85-letni Silvio Berlusconi jest nieśmiertelny. Przejął ruinę i wraca na salony

Dawid Szymczak
Największą gwiazdą Monzy, która awansowała do Serie A, nie jest żaden z piłkarzy, a 85-letni Silvio Berlusconi, były premier Włoch i właściciel Milanu. Legenda o jego nieśmiertelności ma się dobrze - znów wraca na salony, znów jest na pierwszych stronach gazet. I chce więcej: romantycznego mistrzostwa Włoch, a później zwycięstwa w Lidze Mistrzów.

Tę legendę o nieśmiertelności Berlusconi buduje od lat - wymknął się już dziesiątkom spraw sądowych, przetrwał setki skandali - z seksaferą "bunga-bunga" na czele, nie przygniotły go nawet wyroki za oszustwa podatkowe. Obiecywał ludziom, że odbuduje Włochy tak, jak odbudował Milan, a oni trzy razy wybierali go na premiera. Zawsze wracał na szczyt. Do wielkiej piłki też wraca, choć gdy żegnał się pięć lat temu sprzedając Milan, nikt się już go nie spodziewał.

Zobacz wideo Kulesza: Piłka uczy pokory. Jestem przygotowany na krytykę

Bankrutującą Monzę kupił we wrześniu 2018 r., gdy była w trzeciej lidze. Od nowego sezonu będzie z nią w Serie A. Barażowy mecz z Pizą oglądał z trybuny VIP w towarzystwie starego druha Adriano Gallianiego i młodej narzeczonej - 32-letniej Marty Fasciny. Przespał co prawda dwa gole rywali, ale gdy w dogrywce trafiał jego zespół, podrywał się z krzesełka. Wyszarpane zwycięstwo 4:3 (6:4 w dwumeczu) świętował w objęciach Gallianiego. A później zadeklarował, że awans to dopiero początek, bo chce mistrzostwa Włoch i Ligi Mistrzów. - Do tego jestem przyzwyczajony od czasów Milanu - powiedział.  

Czesław Michniewicz o transferze Roberta LewandowskiegoMichniewicz komentuje zamieszanie wokół Lewandowskiego. "Podpaliliście pół Europy"Michniewicz wybrał nowy klub Lewandowskiemu. "Jestem kibicem, niestety ostatnio nam nie idzie"

Silvio Berlusconi i Adriano Galliani znów działają. Razem mają 162 lata, ale szarpią za struny z werwą nastolatków

Monza była bliska bankructwa, miała zrujnowany stadion, a Berlusconi akurat nudził się w swojej rezydencji w Arcore, małym lombardzkim miasteczku, zaledwie trzy kilometry dalej. Rok po sprzedaży Milanu za 740 milionów euro, zaczynał tęsknić za zapachem skoszonej trawy w ośrodku treningowym, emocjami podczas meczów, wizytami w szatni, gdy sprośnymi żartami jednych piłkarzy bawił, innych żenował, ale śmiali się wszyscy. I za tą ekscytacją, która towarzyszyła mu za każdym razem, gdy zaczynał nowy projekt kompletnie od zera. 

Właśnie wtedy zadzwonił Adriano Galliani, jego przyjaciel i prawa ręka we wszystkich piłkarskich przygodach, z wizją przejęcia małego klubu, który został założony w 1912 r. i nigdy nie zasmakował gry w Serie A. We Włoszech nie było drugiego klubu, który istniałby tak długo i ani razu nie zagrał w najwyższej lidze. Nikt też nie znał tego klubu lepiej niż Galliani, który pochodzi z Monzy i stawiał w niej pierwsze piłkarskie kroki. - To romantyczna historia - miał powiedzieć Berlusconi i we wrześniu 2018 r. wyłożył trzy miliony, by uratować klub przed bankructwem. "Będzie romantycznie" - kazał napisać na klubowym korytarzu.

I jest coś romantycznego i nostalgicznego w tym, że Berlusconi i Galliani znów chwycili się pod rękę, jak w 1986 r., gdy Silvio przejął Milan i umieścił Adriano na dyrektorskim stołku. W tym układzie spędzili na San Siro trzy cudowne dekady i zdobyli 29 trofeów. Teraz znów połączenie nosa Gallianiego z grubym portfelem Berlusconiego miało przynieść sukcesy, o jakich kibice Monzy nawet nie śnili. Na awans do Serie A dali sobie trzy lata. Przeszarżowali nieznacznie - o rok, pechowo odpadając zeszłego lata w barażach. We Włoszech śmieją się z nich, że są jak starzy rockmani, którzy razem mają 162 lata, ale wciąż szarpią za struny z werwą nastolatków. Wpompowali w klub ponad 70 mln euro, najwięcej w historii niższych lig. Większość na piłkarzy, ale odremontowali też boiska treningowe i 10-tysięczny stadion, który przed ich przyjściem, według żartu samych kibiców, zapełnił się tylko dwa razy - podczas koncertów Michaela Jacksona. - Gdy tutaj przyjechaliśmy, zobaczyliśmy katastrofalne warunki. Stadion się rozpadał i nie można było na nim grać, ośrodek treningowy był w równie fatalnym stanie. Przebudowaliśmy go, postawiliśmy oświetlenie - opowiadał Galliani. 

Michniewicz wymyślił nowy pseudonim dla Zalewskiego. Nawet nie zareagowałMichniewicz wymyślił nowy pseudonim dla Zalewskiego. Nawet nie zareagował

Piłkarze mieli nie mieć tatuaży i kolczyków. Ale później przyszli Boateng oraz Balotelli i tyle było z zasad

Berlusconi chciał przeprowadzić w Monzie romantyczną rewolucję, choć sam kojarzy się ze wszystkim, co nieromantyczne. Powiedział, że jego zawodnicy będą zobowiązani wzorowo się ubierać, dbać o swój wizerunek i zachowanie. Nie chciał widzieć piłkarzy w podartych spodniach, z tatuażami na ciele, z kolczykami czy z brodą. Ogoleni i zadbani mieli po dżentelmeńsku zwracać się do sędziów i rywali, a autografy rozdawać czytelnie, a nie bohomazami. Berlusconi mówił też, że w drużynie pierwszeństwo zawsze będą mieli młodzi włoscy piłkarze. Ale przez lata rządzenia klubem i państwem dał się poznać jako populista, który obieca wszystko, byle zyskać sympatię tłumu. U Berlusconiego zasady są ważne, ale nie tak ważne, jak wyniki. Dlatego po awansie do Serie B do klubu sprowadził duet skandalistów z tatuażami, wymyślnymi fryzurami i z długą listą grzechów. Kevin Prince Boateng i Mario Balotelli mieli pomóc klubowi błyskawicznie awansować do najwyższej ligi. A na to, że posiadanie choćby jednego z nich grozi wysadzeniem w powietrze każdej szatni, Berlusconi przymknął oko. 

 

On i Galliani sami uczyli się wtedy Serie B. Początkowo myśleli, że stara metoda sprowadzania znanych piłkarzy pozwoli im osiągnąć sukces. - W Serie B nie potrzebujesz gwiazd tylko wytrwałości - mówił Galliani już po przegranych barażach w zeszłym roku. Szybko wyciągnął wnioski: Boateng i Balotelli już po roku odeszli, a zespół przejął Giovanni Stroppa, były piłkarz Milanu, który będąc trenerem, wprowadził Crotone do Serie A. Teraz - z Monzą - wywalczył drugi awans w karierze.

Berlusconi za chwilę znów sięgnie po portfel i solidnie wzmocni zespół przed grą w elicie, jak niegdyś Milan, gdy sprowadzał Roberto Donadoniego, Daniele Massaro czy Dario Bonettiego. I nie będzie patrzył na wygląd piłkarzy ani ich maniery. Będzie patrzył na wynik. Na to, żeby pokazać się w meczu z Interem. Awans dał mu przecież brodaty Christian Gytkjaer, były napastnik Lecha Poznań. Dzięki temu golowi w dogrywce, Berlusconi mógł kreślić dalsze plany: - Będąc w Serie A, musimy celować w Scudetto, a potem w zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Jestem przyzwyczajony do tego, że zawsze wygrywam. Awans Monzy i mistrzostwo Milanu to wyniki, które radują moje serce - stwierdził, a następnego dnia zacytowały go wszystkie włoskie gazety, sportowe dzienniki oddały mu okładki, a Włosi zaczęli się zastanawiać, czy znów spróbuje wykorzystać sportowy sukces do politycznych celów. Bo przecież nie o romantyzm tutaj chodzi.

Hiszpanie rozgrzani słowami Lewandowskiego. Hiszpanie rozgrzani słowami Lewandowskiego. "Otwarta wojna", "Presja totalna"

Więcej o: