pudło. Niewytłumaczalne

Lech Poznań wykonał zadanie. Mistrz Polski nie był w Norwegii lepszy, ale zremisował z Bodo/Glimt 0:0, co stawia go w dobrej sytuacji przed rewanżem w Poznaniu. A mogłaby być ona jeszcze lepsza, gdyby w drugiej połowie kapitalną okazję wykorzystał Filip Marchwiński.
Filip Marchwiński
screen TV

Lech jest pierwszym polskim zespołem od sześciu lat, który gra wiosną europejskich pucharach. W 1/16 finału Ligi Konferencji Europy rywalem mistrza Polski jest norweskie Bodo/Glimt, które w zeszłej edycji tych rozgrywek dotarło aż do ćwierćfinału, a jesienią mierzyło się m.in. z Arsenalem w Lidze Europy. Faworytem dwumeczu byli gospodarze, szczególnie jeśli chodzi o pierwszy mecz w Norwegii, gdzie Bodo/Glimt spisuje się znakomicie. 

Zobacz wideo Minister sportu o zwolnieniach z wuefu. "To patologia. Powinno być odwrotnie"

Lech był słabszy, ale mógł wygrać w Norwegii! Jak mógł Marchwiński to spudłować?

I to wszystko było widać od pierwszej minuty. To zespół z Norwegii wyglądał zdecydowanie lepiej, dominował, ale na szczęście dla defensywnie grającego Lecha w pierwszej części gry nie przekładało się to na sytuacje bramkowe.

Paradoksalnie najgroźniej dla mistrza Polski było w momencie, gdy gospodarzom nie udało się w ogóle oddać strzału - gdy w 15. minucie długą piłkę zagraną w pole karne zgrał spod linii końcowej Amahl Pellegrino, a przed pustą bramką Lecha nie sięgnął jej Faris Pemi Moumbagna.

Ten sam Moumbagna w kolejnych minutach doszedł do dwóch szans na uderzenie z powietrza, ale za każdym razem uderzał wysoko, praktycznie poza stadion w Bodo.

Jedyne celne próby gospodarzy nie mogły zaskoczyć Filipa Bednarka, który obronił zarówno strzał z dystansu Patricka Berga w 29. minucie, jak i odbił techniczne uderzenie z kilkunastu metrów Alberta Groenbaeka. 

A Lech? Mistrz Polski nie zaprezentował zbyt wiele w ofensywie przed przerwą. Po jednej indywidualnej akcji Michała Skórasia piłka trafiła w boczną siatkę, innym razem po dośrodkowaniu reprezentanta Polski przed bramką rywali nieznacznie minęli się Bartosz Salamon i Mikael Ishak. 

Druga część spotkania także rozpoczęła się od dominacji Norwegów, ale zakończyło się to tylko niecelnym uderzeniem Mvuki Mugishy z około 11 metrów. Za to w 53. minucie fantastyczną okazję do otwarcia wyniku zmarnował Lech. Na prawym skrzydle rywalom uciekł Filip Szymczak i dośrodkował idealnie na piąty metr na nogę Filipa Marchwińskiego, który w idealnej sytuacji posłał piłkę nad poprzeczką.

Gospodarze odpowiedzieli niecelnym strzałem głową Moumbagni, a także mocnym strzałem zza pola karnego autorstwa Groenbaeka. W obu przypadkach piłka nieznacznie minęła bramkę Bednarka. 

Paradoksalnie, choć wydawało się, że napór piłkarzy Bodo/Glimt z minuty na minutę będzie rósł, od 60. minuty tempo spotkania bardzo mocno spadło. Szczególnie w przypadku gospodarzy, którzy już do ostatniego gwizdka sędziego nie potrafili zagrozić bramce Lecha. 

Dzięki temu mecz Bodo/Glimt z Lechem Poznań zakończył się bezbramkowym remisem. To bardzo dobry wynik mistrza Polski, który o awans będzie walczył u siebie. Rewanż w Poznaniu za tydzień, w czwartek 23 lutego o godzinie 21.

Więcej o: