Mecz w Łodzi zamienił się w święto narodowe Ukrainy. "Najszczęśliwszy dzień od wybuchu wojny"

Dawid Szymczak
Jeszcze nigdy przyjemność z otulenia się ukraińską flagą nie była tak wielka. Hymn nigdy tak nie wzruszał. I nigdy droga od uśmiechu do łez nie była tak krótka. Ukraina zagrała w Łodzi pierwszy "domowy" mecz od wybuchu wojny. - Tu jest dzisiaj Ukraina - mówią jej kibice. Na trybunach pojawiło się ich aż 12 tys. Tylko dwa razy więcej niż cywilów zabitych przez Rosjan.

- To ta Ukraina, którą pamiętam. Piękna, wolna, bezpieczna, pełna uśmiechniętych ludzi - mówi Lilia, spotkana pod stadionem ŁKS Łódź. Sama zaczyna płakać. Jej dłonie coraz mocniej ściskają flagę. Potrząsa nią i przyciąga do siebie. - Ta flaga, te barwy… One nigdy nie były ważniejsze - wydukuje kolejne słowa. - To niewyobrażalne, że w XXI wieku ktoś rozpętuje wojnę i za nic ma wszelkie zasady. Morduje cywilów, strzela w szpitale, burzy domy, rozdziela rodziny… - znów potrzebna jest przerwa. - Bucza, Mariupol, mój Boże… - kolejna przerwa. - Od ośmiu lat przyjeżdżam do Polski do pracy. Parę miesięcy i wracam do domu. Do Iwano-Frankiwska. Teraz to niemożliwe. Ale dzisiaj, tu pod stadionem, pierwszy raz od wybuchu wojny, czuję się jak w domu - mówi. - Meczów ze Szkocją i Walią o mundial nie oglądałam. Ze mnie żadna kibicka. Mąż oglądał. I płakał. A ja z nim.

Zobacz wideo Donbas Arena kiedyś i dziś. Jak wygląda stadion, na którym były rozgrywane mistrzostwa Europy w 2012?

Dom? Ale w Polsce czy w Ukrainie? 

Ten mecz to tylko pretekst do bycia razem i podzielenia się emocjami. Do przytulenia obcego, który czuje to samo. Do owinięcia się z nim flagą podczas hymnu, wykonywanego przez siedmioletnią Amelię Anisowicz, która kilka miesięcy temu zasłynęła śpiewając "Mam tę moc" w kijowskim bunkrze. Z jednej strony - nie o wynik w meczu z Armenią chodzi, bo Liga Narodów wielkiego prestiżu nie niesie. Z drugiej jednak - zwycięstwa nigdy nie były dla Ukrainy ważniejsze. Inaczej operator ukraińskiej telewizji po pierwszym golu nie zapomniałby o kamerze, nie puścił statywu i nie zaczął bić brawa. Inaczej dziennikarze i dziennikarki stamtąd nie padliby sobie w ramiona. Inaczej na stadionie nie popłakałoby się tyle osób. Inaczej pożegnanie kibiców z piłkarzami nie trwałoby tak długo. Zwycięstwa budzą dumę i dają nadzieję. Skoro dzisiaj udało się na boisku, jutro może udać się na froncie.

Wokół stadionu już dwie godziny przed meczem kręci się sporo kibiców: kobiety w wiankach, mężczyźni z flagami. Albert, pochodzący z Kijowa, napisał na swojej: "Gdziekolwiek jestem, nigdy nie zapomnę domu". Owinięty nią, mimo upału, czeka przy parkingu na autobus z piłkarzami. W Polsce jest od czterech lat. Po wybuchu wojny chciał wracać, ale żona protestowała i płakała. Mają małego synka. Tam zostali rodzice. 

Rozmowę przerywa wrzawa, bo zawodnicy wychodzą z autobusu. "Ukraina, Ukraina!" - krzyczy kilkudziesięciu kibiców. Olekandr Zinczenko, największa gwiazda z Manchesteru City, macha do tłumu. "Slava Ukrainie!" - krzyczy Albert.

- Piękne święto, ale nie mogę rozmawiać. Zobacz, jaki ruch - uśmiecha się młoda dziewczyna sprzedająca przed stadionem koszulki reprezentacji. Od wybuchu wojny trudno je dostać. Ma model z ostatnich mistrzostw, czyli z wyhaftowanym obrysem kraju - z Krymem. Obok długa kolejka po ukraińskie piwo Lvivskie - sponsora reprezentacji. 12 zł za półlitrowy kubek. Jest niebiesko-żółto. Piknikowo. Dużo uśmiechów, co chwilę ktoś podskakuje, wystraszony dźwiękiem wszechobecnych trąbek. Ale zaraz robi się poważnie, bo idzie ktoś z transparentem, że okupowany przez Rosjan Chersoń należy do Ukrainy. Kolejny - "Stop wojnie". Następny - przekreślony Władimir Putin i przypomnienie, że zginęło już 6 tys. cywilów. 

- Dom? Ale w Polsce czy w Ukrainie? - dopytuje wielu kibiców, gdy chcę się dowiedzieć, skąd przyjechali. W Polsce - Poznań, w Ukrainie - Kijów. W Polsce - Warszawa, w Ukrainie - Połtawa. Domy są dwa. U sąsiada wygodnie, ale tęsknota za swoim potężna. I ten strach - czy własny jeszcze stoi. Spotykam kibiców, którzy pofatygowali się na ten mecz specjalnie z Niemiec. Tam uciekli przed wojną. Tu przyjechali, by na chwilę nie czuć się gośćmi.

Czesław Michniewicz podczas meczu Ligi Narodów Holandia - PolskaMichniewicz o nikim innym nie mówił tak dużo. Rośnie nowa gwiazda

"Nigdy w życiu nie trzymałem karabinu. Jak miałbym pomóc? Tutaj pomagam bardziej" 

- Nie pamiętam pierwszej myśli po wybuchu wojny, bo w sekundę miałem ich ze sto. Że trzeba wracać, że muszę ściągać rodziców tutaj, że siostrę powinienem sprowadzić jako pierwszą, że oni tu przyjadą i zamieszkają u mnie we Wrocławiu, a ja wrócę tam. Że to jakiś żart i wojny nie będzie. Że będzie i wszyscy poginiemy. A zaraz, że damy radę. I w końcu, że czemu, po co to wszystko? Bratnie narody? W tym wieku? - opowiada Roman. Ma 26 lat i pracuje w Polsce, odkąd jest dorosły. 

- Wielu kolegów ode mnie z ekipy budowlanej pojechało walczyć. Ja nie wróciłem, bo patrząc logicznie, nie miało to sensu. Mieszkam w zachodniej Ukrainie, gdzie jest względnie spokojnie, chociaż już 150 km dalej spadają bomby. Nigdy w życiu nie trzymałem broni. Jak miałbym pomóc? Karabinów nie starcza dla wszystkich. Pytałem moich kolegów, którzy walczą. Pisali mi, że mają jeden karabin na trzech. Cały czas jestem z nimi w kontakcie i wiem, że tutaj mogę zrobić więcej. Jeździłem po uchodźców, byłem wolontariuszem na granicy, robiłem co mogłem. Dobrze mówię po polsku, więc pomagałem przy załatwianiu wszystkich formalności. Lepiej, żebym był tutaj, zarabiał pieniądze i przelewał je na ukraińskie wojsko i leki dla cywilów - mówi. - Najważniejsze dzisiaj, że jesteśmy tutaj wszyscy razem. Tam razem walczymy, tutaj razem kibicujemy i pomagamy, bo kupując bilet na ten mecz również wspieramy Ukrainę. Wolną Ukrainę, napisz to proszę - mówi.

Przed meczem reprezentacji Ukrainy na łódzkim stadionie im. Władysława Króla. Fot. Jan Kowalski / Agencja Wyborcza.plPrzed meczem reprezentacji Ukrainy na łódzkim stadionie im. Władysława Króla. Fot. Jan Kowalski / Agencja Wyborcza.pl Dawid Szymczak

- Nie poddaje się nasze wojsko i nie poddają się nasi piłkarze. Nikt nie załamuje rąk, co daje przykład wszystkim Ukraińcom. Każde zwycięstwo przynosi nam nadzieję. Nie myślałam, że będzie tutaj aż tak dużo ludzi - mówi siedemnastoletnia Katia, która do Łodzi przyjechała z Rzeszowa. Pociąg ruszał o godz. 5, o 12 była na miejscu. - Chodzi przede wszystkim o jedność, ale dla mnie wynik i gra też są ważne. Sama gram w piłkę w Heiro Rzeszów, wcześniej byłam piłkarką Worskły Połtawa. To centrum Ukrainy. Miasto szybko zaatakowane przez Rosjan. Byłam tam przez miesiąc po wybuchu wojny, bo nie mogłam znieść rozłąki z rodziną. Byli w niebezpieczeństwie, nie wiedziałam, co się z nimi dzieje. To było nie do wytrzymania. Wolałam być z nimi na miejscu niż tutaj w niepewności. Po miesiącu nie chciałam z powrotem wyjeżdżać do Polski, mimo że wciąż wyjące syreny zostawiają ślad w psychice. Rodzice nalegali. Jest mi tu dobrze, ale to była bardzo trudna decyzja. No właśnie. Może za dobrze? W wakacje znowu pojadę.

Bójka kiboli podczas meczu Holandia - PolskaBójka polskich kibiców na stadionie w Rotterdamie. Kompromitujące sceny

Piłkarze witali się drżącymi rękami. Nie ma w kadrze niedotkniętych wojną

Trybuny są wypełnione już kilka minut przed meczem, spiker bawi się z kibicami. Widać tylko niewielkie prześwity na zabramkowych sektorach. "Slava Ukrainie!" - słychać jeszcze przed wyjściem piłkarzy na boisko. Krzyczą dzieci, które mają ich wyprowadzić na boisko i krzyczą kibice na trybunach. Zawodnicy wychodzą owinięci ukraińskimi flagami. To pierwszy moment, gdy kibice, którą obserwuję, płyną łzy. Ma piękną żółtą suknię w niebieskie kwiaty. Gdy wybrzmiewa hymn, emocje są jeszcze silniejsze. Wzruszeni są też piłkarze. 12 tys. Ukraińców tworzy dumny chór dla drobnej, siedmioletniej dziewczynki w zwiewnej białej sukience, która na początku wojny śpiewała w schronie wzruszającą piosenkę z "Krainy lodu" i patriotyczne pieśni, a teraz wykonuje hymn przed pierwszym "domowym" meczem Ukrainy po wybuchu wojny.

To takie zgrupowanie, że piłkarze parę tygodni temu witali się drżącymi rękami, po treningach chwytają za telefony i nasłuchują, co z rodziną, a po meczach sprawdzają, czy bliscy mają co jeść i pić. Niektórzy od miesięcy nie grali, inni grali pomimo wszystko. Nie ma w ich kadrze niedotkniętych wojną. Selekcjoner Ołeksandr Petrakow już dzień po wybuchu zgłosił się na ochotnika do wojska terytorialnego, żeby chwycić za broń i bronić Kijowa. Usłyszał, że chętnych jest wielu młodych, a tylko on może poprowadzić Ukrainę na mundial. Taras Stepanenko, pomocnik Szachtara Doniecka, który spędził z rodziną w schronie kilka dni, otrzymuje wiele wspierających listów od żołnierzy walczących na froncie. Gdy pierwszy raz zawyły syreny, bramkarz Heorhij Buszczan, ukrył się na stacji kijowskiego metra. Mykoła Matwienko, który tak dobrze spisał się w półfinale barażów ze Szkocją, zbiegł z całą rodziną do podziemnego garażu. Podobnie Serhij Sydorczuk, kapitan Dynama Kijów. Z żoną spali na ziemi, a dzieci położyli w samochodzie. Wiele rodzin ukraińskich piłkarzy wciąż przebywa w kraju. Żona napastnika Artema Dowbyka została, by zajmować się rodzicami i teściami. W oblężonym Chersoniu są rodzice Ołeksandra Karawajewa, a bliscy Mykoły Szaparenki stracili pod bombami dom niedaleko Doniecka.

Mimo utrudnionych przygotowań, Ukraina wygrała ze Szkocją w barażowym półfinale i była krok od awansu na mistrzostwa świata. Z Walią zagrała jeden z najlepszych meczów, ale przegrała po samobójczym trafieniu Andrija Jarmołenki i sędziowskich kontrowersjach z niepodyktowaniem rzutu karnego. - Wojna znieczula. Niczym nie cieszysz się w pełni, jak jeszcze kiedyś. Ale też nie rozpaczasz, choć jeszcze niedawno byś płakał - mówi Oksana, która na meczu jest z mężem, siostrą i jej narzeczonym. - Śniło mi się, że będzie 3:0. A rzadko śni mi się coś innego niż wojna - dodaje, gdy do meczu zostaje niecała godzina. 

Robert Lewandowski cieszy się po zmarnowanym karnym DepayaNagrali reakcje Lewandowskiego na przestrzelonego karnego. Hit nad hity [WIDEO]

"Posiwiałam, ale to najszczęśliwszy dzień od wybuchu wojny"

I rzeczywiście na koniec jest 3:0 i wielka radość. Wszystkie gole padają po przerwie - najpierw strzela Rusłan Malinowski z Atalanty Bergamo, który parę dni temu wyliczał w mediach społecznościowych: "100 dni wojny. 12 milionów ludzi opuściło domy, 22 tys. osób zginęło w Mariupolu. Zburzono 641 szpitali, 1123 szkoły". Na 2:0 trafił Ołeksandr Karawajew, który kilka tygodni temu rozpłakał się na konferencji prasowej, gdy zapytali go o wojnę. Wynik ustalił Witalij Mykołenko, który na początku wojny napisał do Aritoma Dziuby, znanego rosyjskiego piłkarza: "Kiedy ty i inne zasrane piłkarzyki milczycie, zabijani są cywile w Ukrainie. Zamkną was w tych waszych lochach na całe życie wasze i, co ważne, waszych dzieci. I ja się z tego cieszę. Nigdy nie będzie wam to wybaczone".

Nieliczni kibice ruszyli do wyjść wraz z końcowym gwizdkiem. Reszta została, by przedłużyć to narodowe święto. Piłkarze dotarli pod każdą trybunę, pożegnali też Andrija Piatowa, który po rozegraniu 102 meczów dla Ukrainy, zakończył karierę. A później Ołeksandr Zinczenko zaprosił wszystkich piłkarzy na środek boiska. Ustawili się na linii koła środkowego twarzami do trybun. Rytmicznie klaskali, a kibice podłapali. Sylabowali: UKRAINA! 

Po meczu spotykamy Wiktorię i jej mamę - Walerię. Uciekły z Kijowa do Warszawy zaraz po wybuchu wojny. 

Waleria: - W parę miesięcy posiwiałam ze strachu o syna i męża. Ale to najszczęśliwszy dzień od wybuchu wojny.

Więcej o: