Lech jest pierwszym polskim zespołem od sześciu lat, który gra wiosną europejskich pucharach. W 1/16 finału Ligi Konferencji Europy rywalem mistrza Polski jest norweskie Bodo/Glimt, które w zeszłej edycji tych rozgrywek dotarło aż do ćwierćfinału, a jesienią mierzyło się m.in. z Arsenalem w Lidze Europy. Faworytem dwumeczu byli gospodarze, szczególnie jeśli chodzi o pierwszy mecz w Norwegii, gdzie Bodo/Glimt spisuje się znakomicie.
I to wszystko było widać od pierwszej minuty. To zespół z Norwegii wyglądał zdecydowanie lepiej, dominował, ale na szczęście dla defensywnie grającego Lecha w pierwszej części gry nie przekładało się to na sytuacje bramkowe.
Paradoksalnie najgroźniej dla mistrza Polski było w momencie, gdy gospodarzom nie udało się w ogóle oddać strzału - gdy w 15. minucie długą piłkę zagraną w pole karne zgrał spod linii końcowej Amahl Pellegrino, a przed pustą bramką Lecha nie sięgnął jej Faris Pemi Moumbagna.
Ten sam Moumbagna w kolejnych minutach doszedł do dwóch szans na uderzenie z powietrza, ale za każdym razem uderzał wysoko, praktycznie poza stadion w Bodo.
Jedyne celne próby gospodarzy nie mogły zaskoczyć Filipa Bednarka, który obronił zarówno strzał z dystansu Patricka Berga w 29. minucie, jak i odbił techniczne uderzenie z kilkunastu metrów Alberta Groenbaeka.
A Lech? Mistrz Polski nie zaprezentował zbyt wiele w ofensywie przed przerwą. Po jednej indywidualnej akcji Michała Skórasia piłka trafiła w boczną siatkę, innym razem po dośrodkowaniu reprezentanta Polski przed bramką rywali nieznacznie minęli się Bartosz Salamon i Mikael Ishak.
Druga część spotkania także rozpoczęła się od dominacji Norwegów, ale zakończyło się to tylko niecelnym uderzeniem Mvuki Mugishy z około 11 metrów. Za to w 53. minucie fantastyczną okazję do otwarcia wyniku zmarnował Lech. Na prawym skrzydle rywalom uciekł Filip Szymczak i dośrodkował idealnie na piąty metr na nogę Filipa Marchwińskiego, który w idealnej sytuacji posłał piłkę nad poprzeczką.
Gospodarze odpowiedzieli niecelnym strzałem głową Moumbagni, a także mocnym strzałem zza pola karnego autorstwa Groenbaeka. W obu przypadkach piłka nieznacznie minęła bramkę Bednarka.
Paradoksalnie, choć wydawało się, że napór piłkarzy Bodo/Glimt z minuty na minutę będzie rósł, od 60. minuty tempo spotkania bardzo mocno spadło. Szczególnie w przypadku gospodarzy, którzy już do ostatniego gwizdka sędziego nie potrafili zagrozić bramce Lecha.
Dzięki temu mecz Bodo/Glimt z Lechem Poznań zakończył się bezbramkowym remisem. To bardzo dobry wynik mistrza Polski, który o awans będzie walczył u siebie. Rewanż w Poznaniu za tydzień, w czwartek 23 lutego o godzinie 21.