0:8, 0:7, 0:5. Miała być potęga, jest upokorzenie za upokorzeniem. Upadek

Michał Kiedrowski
Azjatycka Liga Mistrzów, która na początku maja zakończyła fazę grupową, okazała się kolejnym pasmem upokorzeń dla chińskiego futbolu. Dwa kluby wycofały się z rywalizacji, a dwa, które wzięły udział, w 12 meczach, uciułały zaledwie jeden punkt.

Kuracja, którą chińskie władze zaaplikowały swoim klubom, okazała się bolesna. Drużyny, które kilka lat temu należały do najlepszych na azjatyckim kontynencie, tym razem doznawały jednej upokarzającej porażki za drugą, bo chińskie władze za jednym razem chcą walczyć z dwiema chorobami. Jedna jest dosłowna. To COVID-19, który chiński rząd zwalcza przede wszystkim lockdownami. Druga to rozrzutność, z którą kluby z Państwa Środka wydawały pieniądze na piłkarzy. Efekty obydwu kuracji skumulowały się w Azjatyckiej Lidze Mistrzów

Zobacz wideo

Chiny w dwa lata spadły w rankingu o 14 miejsc

Jeszcze dwa lata temu Chiny w rankingu AFC – ustalanym na podstawie wyników w pucharach – zajmowały pierwsze miejsce. Teraz spadną prawdopodobnie w okolice piętnastego. Z chińskimi klubami wygrywają już nie tylko drużyny z Korei Południowej czy Japonii, gdzie poziom futbolu jest najwyższy w Azji, ale także Lion City Sailors z Singapuru czy Johor Darul Ta'zim z Malezji. Ten drugi klub pokonał Guangzhou w dwóch meczach 5:0 i 2:0. To trochę tak, jakby Legia Warszawa rozbiła Real Madryt. Guangzhou to przecież dwukrotny zwycięzca Azjatyckiej Ligi Mistrzów z lat 2013 i 2015. Wtedy nosił nazwę Guangzhou Evergrande na cześć firmy matki. Wtedy Chińczycy dumnie ogłaszali, że klub z miasta, które Europejczycy dawnej nazywali Kantonem, jest najdroższym klubem piłkarskim świata. Tak podobno wynikało z jego giełdowej wyceny. 

Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło, choć minęło zaledwie 6 lat. Firma Evergrande – potentat na chińskim rynku nieruchomości – stanęła na krawędzi bankructwa. W dodatku chiński rząd wprowadził nowe – drakońskie – przepisy finansowe, które miały ukrócić rozrzutność klubów. Choć pretekstem było ekonomiczne uzdrowienie przynoszących gigantyczne straty klubów, nikt nie ma wątpliwości, że rząd miał w tym swoje polityczne cele. Chodziło o pokazanie przedsiębiorcom miliarderom, kto tu rządzi. Chińskim politykom również nie bardzo podobało się, że w nazwach klubów reklamują się firmy. Od sezonu 2021 nazwy zostały zmienione. Guangzhou Evergrande stało się np. Guangzhou Football Club.  

Chińczycy niszczą krajowe kluby, by zacząć wszystko od nowa

Każdy transfer został obciążony bardzo wysokim dodatkowymi opłatami. Od sumy 6 mln dolarów wynoszą one 100 procent. 

Słowa depeszy państwowej agencji informacyjnej Xinhua nie pozostawiały wątpliwości, że celem reform było zniszczenie poprzedniego systemu, gdzie hojnie dotowane przez właścicieli kluby wydawały dziesiątki milionów dolarów na zagranicznych graczy: "Nadszedł czas, by szanować prawa rynku i piłki nożnej. Musimy mocniej postawić na szkolenie młodzieży i nastawić się na pracę przez lata. Musimy zacząć od nowa. Nie możemy zagubić się w przeszłości czy wyrzutach sumienia. Aby rozwiązać nasz problem, musimy zniszczyć to, co było złe i zacząć budowę od zera. Chiński futbol, jego promocja i to, w którą stronę podążał, wymaga ponownej oceny. Czeka nas nowe otwarcie po szybkim i dzikim rozwoju". 

Osłabione chińskie kluby dobiła pandemia. Chińczycy przyjęli zasadę "zero COVID", co oznaczało masowe szczepienia i lockdowny w miejscach, gdzie notowano przypadki zachorowań. W pierwszym etapie pandemii przyniosło to dobre rezultaty. W Chinach wcześniej niż gdzie indziej znoszono obostrzenia. Gdy jednak pojawił się Omikron – bardziej zaraźliwy niż poprzednie mutacje wirusa – obostrzenia i lokalne lockdowny wróciły.  

Dwa kluby wycofały się z Ligi Mistrzów z powodu lockdownów

I to też jedna z głównych przyczyn wielkiej klęski chińskich klubów w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Zespół Shanghai Port w ogóle wycofał się z rywalizacji, bo w Szanghaju odnotowano wiosną potężną – jak na chińskie warunki – falę zakażeń i drużyna wicemistrza Chin w ogóle nie mogła opuścić zamkniętego 26-milionowego miasta. 

Wcześniej mecze w eliminacjach LM walkowerem oddał zespół Changchun Yatai, który w ubiegłym roku był czwarty w chińskiej Superlidze. Drużyna nie podała przyczyny tej decyzji. Być może chodziło też o COVID-19, choć dziewięciomilionowa stolica prowincji Jilin została objęta lockdownem dopiero 11 marca, a zespół wycofał się z rywalizacji 10 dni wcześniej. Wyglądałoby więc na to, że piłkarscy działacze wiedzieli, czego mogą się wkrótce spodziewać. 

Guangzhou FC i Shandong Taishan w rywalizacji pozostały, ale też wolały dmuchać na zimne. Na mecze Ligi Mistrzów wysłały rezerwy złożone przeważnie z młodych zawodników. Oba kluby wolały zostawić najlepszych zawodników w kraju. Turnieje fazy grupowej odbywały się w Tajlandii, Wietnamie i Malezji, więc w Guahngzhou i Shandong obawiano się, że w razie jakichś zachorowań drużyna przed powrotem na boiska w Chinach objęta byłaby kwarantanną. Oba zespoły spisały więc międzynarodową rywalizację na straty, by móc skupić się na rywalizacji w chińskiej Superlidze. 

Upokarzające porażki zaciążą na przyszłych startach Chińczyków w Lidze Mistrzów

Młode chińskie drużyny nie miały żadnych szans z rywalami. Obok upokarzających porażek z Malezyjczykami, Guangzhou przegrało np. 0:8 z Kawasaki Frontale – mistrzem Japonii i 0:5 z Ulsan Hyundai – wicemistrzem Korei Południowej. Shandong Taishan uległ natomiast 0:7 FC Deagu trzeciemu zespołowi ligi koreańskiej.  

Za takie podejście do rywalizacji zapłaci cały chiński futbol. W kolejnym sezonie Chińczycy stracą jedno z trzech miejsc w fazie grupowej LM. W 2024 będą mieli już tylko jeden klub pewny awansu, a dwa w eliminacjach. 

To kolejne upokorzenie, które chiński futbol przeżywa na międzynarodowej arenie w ostatnich miesiącach. Wcześniej reprezentacja kraju nie zakwalifikowała się na mundial w Katarze, tracąc wszelkie na to szanse długo przed końcem eliminacji. "Prezydent XI Jinping zapowiadał budowę futbolowej potęgi, tymczasem Chińczyków na mundialu zabraknie po raz piąty z rzędu. Ogromne pieniądze, tysiące boisk, wiedza Marcelo Lippiego czy Davida Beckhama - wszystko idzie na marne. - Chińskie dzieci nie grają w piłkę z własnej woli, one są do tego przymuszane. Od systemu szkolenia ważniejszy jest system wychowania - tłumaczą eksperci" - pisał o tym Konrad Ferszter w Sport.pl. Więcej tutaj

Więcej o: