Van den Brom był bezradny, Bułgarska na moment ucichła. Mogło być jeszcze gorzej

Jakub Seweryn
"Kolejorz, chcemy awansu!" - krzyczeli kibice Lecha Poznań tuż po zakończeniu bezbramkowego meczu Ligi Konferencji Europy z Hapoelem Beer Szewa. Ale o to trzeba będzie powalczyć na wyjazdach, bo zaskakująco słaby tego wieczoru Lech po raz pierwszy w tym sezonie nie wygrał pucharowego meczu u siebie. John van den Brom mógł tylko zasępiony usiąść na ławce rezerwowych, widząc niezdarne popisy w ofensywie swoich piłkarzy, na czele z Kristofferem Velde i Filipem Marchwińskim, którzy walczyli o to, by zebrać za swój występ jak najwięcej gwizdów z trybun przy ul. Bułgarskiej.

Zwycięstwem na własnym stadionie nad Hapoelem Beer Szewa w czwartkowy wieczór Lech Poznań mógł zrobić milowy krok w kierunku fazy pucharowej Ligi Konferencji Europy. Wygranej jednak nie było, a oglądający ten mecz kibic Lecha mógł się czuć, jak Barry Douglas w 30. minucie, gdy po bardzo brzydkim faulu Rotema Hatuela z bólu zagryzł koszulkę "Kolejorza" i nie był w stanie kontynuować gry. Bezbramkowy remis szans Lecha nie przekreśla, ale teraz mistrz Polski będzie musiał solidnie zapunktować na wyjazdach - za tydzień w Izraelu, a następnie w Wiedniu.

Zobacz wideo W Lechu Poznań mówią o rewolucji. Nowy trener przeciwieństwem Skorży [Sport.pl LIVE]

Specyficzny konkurs Velde z Marchwińskim. Cierpliwość trenera skończyła się po godzinie

Trudno jednak, żeby gra ofensywna Lecha Poznań wyglądała dobrze, skoro w wyjściowej jedenastce wyszli Kristoffer Velde i Filip Marchwiński. Ten drugi wskoczył do składu w miejsce poturbowanego w ostatnim  meczu ligowym z Legią Warszawa (0:0) Joao Amarala, ale, delikatnie rzecz ujmując, nie zaprezentował się z najlepszej strony.

Podobnie zresztą jak Norweg, który wraz z młodzieżowym reprezentantem Polski wziął udział w konkursie "Kto bardziej zdenerwuje kibiców przy Bułgarskiej?". Velde i Marchwiński kolejnymi złymi zagraniami doprowadzali 17 tysięcy fanów Lecha obecnych na stadionie do czerwoności. 

Specjalność zakładu Filipa Marchwińskiego? Spowalnianie akcji ofensywnych Lecha wolnym prowadzeniem piłki, zakończone niezbyt dokładnym podaniem do boku. Do tego 20-latek zagraniem piętą był w stanie m.in. uruchomić groźną akcję... Hapoelu. Marchwiński wyglądał jak ciało obce w i tak słabo funkcjonującym tego dnia zespole mistrza Polski. Można było się zastanawiać, czym na takie traktowanie zasłużył sobie Portugalczyk Afonso Sousa, który przy tak grającym Marchwińskim w ogóle nie powąchał murawy.

Konkurs o to, kto zbierze więcej gwizdów z trybun, wygrał jednak Velde. Niezbyt udana norwesko-poznańska wersja Ousmane'a Dembele niebywale irytowała wszystkich niezliczoną liczbą strat. A to masa nieudanych dryblingów i złych decyzji, a to nieporozumienie z kolegą w ofensywie, strzał kilka metrów obok bramki czy przerzut na drugą stronę o dobry metr za wysoki dla partnera z zespołu. Na koniec pierwszej połowy norweski skrzydłowy jeszcze wyciął ostro swojego rywala w środku pola i zrobił żółtą kartkę. I choć w tej edycji europejskich pucharach każde złe zagranie Velde zazwyczaj przybliżało Norwega do ważnego gola czy asysty, tym razem było inaczej.

Rekordowy kontrakt dla gwiazdora Lecha. Takich pieniędzy nikt w Polsce nie dostałRekordowy kontrakt dla gwiazdora Lecha. Takich pieniędzy nikt w Polsce nie dostał

Ku zaskoczeniu kibiców obaj wyszli też na drugą część spotkania. I o ile Marchwiński zakończył swój występ dwoma niezłymi odbiorami na połowie rywala i groźnym strzałem głową, z trudem wybronionym przez bramkarza Hapoelu, tak Velde pobyt na boisku podsumował dwiema groźnymi stratami oraz uderzeniem z woleja w aut. Popisy obu panów trwały godzinę, na tyle starczyło cierpliwości Johnowi van den Bromowi, po czym Holender ściągnął ich obu z murawy. 

Rozwiązaniem na kulejące rozegranie piłki przez mistrzów Polski jeszcze w pierwszej połowie starał się być prawy obrońca Joel Pereira, który znany z tego, że potrafi popisać się dokładnym podaniem na kilkadziesiąt metrów, kilkakrotnie zmieniał się z Radosławem Murawskim i wędrował do środka pola, ale cóż z tego, skoro gdy piłka znajdowała się bliżej pola karnego, tracili ją Velde, Marchwiński czy nawet Skóraś. 

Bułgarska na chwilę ucichła. Mogło być jeszcze gorzej

Nie ma co jednak udawać, że problemy ofensywne Lecha w tym spotkaniu były spowodowane tylko grą Velde i Marchwińskiego. Michał Skóraś także zaprezentował się gorzej niż zazwyczaj, odcięty od gry był Mikael Ishak, a i rezerwowi Lecha nie zaprezentowali choćby jednej groźnej akcji ofensywnej. John van den Brom mógł tylko zrezygnowany usiąść na ławce rezerwowych i obserwować kolejne złe zagrania swoich zawodników. 

A przecież mogło być gorzej, bo na dziesięć minut przed końcem stadion Lecha na moment totalnie ucichł, gdy w kapitalnej sytuacji wygłupił się rezerwowy Hapoelu Astrit Selmani, który z 3-4 metrów jakimś cudem posłał piłkę obok słupka bramki Filipa Bednarka. 

Głośny doping kibiców "Kolejorza" od pierwszej do ostatniej minuty nie wystarczył. Lech Poznań po raz pierwszy w tym sezonie nie wygrał meczu u siebie w europejskich pucharach. Bezbramkowy remis z Hapoelem Beer Szewa sprawia, że zespół Van den Broma teraz będzie musiał solidnie zapunktować w Izraelu i Austrii, żeby awansować do kolejnej rundy Ligi Konferencji Europy. A tego domagają się od drużyny fani mistrzów Polski, co dali do zrozumienia po końcowym gwizdku, skandując: "Kolejorz, chcemy awansu!" 

Więcej o: