"Niewyobrażalny talent. Wygrałby Złotą Piłkę. Najbardziej zmarnowana kariera w XXI wieku"

Gdy zaczynał karierę, wróżono mu wielką przyszłość. Z czasem nadzieje zmieniły się w zawód, by dziś budzić tylko politowanie. Dlaczego Hatem Ben Arfa nie został jednym z najlepszych graczy na świecie? - Przy odpowiedniej etyce pracy wygrałby Złotą Piłkę. Był niewyobrażalnym talentem. Jego kariera jest najbardziej zmarnowaną w XXI wieku - uważa jego dawny agent.

Hatemowi Ben Arfie nie można odmówić dwóch rzeczy - wielkich umiejętności piłkarskich i łatwości do pakowania się w problemy przez swój zaborczy i do bólu egoistyczny styl życia, doprowadzający do bójek z kolegami z zespołu czy awantur z działaczami. Czy to dlatego wylądował na peryferiach futbolu?

Zobacz wideo Kto selekcjonerem reprezentacji? "Chcemy się połechtać, że rozmawiamy z Gerardem"

Początek jakich wiele

Ben Arfa – jak wielu francuskich piłkarzy – jest synem imigrantów z północnej Afryki. Wychowywał się pod Paryżem, a jego życie nie było usłane rożami. Przyszły gwiazdor – na swoje szczęście lub nie – miał w sobie mnóstwo pewności siebie. Która z czasem go zgubiła.

Ale po kolei: Ben Arfa piłkę nożną miał we krwi. Swoje pięć minut w światowym futbolu miał też jego ojciec Kamel, który grał w reprezentacji Tunezji. Niedziwne, że młody Hatem wybrał tę samą drogę.

Przygody w Clairefontaine

Ben Arfa – tak, jak inne gwiazdy piłki, czyli Kylian Mbappe, Nicolas Anelka, czy Thierry Henry – ukończył prestiżową szkołę futbolu w Clairefontaine. Już tam, jako nastolatek, potrafił niebezpiecznie pokłócić się z kolegą, Abou Diabym, co widzimy w dokumencie "A la Clairefontaine". To był jednak dopiero początek.

 

Wielki początek

Następnym przystankiem młodziutkiego gracza był Lyon, na początku XXI w. potęga na równi dzisiejszego PSG. Pierwszy zawodowy kontrakt podpisał w 2004 r., w tym samym, w którym do dorosłej drużyny Lyonu dołączył Karim Benzema. Ale to Ben Arfą interesował się budujący potęgę Chelsea Roman Abramowicz.

Stając się podstawowym zawodnikiem wyjściowej jedenastki, 20-letni piłkarz poczuł się bardzo pewnie, co w jego przypadku nigdy nie zapowiadało czegoś dobrego. Mimo ośmiu goli w 43 meczach, fani zapamiętali Ben Arfę głównie jako zawodnika lubiącego wdać się w sprzeczkę. Mowa o bójce na treningu z Sebastienem Squillacim, podstawowym środkowym obrońcą zespołu, mającym w zespole bardzo silną pozycję. Właśnie wtedy, po raz pierwszy w seniorskiej piłce, trudny charakter piłkarza dał o sobie znać.

Mimo problemów wychowawczych, władze Olympique Lyon, wraz z agentem Alainem Perrinem, miały wobec Hatema Ben Arfy wielkie plany. Wydawało się, że można go okiełznać i nauczyć ciężkiej pracy. Sam piłkarz był innego zdania, o czym poinformował jeszcze przed rozpoczęciem okienka transferowego.

Wymuszenie transferu

Gdy pewność siebie, wiara we własne możliwości i ego zaczyna kontrolować człowieka, nie wróży to niczego dobrego. Nie inaczej było w tym przypadku. Choć wydawało się, że Ben Arfa pozostanie w Lyonie i dalszy rozwój kariery w tym miejscu jest dla 21-letniego wówczas skrzydłowego najlepszą opcją, to on sam myślał inaczej. Gdy tylko pojawiły się dywagacje na temat potencjalnego transferu do Olympique Marsylia, dla piłkarza sprawa była przesądzona - odchodzę.

Kiedy okazało się, że klub z Lyonu nie jest chętny oddać jednego ze swoich najlepszych graczy, Ben Arfa wziął sprawy w swoje ręce. Dzisiaj tego typu działania nie są niczym nowym, jednak wymuszanie transferu nieprzychodzeniem na treningi nie jest najlepiej przyjmowane, a właśnie na to zdecydował się skrzydłowy. 

Ostatecznie transfer doszedł do skutku, a klub z Marsylii wydał na piłkarza 12 mln euro. Sam pomocnik postarał się z kolei, by w Lyonie za bardzo za nim nie tęsknili, stwierdzając w rozmowie z jedną z lokalnych gazet, iż jego była drużyna jest nieprofesjonalna i utrudnianie zmiany barw doskonale o tym świadczy.

Wejście z buta... a raczej z pięści

Dwa tygodnie. Dokładnie tyle potrzebował do stworzenia pierwszej burzy w nowym zespole. Pokłócił się z legendarnym napastnikiem reprezentacji Francji, Djibrilem Cisse. Skończyło się bójką na treningu i pomocą kolegów w załagodzeniu sytuacji. Niedługo potem o jego wybuchowym charakterze przekonał się Modeste M'bani. Wtedy do Ben Arfy na dobre przypięto łatkę zawodnika problematycznego, źle wpływającego na atmosferę w zespole. 

Ale Ben Arfa nie mógł się dogadać nie tylko z kolegami z zespołu, ale i trenerem. Klub z południa prowadził obecny selekcjoner reprezentacji Francji, Didier Deschamps. Ten, znany ze swojej zaborczości, był dla Ben Arfy poważnym przeciwnikiem, który nie miał zamiaru poddawać się wpływom swojego podopiecznego.

W efekcie w sezonie 2009/2010 skrzydłowy nie był podstawowym piłkarzem. Konflikt z Deschampsem się coraz bardziej pogłębiał, a Ben Arfa wiedział, że musi coś z tym zrobić. Skończyło się na opuszczeniu jednego treningu, powiedzeniu prasie, że po sezonie nie wróci do centrum treningowego i przyznaniem, że złe stosunki z trenerem mają negatywny wpływ na jego grę. Było więc jasne - Hatem znów chce wymusić transfer.

Zanim przejdziemy do kolejnych przygód dzisiejszego bohatera, warto zatrzymać się przy konflikcie z Deschampsem. Udział w nim miał m.in. mentor zawodnika, Michel Ouazine. Były agent piłkarza, Frederic Guerra, przypomniał w rozmowie z RMC Sport sytuację z tamtych czasów.

- Pamiętam sytuację, gdy Deschamps posadził go na ławce. Michel powiedział mi wówczas: "Posadził go na ławce, bo nie cofa się do obrony, ale jak można przyszłemu zdobywcy Złotej Piłki mówić, żeby bronić?". Słowa te padły, gdy piłkarz był obok nas. Wydaje mi się, że przez całą karierę Ben Arfa miał 17 lat. Ciągle wmawiano mu, że jest wielki - powiedział Guerra.

Przełom i pech

Mimo wyraźnego dążenia piłkarza do zmiany barw i wyjazdu na Wyspy Brytyjskie, porozumienie z Newcastle United było trudne do osiągnięcia. Ostatecznie udało się to pod koniec sierpnia 2010 r. Wtedy Ben Arfa został do angielskiego teamu wypożyczony, lecz po zaledwie kilku miesiącach ogłoszony został transfer definitywny, mimo problemów zdrowotnych piłkarza.

Przejście do jednego z klubów Premier League było dla skrzydłowego kluczowym momentem jego kariery. Niestety, nie mówimy o wybuchu jego talentu, kolejnym transferze do wielkiego klubu i sięgnięciu po Złotą Piłkę. Już jesienią, w trakcie wypożyczenia, Francuz doznał kontuzji, która wykluczyła go z gry na kilka miesięcy, przez co pierwszy sezon w angielskiej piłce praktycznie przeszedł mu koło nosa. Świadczą też o tym liczby. Ben Arfa zagrał w barwach "Srok" zaledwie cztery mecze, strzelając jednego gola.

Rehabilitacja, którą piłkarz przechodził w Clairefontaine, będąc blisko rodzinnego domu, przyniosła efekty, które zmieniły się w trzy pełne sezony gry dla Newcastle United, gdzie Hatem Ben Arfa zachwycał.

Przygoda francuskiego ofensywnego zawodnika ze "Srokami" jest równie szalona, co charakter piłkarza. W wielu meczach udawało mu się pokazywać pełnię możliwości. W pamięci kibice mają piękne gole, zjawiskowe akcje indywidualne i impakt, jaki tworzył na boisku. To jednak tylko jedna strona medalu. Druga jest znacznie ciemniejsza. Nie bez powodu Ben Arfa wielokrotnie wchodził na boisko z ławki. Znakomite występy przeplatał dużo mniej udanymi, gdy momentami był ogromną kulą u nogi całego zespołu, zupełnie nie przypominając siebie samego. A może właśnie będąc w pełni będąc sobą.

 

Powrót do kraju

Czy kibice i działacze Newcastle chcieli zatrzymać wybuchowego piłkarza w swojej drużynie? Ci pierwsi tak, ci drudzy niekoniecznie. Przez to też, w sezonie 2014/2015, ofensywna gwiazda została wypożyczona do Hull City, co było początkiem końca jego przygody z Wielką Brytanią.

Transfer do Hull był cofnięciem się w rozwoju dla wychowanka akademii w Clairefontaine. To, przy poziomie ego zawodnika, oznaczało, że jego gra nie będzie porywać fanów. Bez motywacji nie ma efektów, a z niewolnika nie ma pracownika.

Nie trzeba było długo czekać na kolejną burzę Jeszcze w grudniu, po trzech miesiącach w Hull, skrzydłowy zniknął z radarów, wyjeżdżając bez słowa do Francji. Steve Bruce przyznawał, że nie ma pojęcia gdzie jest jego piłkarz, a to oznaczało szybki rozbrat z klubem.

Umowę z piłkarzem działacze rozwiązali jeszcze w styczniu, ale dopiero latem Ben Arfa dołączył do Nicei, wracając po pięciu latach na krajowe boiska i znów wszystkich zachwycając.

18 bramek w 37 spotkaniach - to wyglądały statystyki piłkarza w barwach klubu z Lazurowego Wybrzeża. Nicea była dla niego wybawieniem. Uznaje się, że właśnie tam Ben Arfa pokazał pełnię możliwości i dostał, jak sam to określał, należyte zaufanie. Co więcej, piłkarz mówił o tym już przy samym podpisaniu kontraktu.

 
Jeśli zgłosiłby się po mnie Real Madryt, byłem gotowy. Tutaj jednak mam do czynienia z ludźmi, którzy mi ufają i nie oceniają mnie zgodnie z tym, co pisze prasa.

Świetny sezon w Nicei sprawił, że Ben Arfa ponownie znalazł się na celowniku wielu czołowych europejskich klubów. Zainteresowani ściągnięciem Hatema były zespoły zarówno z Anglii, jak i z Hiszpanii, Włoch i Niemiec. Piłkarz wybrał jednak inaczej. Jak się okazało, wybrał źle.

Nie ma jak w domu, ale czy na pewno?

Paris Saint-Germain. To właśnie ten klub stał się nowym domem Ben Arfy w lipcu 2016 roku. Tym samym Francuz z tunezyjskimi korzeniami wrócił na teren, który znał najlepiej. Wrócił do stolicy, z którą związany był od najmłodszych lat.

Ale jego liczby znów pozostawiały wiele do życzenia. Cztery gole w 32 meczach to wynik lichy, ale można go tłumaczyć bogatą konkurencją w paryskim klubie. Tyle że w PSG Ben Arfa powtórzył scenariusz z Hull - zmęczony walką o skład, w sezonie 2017/2018 nie zagrał ani jednego meczu, wciąż będąc ciężarem na liście płac PSG. Jego przyszłość była więc przesądzona.

Ostatni krzyk ranionego boga

Od tego momentu Ben Arfa spędził jeszcze sezon w Rennes (41 meczów, dziewięć goli), pół roku w Realu Valladoid (5 meczów, bez gola), sezon w Bordeaux (25 spotkań, dwa gole) i pół roku w Lille (9 spotkań, bez gola). W tym czasie Francuz dawał się poznać jedynie jako toksyczny kolega z szatni, oderwany od rzeczywistości i nie znający swojego miejsca w szeregu.

W barwach Żyrondystów 33-letni gracz kłócił się z prawie wszystkimi, od piłkarzy, po sztab szkoleniowy. Najbardziej odczuł to Laurent Kościelny, którego potyczkę z Hatemem opisywały francuskie media. W Lille o niewyparzonym języku piłkarza przekonał się menedżer Jocelyn Gourvennec, który na jednej z odpraw przedmeczowych usłyszał od Hatema, że "Lille to nie Guingamp". Jakiś czas później sam szkoleniowiec skomentował to we francuskiej prasie.

Nigdy w karierze nie doświadczyłem czegoś takiego, a pracuję w piłce 15 lat.

Przerysowany charakter mistrza

Linia między charakterem mistrza, a zadufanego przeciętniaka jest cienka i przejechało się na niej wielu. Samir Nasri był wyjątkowym piłkarzem, ale jego wybujałe mniemanie o sobie spowodowało zjazd i rychły rozbrat z poważną piłką. W przypadku Ben Arfy było podobnie.

- Hatem pomiędzy głową i ustami nie ma żadnego filtra. Mówił dokładnie to, co myślał, a to droga donikąd. Jego problemem jest myślenie, którego nauczył się w dzieciństwie. Zawsze tłumaczono mu, że ma talent i może być królem. Ba, już teraz jest królem juniorskiej piłki. Powtarzano mu, na co zasługuje, a nie zaznaczano, że musi pracować, by to osiągnąć. Czułem, że mam pod skrzydłami piłkarza, który przy odpowiedniej etyce pracy wygrałby Złotą Piłkę. Był naprawdę niewyobrażalnym talentem. Jego kariera jest najbardziej zmarnowaną w XXI wieku. Zabrakło mu tego, co miał Cristiano Ronaldo i Karim Benzema. Ich zmotywowano do pracy. Hatema nie - powiedział Frederic Guerra, były agent piłkarza.

Złote jajo

- Hatem to facet, który nigdy o nic nie prosi, ale będąc w jego towarzystwie czujesz, że musisz coś dla niego zrobić, że jesteś coś mu winien. Ten człowiek nie zna słowa respekt. Czasem można odczuć, że jest miły i empatyczny, ale to całkowita nieprawda. Kiedy będzie chciał, powie ci wszystko, co myśli z pełną siłą wypowiadanych słów. Nie da się tego znosić, dzieląc z nim szatnię czy będąc prezydentem klubu, dla którego gra. Jeśli robiłby tak ogromną różnicę jak Kylian Mbappe, wówczas przymykałoby się na to oko, ale nigdy nie był tak wartościowym piłkarzem. Nie chcę go przesadnie krytykować, bo mimo że denerwował mnie przez cztery lata, byłem do niego bardzo przywiązany - zakończył Guerra.

Ben Arfa, choć bywał geniuszem, nigdy nie wjechał na odpowiednie tory. Wielki talent, potencjalny zdobywca Złotej Piłki, sam sprawił sobie ten los. Co gorsza, do końca życia będzie zapewne uważał, że to nie on jest temu winien. Ale kto inny?

Więcej o:
Copyright © Agora SA