W Polsce wyrwali mu dredy i kazali miesiącami mieszkać w szatni. Emile wytrzymał

Dawid Szymczak
Senegalczyk w niższych ligach nie ma łatwo. W Inowrocławiu wyrwali mu dredy, w innym klubie kazali przez cztery miesiące mieszkać w szatni i grać mimo kontuzji. Ale Emile Thiakane to wytrzymał, bo zaciskania zębów nauczyła go mama. Dzisiaj gra w pierwszoligowej Puszczy Niepołomice i bracia mówią, że jest już bardziej Polakiem niż Senegalczykiem.

Przy okazji Pucharu Narodów Afryki opowiadamy w Sport.pl historie, w których piłka nożna jest tylko punktem wyjścia do przedstawienia losów ludzi łączących Afrykę i Polskę. Poznajemy ich długą drogę z rodzinnego domu - pełną zakrętów, potknięć i ludzi, którzy podali rękę. 

Sadio Mane biegnie wzdłuż linii bocznej, dośrodkowuje w pole karne, a Emile Thiakane strzela gola. Ich zespół prowadzi. Grają na piaszczystym boisku w Dakarze. W sandałach, słabo napompowaną piłką. Na boisku jest jeszcze kilka senegalskich gwiazd. Dookoła sporo kibiców. Krzyczą, cieszą się, robią zdjęcia. To nie sen Emila Thiakane, 30-letniego napastnika pierwszoligowej Puszczy Niepołomice. To mecz, który odbył się naprawdę - latem 2020 r.

Zobacz wideo "Emreli już nie zagra w Legii. Zaufał nieodpowiednim ludziom"

- Jak w wakacje zjeżdżamy do Senegalu, to spotykamy się na takich boiskach, by przypomnieć sobie stare czasy, wrócić do korzeni i poczuć się jak w dzieciństwie. Organizuje to mój kolega Zale, który zaprasza znanych piłkarzy. Dla nas to okazja, żeby się spotkać, pobawić i powspominać, a przy okazji meczu zbieramy pieniądze na jakiś szczytny cel - opowiada Thiakane.

Senegal i Polskę dzieli ponad 6 tys. kilometrów. Ale droga Emila Thiakane z przedmieść Dakaru do centrum Krakowa wydaje się jeszcze dłuższa. Jakby pokonywał ją pieszo, bez żadnych podwózek. Spotykał na niej życzliwych i podkładających nogę. Przewracał się i wstawał. Nie wie, czy dotarł już do końca. Rozmawiamy pod kościołem Mariackim. Tuż po hejnale. Thiakane opowiada po polsku.

Gianni Agnelli z piłkarzami Juventusu"Po całonocnych orgiach modlił się u boku gromadki prostytutek podczas porannej mszy"

Przystanek I. Mama udaje, że gotuje

- Jak miałem dwa lata, tata miał wylew. Mama została sama, najstarsza siostra miała 19 lat i jeszcze nie pracowała. Nie mieliśmy pieniędzy. Były dni, że wracaliśmy ze szkoły, a mama gotowała wodę w garnku, więc liczyliśmy, że zaraz coś do niej wrzuci i będzie obiad. Czekaliśmy tak długo, aż zasypialiśmy. Udawała, że będzie gotować, by obudzić w nas nadzieję. Mama całe życie zaciskała zęby, ale czasami widziałem, że po cichu płacze.

- Dom był dwupiętrowy, ale mam pięcioro rodzeństwa, więc i tak wydawał się mały. Stał w Pikinie, na przedmieściach Dakaru. Z okna widziałem gruntową drogę i pole, kawałek dalej było boisko, na którym grałem od świtu do nocy, a mama tylko krzyczała "Do domu! Masz się uczyć!". Nie wracałem. Jedyny z rodzeństwa nie mam studiów. Z czasem wszystko się pozmieniało. Dzisiaj to już Dakar, ludzie się tam pobudowali i okolica tętni życiem, a mamie zaczął pomagać wujek, który był lekarzem, szefem pediatrów w Senegalu. Wiele mu zawdzięczamy. Gdy zmarł tata, najstarsza siostra mogła dzięki niemu wylecieć do Francji się uczyć. Przetarła szlaki. Później brat skończył studia fizyczno-matematyczne i dzisiaj pracuje przy odnawialnych źródłach energii między Senegalem a Francją. Następna siostra ma w Paryżu swoją firmę marketingową, współpracowała nawet z rządem. Kolejna siostra jest w Genewie w kancelarii adwokackiej i też jest szczęśliwa. Wysłanie tylu osób do Europy na studia jest bardzo trudne. Dlatego tak bardzo jestem wujkowi wdzięczny. 

- Jak już rozmawiam z rodzeństwem, schodzi cały dzień. Nie da się pogadać krócej niż godzinę. I tak - po kolei - z każdym. Udało nam się, choć startowaliśmy z trudnego miejsca. Dlatego mama jest tak dumna. Odwiedza nas wszystkich i pomaga. Tylko w Polsce jeszcze nie była. Już miała bilet, ale zaczęła się pandemia. Teraz muszę ją zaprosić do Krakowa. Wcześniej grałem w Kleczewie i Bełchatowie. Nie wiem, co bym jej pokazał. 

Adam NawałkaTajemniczy plan Kuleszy? Kto zapłaci za Szewczenkę? "Są rozmowy" [SPORT.PL LIVE #6]

Przystanek II. Polacy wyrywają dredy

- Wcześnie wyjechałem z Senegalu do Francji. Miałem 16 lat. Poumawiałem testy w różnych klubach wokół Paryża i przy okazji spędzałem tam wakacje u siostry. Robiłem kilka podjeść. Dopiero za trzecim razem przeniosłem się na stałe. W 2010 r. jeden Senegalczyk, którego można nazwać agentem piłkarskim, powiedział mi, że w Sławie, niedaleko Lubina, będzie turniej i weźmie w nim udział zespół z Senegalu, więc może mnie do niego włączyć. Zagrałem i wpadłem w oko ludziom z Lidera Włocławek. To była piąta liga. Powiedziałem bratu, że mogę zostać w Polsce i spróbować się przebić. Szalona decyzja, ale zdecydowaliśmy, że warto.

- Widziałem na treningach i w meczach, że to nie jest mój poziom i powinienem grać wyżej. Miałem rację. Po kilku meczach wziął mnie drugoligowy Zawisza Bydgoszcz i szybko awansowaliśmy do 1. ligi. Trenerem był Maciej Murawski. Świetny facet. Później w jego miejsce przyszedł Adam Topolski, a ja zostałem odpalony. Po latach spotkałem się z nim w Sokole Kleczew. Twierdzi, że to nie była jego decyzja, bo byłem do Zawiszy tylko wypożyczony. Chciał mnie wykupić, ale Lider robił problemy co do ceny, więc Zawisza stwierdził, że skoro z transferu nic nie będzie, to musi rozwijać i promować swoich piłkarzy. 

- Wróciłem do Włocławka, ale nie do Lidera tylko do Włocłavii. Nie znałem wtedy jeszcze dobrze polskiego, byłem młody. Miałem dłuższe dredy niż teraz. Któregoś wieczoru poszedłem do klubu. Była tam grupa sześciu mężczyzn, którzy cały czas na mnie patrzyli i coś gadali. Słyszałem i rozumiałem co, ale nie reagowałem. Po godzinie podszedłem do baru, żeby złożyć zamówienie. Wtedy do mnie dopadli. Bili i szarpali za dredy. Wyrwali je. Właściciele mieli to nagrane, bo lokal był monitorowany, ale nie ułatwiali pracy policji. Sprawa skończyła się tak, że każdy z nich miał zapłacić 300 zł. Zostali ukarani, jak za zwykłe pobicie. Całe rasistowskie tło tego ataku zostało pominięte.

- Po pół roku gry we Włocłavii wróciłem na ponad dwa lata do Francji. Miałem testy w drugoligowym Le Havre, ale nie udało się dostać i wylądowałem w Olympique Saint-Quentinois. Czwarty poziom rozgrywkowy. Ale nie ma nawet co porównywać z 4. ligą w Polsce, bo finansowo i sportowo to przepaść. Byłem tam szczęśliwy. Odnalazłem się, ale była partnerka chciała wrócić do Polski. Bardzo jej zależało. Zgodziłem się.

Andrij SzewczenkoSzewczenko popełnił katastrofalny błąd. "Nie mam pojęcia, dlaczego podjął taką decyzję"

Przystanek III. Cztery miesiące mieszkania w szatni

- Kontynuowałem moją tułaczkę po niższych ligach. W jednym z klubów dostawałem 60 zł tygodniowo na jedzenie. Najedz się za 60 zł! W innym miałem pierwszą kontuzję w życiu. Rywal mnie kopnął i obaj się przewróciliśmy. On upadł na moją nogę i naderwałem więzadła poboczne. Prezes wziął mnie do lekarza, który stwierdził, że muszę tę nogę zregenerować. Ale prezes stwierdził, że ten lekarz się nie zna i on wie lepiej. Wziął mnie do innego lekarza, swojego znajomego. Ten obkleił mi tę nogę tejpami, trochę ją usztywnił i pozwolił grać. Nie chciałem, ale prezes powiedział, że jak nie będę grał, to on nie będzie mi płacił. Brałem zastrzyki znieczulające i wychodziłem na boisko. Bolało, więc w końcu prywatnie poszedłem do lekarza. Nie mógł uwierzyć, że grałem w takim stanie przez trzy tygodnie. Powiedział, że to cud, że więzadła się nie zerwały, patrząc na to, na jakich murawach grałem. Gdybym wtedy zerwał te więzadła, byłby to koniec kariery. Nie miałem klubu, który by o mnie zadbał i zorganizował operację, rehabilitację i fizjoterapeutów. Sam też nie miałem pieniędzy na dobrych lekarzy. Cztery miesiące mieszkałem w szatni. Miałem rzucony materac na ziemię. Prysznic i toaleta były. Nie było wyjścia, nie płacili mi. Prezes rozkładał ręce, mówił, że nie ma pieniędzy. 

- Szanuję to, co mam. Pamiętam, gdzie zaczynałem i jak długo męczyłem się w niższych ligach. Spotykałem kilku chłopaków na niższych poziomach, którzy mieli duży talent i sądziłem, że prędzej to oni zrobią kariery, a nie ja. Ale dzisiaj grają w niższych ligach albo nie grają już wcale, natomiast ja jestem w Puszczy Niepołomice w I lidze. Jestem uparty. Jak mam w głowie cel, to dążę do niego tak długo, aż go zrealizuję. Z piłką też tak było. Po tym turnieju w 2010 r. nie zostałem w Polsce jako jedyny. Było nas czterech lub pięciu i wszyscy mieliśmy to samo marzenie: zostać profesjonalnymi piłkarzami. Zaczynaliśmy z tego samego poziomu - piątej ligi. Mnie się udało dojść do pierwszej. Oni rozjechali się po Europie - do Niemiec, Włoch, Francji i grają rekreacyjnie. Nie sądzę, że byłem od nich bardziej utalentowany. Ale więcej mogłem znieść, mocniej zacisnąć zęby. Te cztery miesiące na materacu w szatni były dodatkową motywacją.

- Gdyby nie niższe ligi, to pewnie nie mówiłbym tak dobrze po polsku. Była partnerka studiowała filologię angielską, więc nie było problemu, żeby się dogadać. W większych klubach też są obcokrajowy, więc angielski jest wykorzystywany. Byłem w Koronie Kielce i tam obcokrajowcy spokojnie radzą sobie bez języka polskiego. Ale ja na początku trafiałem do tych małych szatni we Włocławku, w Mogilnie czy w Kleczewie, gdzie byli sami Polacy. Nikt nie mówił w żadnym innym języku, więc musiałem się nauczyć polskiego, bo zależało mi, żeby się dogadywać. Kontakt z trenerem i kolegami jest bardzo ważny. Poza tym, żeby zrozumieć kulturę i specyfikę kraju, najlepiej znać język. A ja lubię się uczyć. Sam pogłębiałem wiedzę. Trener Wiesław Borończyk mi pomagał. Śmiał się zawsze, że musi uważać, bo wszystko po nim powtarzam. Wystarczyło, że raz mi coś powiedział, a ja zapamiętywałem i na drugi dzień już używałem. Sporo też z trenerem esemesowaliśmy. Popełniałem błędy, a on nawet mnie nie poprawiał, tylko kilka wiadomości niżej używał słowa czy wyrażenia, które napisałem źle. I ja zauważałem różnicę: jak on napisał, a jak ja.

Marina Granowska / Robert LewandowskiNajpotężniejsza kobieta piłki nożnej chciała Lewandowskiego. "Jest potęgą. Rządzi"

Przystanek IV. Brat mówi: "Jesteś bardziej Polakiem niż Senegalczykiem" 

- Jak jestem we Francji i mówię, że na co dzień mieszkam w Polsce, to ciemnoskórzy robią wielkie oczy. Opinia o Polsce jest tam dużo gorsza niż rzeczywistość. Myślą, że z tolerancją są w Polsce dużo większe problemy. Opowiadam im, że z wyjątkiem kilku takich sytuacji, o których wspomniałem, żyje mi się tutaj bardzo dobrze. Jestem tu już 12 lat, więc odsetek takich nieprzyjemnych doświadczeń jest mały. Jest spora różnica między dużym a małym miastem. W Krakowie nie jestem sensacją, nikt się za mną nie ogląda, nie wskazuje palcem. W małych miasteczkach tak bywało.

- Gdzie jest dom? Może być wszędzie. W Polsce czuje się dobrze, jak porządkuję myśli w głowie, to robię to po polsku. Czekam na polskie obywatelstwo, złożyłem już wszystkie wnioski. Ale nie wiem, co będzie za kilka lat i co będę robił po karierze. Trenerem nie będę, bo się do tego nie nadaję, ale może jakiś agent? Łącznik Polski z Senegalem? Tam jest mnóstwo utalentowanych chłopaków, a ja znam realia w obu krajach i mogę pomóc. Belgowie i Francuzi podpisują umowy z akademiami w Senegalu, mają tam mnóstwo skautów i wyciągają 15-latków czy 16-latków. A w Polsce wciąż Senegalczyków jest bardzo mało. Nie spotykam ich na ulicach. Częściej trafiam na Nigeryjczyków, Ghańczyków czy Kongijczyków.

- Jak jestem w Senegalu, najczęściej słyszę pytanie, gdzie się tak spieszę. "Lecisz, jakbyś miał jutro umrzeć" - mówi mój brat. Jak już tam jestem, działam według planu: tego dnia załatwić sprawy w mieście, a tego odwiedzić rodzinę. Brat się śmieje, że już jestem bardziej Polakiem niż Senegalczykiem. Senegalczycy raczej nie planują. Wstają rano i dopiero zastanawiają się, co będą robić. W Polsce wszystko dzieje się szybko. W Senegalu jest luz. Ktoś ładnie powiedział, że w Europie są zegarki, w Afryce czas. Pewnie to kwestia trafienia na ludzi, ale w Senegalu łatwiej spotkać kogoś, kto ma niewiele, a jest bardzo szczęśliwy. W Polsce widziałem dużo bogatych ludzi, którzy mieli wszystko, poza uśmiechem.

W następnym artykule swoją historię opowie Marcin Kupczak, podróżnik, który zorganizował polską ligę w Afryce i planował otworzyć akademię piłkarską w Tanzanii.

Adam Nawałka, Lech PoznańNawałka zaplanował i zorganizował wszystko, tylko nie grę drużyny. "Wysokie faktury z salonu"

Więcej o: