Belgowie zadrwili z Rakowa, Czesi tego nie powtórzą. Mocny kurs na LKE

Kacper Sosnowski
Raków w eliminacjach europejskich pucharów zaszedł dokładnie tam, gdzie rok temu i tak jak rok temu wygrał swój pierwszy mecz 4. rundy kwalifikacji LKE. W tamtym sezonie zaskoczył Gent, tym razem jego wyższość zupełnie zasłużenie musiała uznać Slavia Praga (2:1). Swą kulturą gry, konsekwencją i piłkarską jakością, sprawia, że teraz nikt się z niego nie naśmiewa, a raczej bije mu brawo.

Po wicemistrzu Kazachstanu i wicemistrzu Słowacji w 4. rundzie el. Ligi Konferencji Europy (LKE) Raków miał zadanie najtrudniejsze. Wicemistrz Czech – Slavia Praga, to rywal ograny w europejskich pucharach, wyrwany z ich etapów, o których Raków na razie marzy. Slavia to zeszłoroczny ćwierćfinalista LKE, rok wcześniej Czesi doszli do ćwierćfinału Ligi Europy, a jeszcze wcześniej grali w fazie grupowej Ligi Mistrzów z Interem, Barceloną i Borussią Dortmund. Przez ostatnie lata Slavia zdobyła w europejskich pucharach tyle punktów, że w rankingu UEFA wyprzedziła Lazio, Valencię, czy Dynamo Kijów. By oddać poziom rywala, Raków mierzył się z jednym z 30 najlepszych klubów w Europie. I znów zebrał ogromne brawa.  

Zobacz wideo

Zatrzymali kluczowych graczy, przekonali Lopeza i już korzystają

Oczywiście trzeba dodać, że znakomite wyniki Czechów w europejskich pucharach były i szczęściem i zmartwieniem trenera Slavii Jindricha Trpisovsky’ego. Ten niemal co roku traci najlepszych graczy. W ostatnich latach klub inkasował po kilkanaście milionów choćby za Tomasa Soucka (odszedł do (West Hamu), Abdallaha Simę (Brighton) oraz Alexa Krala (Spartak), a w tym sezonie pożegnał Alexandra Baha (Benfika), a uzupełniać skład po tych znakomitych piłkarzach nie było łatwo. Raków, szykując się na podbój europejskich pucharów, dokonał czegoś, z czym polskie kluby zwykle miały problem - zatrzymał wszystkich kluczowych graczy, na czele z Ivim Lopezem. Te kilka milionów euro, które być może zgarnąłby z różnych transferów już po części powetował sobie awansem do 4. rundy LKE i kwotą niemal 2 mln euro. Za awans do fazy grupowej LKE czekają kolejne 3 mln. Te wielkie pieniądze są coraz bliżej Rakowa.  

Raków i Lech wygrywają w el. LKERaków i Lech przed szansą. LKE to doskonałe miejsce dla poprawienia rankingu

Po pierwsze dlatego, że klub nie tylko jest konsekwentny w swym funkcjonowaniu, budowaniu i wzmacnianiu drużyny, ale też w tym, jak gra. Czy to Astana, czy Trnawa, czy Slavia, czy mecz u siebie, czy na wyjeździe, ekipa Marka Papszuna, do tej pory potrafiła wywierać presję na każdym rywalu. Pressować i w pierwszej i w ostatniej minucie, nawet przy korzystnym dla siebie rezultacie. Raków od pierwszej do 90. minuty ciągle jest pazerny na więcej, a jak piłkarze na chwilę zwalniają lub o tej pazerności zapomną, to z trenerskiej ławki o to i owo przypomni im Papszun. 

Trenerski pojedynek, czyli "czeski Klopp" vs. Papszun

W tym pierwszym meczu ze Slavią szkoleniowcy obu drużyn mieli spory wpływ na losy rywalizacji. Trpisovsky zresztą pod pewnymi względami do Papszuna jest podobny, nie tylko dlatego, że tak jak Polak chodzi z czapką z daszkiem, ale też ma zaufanie władz Slavii i pracuje w swym klubie od 4,5 lat. Do tego jest perfekcjonistą, ma bzika na punkcie taktyki, dba o każdy szczegół. Nie bez kozery w rodzimych mediach nazwano go "czeskim Jurgenem Kloppem", to głównie z uwagi na odważny futbol i osiąganie swych celów. To jednak Raków w meczu z faworyzowaną Slavią był odważny i efektywniejszy. Wytrzymał narzucone przez siebie tempo, zmuszał rywali do błędów i maksymalnie utrudniał wyprowadzanie ataków. Po 90 minutach trudno było przypomnieć sobie jakąś groźną akcję gości, którzy w całym meczu oddali jeden celny strzał na bramkę, zresztą szczęśliwie zakończony golem. Szczęśliwie, bo Tomas Holes w jednej z akcji ewidentnie próbował piłkę dośrodkowywać, ale trafił ją tak, że ta wpadła za kołnierz Kacprowi Trelowskiemu.  

Slavia była dobrze zorganizowana w obronie, Raków szczególnie na początku meczu miał problemy, by dojść pod pole karne Czechów. Spora w tym zasługa Trpisovsky’ego, który nakazał swym graczom, być blisko Polaków i zadbał o permanentną obstawę Lopeza. Hiszpan na połowie Czechów zawsze biegał w asyście rywala. Trpisovsky dobrze odrobił swą pracę domową, czego nie można było powiedzieć choćby o trenerze Astany, który dopiero w Częstochowie przekonał się o walorach Hiszpana (gol i dwie asysty). Papszun za to nakazał Lopezowi zmieniać strony i szukać słabego punktu rywala. Podziałało. Hiszpan po tym, jak przeniósł się na prawą stronę, w jednej z akcji oszukał rywala tuż przy linii bocznej, a kiedy zbliżył się z piłką do pola karnego Slavii na jego zatrzymanie było już za późno.  

Nowy stadion Rapid WiedeńDekadę temu mieli gorszą ligę od Polski, aż wskoczyli na inny poziom. Lechia ma problem

To była znakomita indywidualna akcja Lopeza, a jego zatrzymanie w klubie kolejny raz Częstochowie zaprocentowało. Ivi strzelał, albo asystował w każdym meczu tegorocznych europejskich pucharów, w których grał i jest jednym z bohaterów tegorocznych rezultatów Rakowa w Europie – kompletu zwycięstw. Na te wygrane ambitnie pracowała oczywiście cała drużyna. Raków ze Slavią ponownie wyszedł na prowadzenie dosłownie kilkanaście sekund po wznowieniu gry, po tym, jak stracił gola. Dobre podanie wykorzystał Fran Tudor. Wygrał mecz 2:1.

Raków mógł, a nawet powinien wygrać wyżej

Oprócz sporej liczby elementów, za które Raków trzeba pochwalić w tym jednym z lepszych meczów w sezonie: woli walki, zaangażowania, przygotowania fizycznego, realizacji planu, pressingu, kilku ważnych przechwytów i groźnych kontrataków, wicemistrz Polski był też mało skuteczny. Przy swej przewadze i kreowaniu ofensywnych akcji, gospodarze mogli, a może nawet powinni wygrać wyżej. Tej dwubramkowej i należnej Rakowowi zaliczki przed rewanżowym meczem trochę szkoda. Slavia na swoim 20-tysięcznym obiekcie znów będzie faworytem, na pewno zawiesi poprzeczkę wyżej, a Lopez będzie jeszcze bardziej pieczołowicie pilnowany.

Sytuacja jest zresztą podobna do tej sprzed roku. Wtedy Raków też jednobramkowo najpierw wygrał u siebie w 4. rundzie z faworyzowanym Gent, ale w rewanżu na wyjeździe Belgowie odrobili straty już w pierwszej połowie. W drugiej dołożyli dwa gole i wygrali 3:0. Wtedy jednak w pierwszym meczu Raków nie miał aż takiej przewagi, a goście marnowali znakomite okazje.

Belgijska prasa, mimo przegranej swej drużyny, podśmiewała się z Rakowa, pisząc, że polscy piłkarze "podskakiwali jak dzikie konie, biegnące za wszystkim, co się ruszało". Czesi teraz o ekipie Papszuna tak nie napiszą. Bo Raków, jeśli nawet biega za wszystkim, co się rusza, to biega mądrze i zmusza rywali do potknięć, ma z tego biegania ogromne korzyści, wygrywa wszystko, co się da i pewnie pokonuje kolejne rundy eliminacji. W tamtym roku te awanse przychodziły po remisach, wynikach wyciąganych w karnych czy dogrywkach, nawet ze słabszą litewską Suduvą. Teraz Raków jest dojrzalszy, gra na wyższym poziomie, a jego mecze są kapitalnymi widowiskami, po których można długo klaskać. Czesi z Polaków śmiać się nie będą, raczej docenią i przed rewanżem zmobilizują jeszcze bardziej, co sprawia, że drugi mecz w Pradze będzie arcytrudny. Oby lepsze niż rok temu było dla częstochowian jego rozstrzygnięcie.

Więcej o: