Trenerzy nie wierzyli. Marciniak miał lepsze wyniki niż piłkarze. "Musi tak być"

Dawid Szymczak
Został sędzią, mimo że sędziów nie znosił. Teraz osiąga największy sukces w karierze. Szymon Marciniak w półfinale Ligi Mistrzów jeszcze nie gwizdał, choć od początku wierzył, że kiedyś mu się uda. Starsi sędziowie sprowadzali go wtedy na ziemię: "Młody, getry upierz, jutro na okręgóweczkę jedziemy".

Ostatnio, gdy sędziował Liverpoolowi, tuż przed wyjściem na murawę zapytał stojących obok siebie Mohameda Salaha i Sadio Mane, czy po finale Pucharu Narodów Afryki nie przestali ze sobą rozmawiać. Uśmiali się. Teraz - przed środowym meczem Liverpoolu z Villarrealem w półfinale Ligi Mistrzów - też będzie miał w głowie jakiś żart, który pomoże mu zbudować relacje z zawodnikami jeszcze w tunelu. Chwilę później ósmy raz w tym sezonie wysłucha hymnu Ligi Mistrzów, spojrzy na zegarek i punktualnie o godz. 21 rozpocznie najważniejszy mecz w swojej karierze. 

Zobacz wideo Marek Papszun powrócił do tematu Legii. "To była moja decyzja"

Szymon Marciniak nieźle grał w piłkę, ale gdyby nie został sędzią, mundiale oglądałby w telewizji

- Jak taki jesteś kozak, to zrób papiery, weź gwizdek i sam spróbuj - powiedział Adam Lyczmański zaraz po tym, jak pokazał 21-letniemu Marciniakowi, obrońcy Kujawiaka Włocławek, czerwoną kartkę w meczu IV ligi. Pierwszą żółtą dał mu za ostry faul, drugą za niecenzuralną wiązankę, którą ten mu puścił, nie mogąc pogodzić się z karą. Młody Marciniak nienawidził sędziów. Był piłkarzem grającym ostro, często na pograniczu faulu. I nawet jak przesadził, zgrywał niewiniątko. Wtedy też zszedł do szatni wściekły nie na siebie, ale na arbitra. Później jednak, już na chłodno, zapisał się na kurs, wziął gwizdek i spróbował. 

- Prawda, że dobrze mu doradziłem? - uśmiecha się Lyczmański wspominając sytuację sprzed 20 lat. - Napsuł mi wtedy mnóstwo krwi, bo sędziowałem w wielu jego meczach. Ale ten jeden raz, z czerwoną kartką, pamiętam doskonale. Cieszę się, że mam taki wkład w rozwój najlepszego polskiego sędziego. Wspominamy czasami z Szymonem tę historię i się śmiejemy. Mamy bardzo dobry kontakt, często do siebie dzwonimy i piszemy - mówi. 

Gdyby Marciniak nie został sędzią, mundiale oglądałby w telewizji. Nie usłyszałby, jak Giorgio Chiellini śmieje się z jego żółto-szarego stroju tuż przed debiutem w Lidze Mistrzów, bo ten przypominał piżamę. Nie spotkałby Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i nie miał tak dobrych relacji z Sergio Ramosem. Nie zaproponowałby piłkarzowi Barcelony, by zjadł batona, bo przewraca się z głodu. Nie poznawaliby go kibice Realu, gdy w Madrycie wyskoczy na kawę. Nie miałby też za co przepraszać Fernando Santosa, selekcjonera Portugalczyków. I nigdy jego zdjęcie nie zawisłoby w szatni AS Romy, żeby zawodnicy wiedzieli, kim jest.

Piłkarzem był bowiem niezłym, ale zdecydowanie nie na ten poziom. Grając w juniorach Wisły Płock, w drużynie m.in. z Wojciechem Łobodzińskim, Bartłomiejem Grzelakiem czy Wahanem Geworgianem, zajął nawet czwarte miejsce w mistrzostwach Polski, w półfinale kopiąc po kostkach nieuchwytnego Pawła Brożka w Wisły Kraków. Po tamtym turnieju wpadł w oko skautom i trafił do VfB Annaberg. Ale już po roku, zamiast grać w niemieckiej trzeciej lidze, wrócił do Wisły, bo tęsknił za żoną. A był to czas, gdy do Płocka zjeżdżało mnóstwo zagranicznych piłkarzy. Przemiał był olbrzymi, więc Andrzej Strejlau, ówczesny dyrektor sportowy, stwierdził, że najlepiej będzie wypożyczyć Marciniaka do niższych lig. Tam prezesi wielokrotnie go oszukiwali i odbierali radość z gry w piłkę. Lyczmański pokazał mu tę czerwoną kartkę w dobrym momencie.

- Nie pamiętam jego umiejętności piłkarskich, ale doskonale pamiętam charakter. Zawsze był liderem swojej drużyny. Krzyczał, podpowiadał, emanował pewnością siebie. Miał swoje zdanie na każdy temat. W każdej akcji zabierał głos. Ta charyzma go wyróżniała i jednocześnie predysponowała do bycia sędzią. Osobie, która byłaby na boisku cichutka i delikatna, trudno byłoby biegać z gwizdkiem - twierdzi Lyczmański.  

"Jak się popłaczesz, to zerwij liście z drzew, wytrzyj łzy i pedałuj dalej"

Od kilku naszych rozmówców słyszymy, żeby tego piłkarskiego etapu Marciniaka nie lekceważyć, bo chociaż nigdy nie wszedł na profesjonalny poziom, to później wielokrotnie z niego czerpał. Na najwyższym poziomie każdy sędzia wie, kiedy gwizdnąć faul i kiedy pokazać żółtą kartkę. A jednak ktoś sędziuje tylko w kraju, ktoś inny prowadzi mecze w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a ktoś nadaje się na półfinał. Decydują absolutne detale. Przede wszystkim tzw. "czucie gry", panowanie nad meczem i umiejętność takiego ustawiania się, by mieć jak najlepszy widok na toczącą się akcje. Piłkarskie doświadczenie zdecydowanie w tym pomaga. 

Ale są też sprawy bardziej przyziemne. Gdy Marciniak zaczął sędziować, w regionie wszyscy go znali. Lokalni ultrasi, którzy zaraz po mszy nastrajali się na mecz pod remizą i lubili pokrzyczeć na sędziego, zbyt długo mu nie dokuczali. Marciniak usłyszał wprawdzie parę razy, że zaraz będzie miał flaki zamiast opon, ale nigdy się to nie zdarzyło. Zresztą, już wtedy nie bał się presji i parkował zaraz pod siedzibą klubu, mimo że starsi sędziowie doradzali, że bezpieczniej jest zostawić auto poza stadionem. W okręgówkach było mu też ciut łatwiej, bo trenerami często byli jego starzy koledzy z boiska. Awansował błyskawicznie. Sam żartuje, że pobił chyba rekord, bo od pierwszego poprowadzonego meczu na kartofliskach do debiutu w ekstraklasie minęło raptem sześć lat.

Ale to w okręgówce usłyszał najpiękniejszy komplement w życiu. Był już wtedy całkiem znanym sędzią w ekstraklasie, ale zszedł na niższy poziom i poprowadził mecz Świt Stare Źreby - Skrwa Łukomie. Kto nie z Płocka lub okolic, ten najpewniej tych klubów nie kojarzy. Mecz się skończył i po ostatnim gwizdku do Marciniaka podszedł jeden z piłkarzy Łukomia. Podał mu rękę i powiedział: "Wie pan co? Jest pan najlepszym sędzią w okręgówce!". To nie była ironia. Kompletnie Marciniaka nie kojarzył. Wyszło zabawnie, ale Marciniakowi zrobiło się miło, bo zawsze - niezależnie od tego, w której lidze sędziuje - chce wypaść doskonale.

Jak słyszmy, długo bywało to destrukcyjne i męczące dla niego samego oraz jego asystentów, ale w ostatnich latach w końcu zrozumiał, że nie da się sędziować perfekcyjnie każdego meczu. Od dzieciaka tak miał. Jeśli już stawał na starcie, to na mecie musiał być pierwszy. Nawet jeśli wszyscy koledzy jeździli już kolarzówkami, a on ruskim składakiem, to zacisnął zęby i wygrał wyścig, na który zaprowadził go tata. To było zanim jeszcze zaczął grać w piłkę. Trenował kolarstwo dopóki nie skończył 15 lat. Ma z tego czasu sporo medali i pucharów, ale też coś znacznie cenniejszego niż złoty plastik - taki charakter. Rower dał mu lekcję konsekwencji na całe życie. Dzień w dzień, niekiedy w mrozie, deszczu i wietrze, musiał treningowo pokonywać 100 km. A trenerzy nie pozwalali odpuścić. "Jak się popłaczesz, to zerwij liście z drzew, wytrzyj łzy i pedałuj dalej" - słyszał.

Co różni świetnego sędziego od bardzo dobrego?

Gdy pytamy byłych sędziów, piłkarzy i kolegów Marciniaka po fachu, co doprowadziło go do europejskiej elity i tego półfinału Ligi Mistrzów - a wcześniej do meczów mundialu, finału młodzieżowego Euro i Superpucharu Europy - najczęściej słyszymy, że charakter i kompetencje miękkie, np. nawiązywanie dobrych relacji z piłkarzami. 

- Szymon nie popełnia wielu błędów mniej niż inni sędziowie z ekstraklasy czy z europejskiej czołówki. Ale na boisku roztacza wokół siebie pewną aurę, która sprawia, że zawodnicy mu ufają i go szanują - uważa Tomasz Listkiewicz, od wielu lat asystent Marciniaka. - Na najwyższym poziomie liczy się przede wszystkim zarządzanie. Zwłaszcza teraz, gdy europejski program CORE dla najzdolniejszych sędziów działa już kilkanaście lat. Sędziowie nim objęci warsztatowo potrafią absolutnie wszystko. Są wybiegani, świetnie przygotowani merytorycznie, dobrze się ustawiają, dbają o kąty widzenia i nienagannie układają współpracę z asystentami. Dzisiaj świetnego sędziego od bardzo dobrego różni właśnie poziom jego akceptacji na boisku. Za tym kryje się umiejętność budowania relacji z piłkarzami, panowanie nad ich emocjami i prowadzenie meczu. To największe zalety Szymona - twierdzi Listkiewicz.

- Z tym jego charakterem chodzi o to, że jest niezwykle skoncentrowany na osiągnięciu celu. Wręcz łapczywie pragnie kolejnych sukcesów i wykorzystuje każdą szansę, by do nich zbliżyć. Gdy jechał na pierwszy kurs CORE, który UEFA organizowała dla młodych zdolnych sędziów, którzy jeszcze nie są międzynarodowymi, przekonywał nas, że musimy być przygotowani jak do najważniejszego meczu, bo na kursie będzie dwóch członków komisji sędziowskiej, więc jeśli się dobrze pokażemy, to możemy sporo ugrać. Przyjechali tam różni sędziowie - lepiej i gorzej przygotowani. My byliśmy na innym poziomie, bo przygotowaliśmy się nie tylko fizycznie i technicznie, ale też merytorycznie - opowiada Listkiewicz.

- Sprawdziliśmy, jacy działacze i sędziowie tam będą i nauczyliśmy się ich historii. Jakie mecze sędziowali, ile mają finałów i czym się interesują. Wszystko po to, żeby móc ich zagaić i fajnie z każdym porozmawiać. Najważniejsze było oczywiście sędziowanie, ale chcieliśmy też dać się poznać z dobrej strony jako ludzie. Weszliśmy tam na pewniaka. Szymon roztoczył tę aurę, o której mówiłem, pokazał, że jest bardzo pewny siebie i efekt był taki, że po tym kursie dostał w UEFA tzw. "szybką ścieżkę" - dodaje asystent Marciniaka.

- Potrafi też poświęcić bardzo dużo czasu, żeby poprawić drobne elementy, które nie są mu niezbędne do dobrego sędziowania, ale mogą odrobinę pomóc. Wystarczyło, że trener personalny powiedział mu, że prawe biodro ma trochę mniej stabilne niż lewe, to już następnego dnia nad tym pracował. Mógł z tym biegać do końca życia i pewnie wszystko byłoby dobrze, ale skoro mógł ćwiczeniami zmniejszyć ryzyko kontuzji o dwa procent, to to zrobił.

Już dawno skończyła się era sędziów z brzuszkami, bo przy tak dużej liczbie meczów i rosnącej intensywności gry, po prostu by nie wytrzymali. Dzisiaj na najwyższym poziomie sędziują atleci. Ale Marciniak wyróżnia się na ich tle. W Europie piłkarze wielokrotnie żartowali, że chyba przyjechał na mecz prosto z kulturystycznych zawodów. Siłownię lubił zawsze. W niej się relaksował i odprężał. W pewnym momencie wręcz przesadził, rozbudował się za bardzo i usłyszał od trenerów, że mógłby trochę odpuścić. Tym bardziej, że pewne ćwiczenia, które wykonywał, mu nie służyły. Zapisał się więc na muay thai, bo porusza zupełnie inne grupy mięśniowe. Takie, których na co dzień się nie wykorzystuje. Poprawia też dynamikę i szybkość - ważne cechy dla sędziego. Gdy w Arłamowie przed mundialem trenerzy przygotowania fizycznego reprezentacji zobaczyli wyniki wydolnościowe Marciniaka, ze zdziwieniem stwierdzili, że są zbliżone do wyników piłkarzy, a w niektórych aspektach nawet lepsze. - Musi tak być. Ja nie mogę poprosić o zmianę w 70. minucie - żartował.

W Arłamowie skorzystał też z wiedzy Huberta Małowiejskiego, który w kadrze odpowiada za rozpracowywanie rywali. Miał już wtedy rozpisanych wszystkich finalistów mistrzostw. Niektórych dokładniej, innych mniej. Marciniak podpatrzył np. schemat rozegrania akcji Niemców i zamiast zwyczajowo ustawiać się na środku boiska, gdy bramkarz przygotowuje się do wznowienia gry, zostawał bliżej pola karnego, bo Manuel Neuer zazwyczaj zagrywał do obrońcy. Wiedział też, że Jerome Boateng najczęściej zaczyna akcję podaniem do prawego obrońcy, a później przerzuca piłkę do Juliana Draxlera. To detale, dzięki którym mógł się lepiej ustawić. Marciniak ma też notes, w którym zapisuje wszystkich piłkarzy próbujących oszukać sędziów. Wynotowuje też ich cwaniackie zachowania wobec rywali. Potrafi później podejść do takiego gagatka np. przed rzutem rożnym i przestrzec go przed robieniem takich wybloków jak trzy tygodnie temu. 

"Marciniak to bufon, który nie lubi VAR-u"

Boksowanie w worek na treningach muay thai pomaga też po nieudanych meczach. Marciniak najmocniej uderzał po Tottenham - Juventus, gdy pomylił się przy rzucie karnym. Miał wtedy wrażenie, że Polacy wręcz czekali na jego błąd. - Po tamtym meczu każdy artykuł, który pojawiał się o mnie nawet kilka miesięcy później, miał zakończenie, że Marciniak sędziował też mecz Tottenhamu z Juventusem, gdzie nie podyktował rzutu karnego dla Juventusu - mówił WP Sportowym Faktom.

Emocje na worku rozładowywał też po mundialu w 2018 r. Wrócił wtedy po dwóch meczach fazy grupowej. Liczył na więcej, ale miał też pecha, bo z dwóch meczów dostał do przeanalizowania aż 24 kontrowersyjne sytuacje. To bardzo dużo, bo zdarzały się mecze, po których do obejrzenia były trzy-cztery akcje. To po meczu Niemcy - Szwecja, gdy nie podyktował karnego i nie obejrzał sytuacji na monitorze, bo nie wezwał go sędzia VAR, przyjęło się twierdzić, że Marciniak z powtórkami wideo się nie lubi. I że jego wielkie ego cierpi, gdy musi podejść do monitora. I że zawsze wie lepiej - nawet z boiska. Dementował to wielokrotnie, ale łatki nie odczepił.

- Często to wynika z niezrozumienia, jak działa VAR. Śmieję się, bo akurat Szymon, który chce sędziować mecze pod linijkę i nie chce popełniać nawet najdrobniejszych błędów, doskonale wie, że ten VAR może mu uratować skórę. Jak może nie lubić takiej pomocy? W starych czasach jeden błąd w ważnym meczu kończył sędziemu sezon, bo była afera i jakiś zespół niesłusznie odpadał. Byliśmy w Madrycie, w trudnej sytuacji nie zobaczyliśmy karnego, VAR to zmienił, w mediach cisza i spokój, a my od tamtej pory posędziowaliśmy dwa bardzo ważne mecze i dostaliśmy trzeci. Gdyby nie było VAR-u, po tamtym błędzie już by nas nie było w Lidze Mistrzów - tłumaczy Listkiewicz. 

Tak Szymon Marciniak droczy się z piłkarzami. "Ufff, dzięki, za tydzień mamy Legię!" 

Panującej opinii nie potwierdzają piłkarze, których pytamy o Marciniaka. Doceniają, że potrafi przyznać się do błędu i przeprosić. To rzadkość wśród sędziów. Publicznie chwalili go za to Michał Probierz i Fernando Santos, selekcjoner Portugalczyków. Ale z tym przepraszaniem sprawa nie jest prosta. Jeszcze niedawno była spora grupa sędziów, którzy świadomie nie przyznawali się do błędów, by nie tracić autorytetu. Krzywo na przepraszanie patrzą też kolejni szefowie kolegium sędziów. Wolą, by sędziowie się nie wychylali, skoro błędy są przecież wkalkulowane w ich pracę. Marciniak idzie pod prąd.

- Lubi na przykład zapytać VAR, czy aut był pokazany w dobrą stronę, bo patrząc na ostrą reakcję zawodników, mogło dojść do pomyłki. VAR oczywiście nie może tej decyzji zmienić, ale może mu szepnąć, czy była prawidłowa. Później Szymon podbiega do takiego piłkarza i rzuca: „Sorry, miałeś rację z tym autem, ja źle widziałem". Piłkarze to doceniają - mówi Listkiewicz. - Ale aut to małe piwo. Trudniej jest z pomyłkami przy rzutach karnych. Każdy taki błąd boli. Ale Chielliniemu też w przerwie się przyznał. Ten go poklepał i powiedział, że od początku wiedzieli, że mają rację, ale czasu się nie cofnie, więc trzeba zadbać o drugą połowę. Jeśli masz go po swojej stronie, to masz po swojej stronie cały Juventus. 

- Była też sytuacja z rzutem karnym dla Portugalii. To było jeszcze przed wprowadzeniem VAR-u. Szymon dobrą decyzję zastąpił złą. Santos jest bardzo impulsywny i po meczu miał pretensje. Szymon był pewny swego, więc zaprosił go do szatni, żeby wspólnie zobaczyć tę decyzję, ale wystarczyło, że wyjął telefon i przeczytał SMS od innych sędziów, że tam był błąd i od razu się do niego przyznał. Santos na konferencji o tym powiedział i docenił.

- Na boisku nie jest sierżantem, nie krzyczy i nie ustawia wszystkich piłkarzy do pionu. Na to pokolenie taki rodzaj zarządzania nie działa najlepiej. Dzisiaj sposoby motywacji Janusza Wójcika raczej by się nie przyjęły. Najlepsi są Pep Guardiola czy Thomas Tuchel, którzy zarządzają piłkarzami w zupełnie inny sposób. Są liderami, a nie dyktatorami. Z sędziami jest identycznie. Oczywiście, można czasami krzyknąć na piłkarza, ale nie można krzyczeć cały czas, bo nie będzie się skutecznym. Trzeba tak budować relacje, żeby piłkarze się ciebie nie bali, ale cię szanowali. Myślę, że piłkarze Szymona lubią. Ma szybką ripostę i takie piłkarskie poczucie humoru. Często na przykład chwali zawodników za udane zagrania.

- Ale lubi się też podroczyć. Na przykład gwiżdże faul, wszyscy wiemy, że zaraz pokaże żółtą kartkę, ale on biegnie i krzyczy do słuchawki: "Liściu, dajemy żółtą czy czerwoną?!". Piłkarz przerażony. Gdy Szymon do niego dobiega, z uśmiechem mówi, że asystent sugerował czerwoną, ale dam ci żółtą. Uważaj teraz. "Ufff, panie Szymonie, dzięki, za tydzień mamy Legię!". Później mu oczywiście przyznaje, że to był żart. Ale tak zażegnuje się pozornie nieprzyjemne sytuacje - mówi Listkiewicz.

Detale, czyli zakaz uśmiechania się i "przeszła" zamiast "nie zagrał"

Plan przed półfinałowym meczem będzie taki jak zawsze: dobrze się wyspać, do południa pospacerować, znaleźć dobrą kawiarnię, a później wrócić do hotelu i zacząć się koncentrować. Marciniak nie ma jednego rytuału. Czasami posłucha audiobooka, czasami utnie drzemkę, a jeszcze innym razem na pobudzenie posługa mocniejszej muzyki. Filmy i książki też wchodzą w grę, ale raczej nie krótko przed meczem, by nie obciążać oczu. - To ten poziom detali - zwraca uwagę Listkiewicz. - Cały czas się uczymy i dodajemy coś nowego. Ostatnio zmieniliśmy jedno słowo w naszej komunikacji, bo gdy na stadionie robiło się bardzo głośno, słabo wybrzmiewało w słuchawce. Zmieniliśmy "nie zagrał", gdy żaden zawodnik nie dotknął piłki, na "przeszła". Jest szybciej i bezpieczniej. Czasami te słuchawki przerywały i ucinało nam "nie" przed "zagrał", co zmieniało sens.

Doświadczenie można zebrać nawet w pozornie błahej sytuacji. Kiedyś Marciniak został potrącony przez piłkarza i zgubił gwizdek. Zanim go znalazł, wpadł w panikę, że dojdzie do kompromitacji. Od tamtej pory przymocowuje gwizdek do palca. A ostatnio Thomas Tuchel po meczu Chelsea - Real Madryt powiedział w wywiadzie, że po meczu Marciniak i Carlo Ancelotti dobrze się bawili i wesoło rozmawiali na boisku. „To był bardzo zły moment na takie rozmowy. Nie robi się tak po końcowym gwizdku i 126 minutach walki" - stwierdził trener Chelsea. - Ancelotti podszedł po meczu i pytał, czemu tak dużo doliczyliśmy. Ale uśmiechał się i żartował, bo wygrał. I Szymon - ludzki odruch - odwzajemnił ten uśmiech. Trwało to parę sekund, ale Tuchel to zobaczył, był zły na wynik i źle to odebrał. Dla nas to nauczka, by do zejścia z murawy trzymać kamienną twarz i nie przybijać sobie żadnych piątek - mówi Listkiewicz.

Co jego zdaniem Marciniak może jeszcze poprawić? - Howard Webb opowiedział mu kiedyś, że chociaż sędziował już finały Ligi Mistrzów, to zawsze po meczu dzwonił do takiego starszego sędziego, który go wychował i był jego mentorem. Wspólnie zastanawiali się, co jeszcze można robić lepiej. I Szymon wie, że może tak naprawdę poprawić wszystko po trochu. Jeszcze szybciej biegać, jeszcze szybciej reagować i jeszcze lepiej się ustawiać - zauważa asystent. 

Marciniak zawsze podziwiał Pierluigiego Collinę, który dla wielu sędziów jest mistrzem absolutnym i wiele lat temu zmienił postrzeganie tego zawodu, wznosząc go na wyższy poziom. Z kolei u Andersa Friska ze Szwecji podobała mu się elegancja, a u Howarda Webba zarządzanie piłkarzami. Dzisiaj ma ten komfort, że do każdego z nich może po meczu zadzwonić i porozmawiać. Collina jest szefem sędziów w UEFA. Webb, gdy kończył karierę, słyszał od kolegów, że może odchodzić, bo jest już "drugi Webb" - równie pewny siebie i podobny wizualnie.  

- Moim zdaniem, Szymon wciąż może też pracować nad nakładaniem na siebie presji. Jest tak żądny sukcesu, że często kalkuluje: co będzie, jeśli w tym meczu mu pójdzie dobrze, to co może dostać następnym razem albo w następnym sezonie. Cienka jest ta granica między wielką ambicją, a niezdrowym perfekcjonizmem. Idzie w dobrym kierunku, ale jeszcze można to poprawić.

- Ma też tendencje do gadulstwa. Wracamy do hotelu po Lidze Mistrzów, jakaś kolacja, robi się pierwsza w nocy i dopiero siadamy do omówienia meczu z obserwatorem. Ale zanim obserwator dojdzie do głosu, Szymon opowiada mu z detalami cały mecz. Niepotrzebnie. Później obserwator nie może nic dodać - śmieje się Listkiewicz. Ale i tak widzi u Marciniaka poprawę, bo jeszcze parę lat temu podczas takich rozmów, gdy organizator wskazywał Marciniakowi błędy, ten reagował dość alergicznie. Musiał odpowiedzieć, wyjaśnić, a najlepiej przekonać, że to nie do końca był błąd. Wtedy Listkiewicz - dyplomata, kopał go pod stołem, by już przestał. Za którymś razem w końcu usłyszał: "Czego mnie kopiesz? I tak powiem, co mam powiedzieć. Taki już jestem!". Kilka razy w pomeczowym raporcie obserwatora przeczytał o sobie, że "lubi rozmawiać po meczu, bardzo broni swoich decyzji".

I wciąż - jak na początku kariery - marzy o finale Ligi Mistrzów, Euro lub mistrzostw świata. Ale na razie musi uprać getry na półfinał.

Więcej o: