"Aż przykro się robiło, że sędzia nie wiedział, co robi Krychowiak"

Dawid Szymczak
W USA jest 150 tys. sędziów piłkarskich, a to Polak - Robert Sibiga został wybrany tym najlepszym. - Jest jak w dżungli: najlepszy idzie dalej, reszta zostaje, a część postanawia zrezygnować - mówi w wywiadzie dla Sport.pl.

Wyemigrował 25 lat temu ze Stalowej Woli. Z zieloną kartą, ale bez znajomości języka. Z marzeniami, ale bez konkretnych planów. Zaczął sędziować mając 35 lat i nie przypuszczał, że zaprowadzi go to na największe stadiony, między piłkarzy Realu Madryt i Juventusu. Chciał tylko trochę się poruszać i odbudować formę po kontuzji odniesionej w amatorskim meczu. Miał jeden cel: zostać lepszym sędzią od tego, który wtedy nawet nie podyktował faulu i kazał wstawać, mimo że rywal jednym kopnięciem zerwał mu więzadła. W 2021 roku, po 13 latach sędziowania, głosami piłkarzy, klubów i dziennikarzy, został wybrany najlepszym arbitrem w MLS. 

Ale radość z nagrody mąci strach po urazie głowy. Robert Sibiga pod koniec października zderzył się z piłkarzem Los Angeles FC i doznał wstrząśnienia mózgu. Skutki czuje do dzisiaj, bo od ośmiu tygodni nie rusza się z domu. Zapomina, po co szedł do kuchni i gdzie zostawił klucze. Co dalej z karierą? Lekarze mówią, że trzeba poczekać. Za trzy miesiące będzie wiadomo więcej. Szczegółowo pisaliśmy o tym TUTAJ. 

Poniżej prezentujemy rozmowę o marzeniach, sędziowaniu i życiu w Stanach Zjednoczonych.

Robert Sibigą najlepszym sędzią MLS!Polak najlepszym sędzią MLS. "To duma i nagroda za wiele lat ciężkiej pracy"

Stany urzekły od razu? 

- To na pewno nie była miłość od pierwszego wejrzenia, choć miałem to szczęście, że przyleciałem legalnie i na miejscu czekała już moja rodzina. Było mi łatwiej niż ludziom, którzy przyjeżdżali w nieznane, by zarobić na chleb. Ale i tak niełatwo. Mieszkaliśmy w osiem osób w dwóch pokojach. Trzy pokolenia: moi dziadkowie, moi rodzice, ciocia z wujkiem i ja z bratem, więc nie było mowy o prywatności. A na zewnątrz nie było tej Ameryki, którą sobie wyobrażałem, oglądając filmy. Wynajmowaliśmy apartament na Manhattanie. Dla mnie był to inny świat. Różne kultury, różne narodowości, różne rasy, różne języki. To wszystko budziło strach. W Polsce tego nie doświadczaliśmy. Uciekałem w sport. Wymarzyłem sobie, że zostanę koszykarzem. Ten "american dream" tak przecież wygląda, że chłopaczek idzie do parku, rzuca piłką i skaut zaprasza go do klubu.

A jak wygląda rzeczywistość?

- Że ten chłopak jeszcze w Polsce kupuje na targu podróby koszykarskich butów i jak później odpada mu przy wszystkich podeszwa, to się wstydzi. Początki były trudne. Po trzech miesiącach wróciłem do Polski, do swojej dziewczyny. Nie wyobrażałem sobie życia tam. Tęskniłem. Gdy Magda skończyła liceum, dałem Stanom jeszcze jedną szansę. Polecieliśmy razem i po paru miesiącach mieliśmy stwierdzić, czy widzimy się tam na dłużej. Udało się. Wzięliśmy ślub, wyprowadziliśmy się w spokojniejsze miejsce, jakieś 100 kilometrów na północ od Nowego Jorku. I to jest mój "american dream". Dwie wspaniałe córki, kochana żona, dom. 

A sędziowanie nie? W Polsce nie miał pan nawet gwizdka w ustach, zaczął pan gwizdać dopiero w USA, a dzisiaj jest tam najlepszy. 

- Miałem 35 lat, grałem w lokalnej drużynie i zostałem sfaulowany. Przeciwnik pomylił piłkę i moje kolano. Kopnął na tyle mocno, że zerwał mi więzadła. Po operacji myślałem, że przygoda z piłką się skończyła, ale znajomy zasugerował, żebym zapisał się na kurs sędziowski. Widział akurat, że jest prowadzony nabór. Miał argument nie do zbicia: że cały czas będę na boisku, a przynajmniej nikt mnie nie będzie kopał po nogach. O głowie nic nie wspominał. 

Na kursie był pan najstarszy?

- Tak. Już wtedy usłyszałem, że spóźniłem się kilka lat i nikt nie zwróci na mnie uwagi, bo będą stawiać na młodszych. Coś jednak we mnie dostrzegli, skoro dzisiaj jestem w MLS

Pod jednym z wywiadów, pana kolega ze szkoły napisał komentarz, że zawsze miał pan niezwykłą determinację. "Za co się nie wziąłeś, zamieniałeś to w złoto. Zostałeś sędzią, ale gdybyś chciał być astronautą, też byś to zrobił".

- Chyba napisał to mój świetny kumpel ze Stalowej Woli - Michał Domański. Ale nie mam pewności, jeszcze go nie pytałem. Bardzo mi miło. Brakuje mi w polskich mediach i w ogóle w Polsce takiego pozytywnego wsparcia. Gdyby szydera była sportem olimpijskim, zgarnialibyśmy wszystkie medale. Lubimy wbić komuś szpilę, obrazić, zdeprecjonować i skrytykować. To jedna z tych rzeczy, których w Ameryce jest zdecydowanie mniej.

Tutaj ludzie wzajemnie się motywują i wspierają, a to pomaga przejść przez trudne momenty. Nie rozumiem tego hejtu, który spada na Szymona Marciniaka. Fajnie jest nabijać się z tych najlepszych! Szymon był teraz na Arab Cup w Katarze. To właściwie próba przedmundialowa, więc sędziowanie tam jest bardzo dużym osiągnięciem. Szymon świetnie poprowadził półfinał. Cały jego zespół zasługuje na pochwałę. Amerykańskie media, mając tam swojego sędziego, dopingowałyby go i chwaliły. Szukałyby pozytywów. My, Polacy, wolimy szukać błędów i krytykować. Tym bardziej doceniam ten komentarz.

Jako naród wciąż mamy pewien problem z ludźmi pewnymi siebie. Mylimy to z arogancją.

- U Szymona Marciniaka ta pewność siebie jest konieczna. Należy do europejskiej elity, więc gwiżdże najlepszym piłkarzom na świecie. Musi taki być. Poza boiskiem to świetny facet. Poznaliśmy się w Arabii Saudyjskiej na hotelowym śniadaniu. On i jego asystenci, czyli Tomek Listkiewicz i Paweł Sokolnicki już wyjeżdżali, ja dopiero przyjechałem, ale złapaliśmy się na chwilę. Po kwadransie rozmowy miałem wrażenie, że znam się z nimi kilkanaście lat. 

Wrócę do pana. Jak się zapracowuje na taką nagrodę? Wiemy, ile pracy kosztuje bycie najlepszym piłkarzem na świecie. Słyszymy, ile pracują najlepsi trenerzy. A sędziowie?

- W Stanach Zjednoczonych jest 150 tys. zarejestrowanych sędziów piłkarskich. Tylko 20 ma profesjonalny kontrakt, więc żeby się przebić, musisz udowodnić, że jesteś lepszy od pozostałych. Jak w dżungli. Najlepszy idzie dalej, reszta zostaje, a część postanawia zrezygnować. To bardzo samotna praca. Codziennie muszę dbać o swoją dietę, o swój trening, przygotowanie fizyczne, ale też mentalne. Wychodząc na boisko, muszę być świeży i gotowy do działania. A klimat w USA nie ułatwia. Wylatuję zimą z zaśnieżonego Nowego Jorku, a na Florydzie jest 30 stopni. Muszę mieć pewność, że moje ciało dobrze na takie zmiany zareaguje. 

Prezes Ekstraklasy zdradził, ilu zawodników jest w pełni zaszczepionychPrezes Ekstraklasy zdradził, ilu zawodników jest w pełni zaszczepionych

Rodzina nie narzeka, że mało pana w domu?

- Rozłąka jest bardzo trudna. Wyjazdy w Stanach są dalekie, więc na mecze zawsze dolatujemy dzień wcześniej. Do tego dochodzą zgrupowania. Wyliczyliśmy z żoną, że w lipcu nie było mnie w domu 25 dni, a w sierpniu 28. Dwa miesiące poza domem. Wpadłem dosłownie przepakować walizki. Cieszę się, że zostałem sędzią, gdy córki były już prawie dorosłe. Widzę moich kolegów, sędziów, którzy zostawiają w domach małe dzieci i serca im pękają. Ucieka im rozwój tych dzieci. To jest nie do nadrobienia. Z resztą można sobie poradzić i na przykład Walentynki obchodzić tydzień wcześniej.

Dobrą radę już na początku dał mi taki starszy arbiter. Byliśmy razem na turnieju. Zdradził, że tego dnia ma 50. rocznicę ślubu. Zdziwiłem się, że nie jest z żoną. Powiedział: "Rzadko będziesz w domu, dlatego wykorzystuj ten czas. Pracę zostaw przed drzwiami i po przekroczeniu progu bądź tylko dla rodziny". 

Organizacja sędziowska wie z czym się zmagamy, dlatego pozwala nam zabierać żony ze sobą na mecze. Opłaca przeloty, hotel i wynajęcie samochodu. Kiedyś zabrałem też obie córki i całą rodziną polecieliśmy do Chicago. To są takie momenty, które częściowo wynagradzają rozłąkę. 

Na co zwraca pan uwagę przygotowując się do meczów?

- Chcę wiedzieć jak najwięcej. W jakim klimacie będzie mecz, jaka jest prognoza pogody, kiedy zespoły grały ostatni mecz, która drużyna będzie świeższa, którzy zawodnicy są zagrożeni karą po następnej żółtej kartce, czy będą chcieli ją dostać i się "wykartkować", czy przeciwnie - będą bardzo ostrożni. Robię to, żeby uniknąć takiej sytuacji, jak z Grzegorzem Krychowiakiem w meczu z Andorą, gdy szukał tej żółtej kartki wręcz desperacko. Aż przykro się robiło, że sędzia tego nie wiedział, ani nie rozpoznawał.

Gdyby pan sędziował tamten mecz, pokazałby mu tę żółtą kartkę szybciej? 

- Sędzia jest tylko częścią widowiska. Im mniejszą, tym lepiej. Bycie krnąbrnym arbitrem, który przekornie będzie zwlekał jak najdłużej z pokazaniem kartki, niczemu nie służy. Podam przykład z tego meczu, w którym dostałem w głowę i miałem wstrząśnienie mózgu. Gdy schodziłem na przerwę, jeden z piłkarzy, któremu sędziowałem już wiele meczów, podszedł do mnie i powiedział wprost: "Muszę w tym meczu dostać żółtą kartkę, żeby się wyczyścić". "Nie ma sprawy". Jeśli masz zbudowane z zawodnikami odpowiednie relacje, jest między wami szacunek, to jesteście ze sobą szczerzy. Lubię takie coś. Lepiej, żeby zawodnik do mnie podszedł i powiedział, o co mu w tym meczu chodzi, niż żebym ja go ratował przed żółtą kartką, którą on tak naprawdę chce dostać. Im więcej jest interakcji między sędzią a zawodnikami, tym lepiej dla meczu. 

Krychowiak najpewniej tego sędziego nie znał.

- Ale w tym faulowaniu był tak oczywisty, że sędzia powinien to rozpoznać. A jak nie rozpoznawał, to sam mógł podejść i zapytać: "O co ci chodzi? Faulujesz jak szalony, chcesz kartkę?". Tak budujesz relacje. Zresztą, lepiej dać taką kartkę i mieć spokój z takim zawodnikiem niż czekać do końca meczu. Miałem taką sytuację kilka lat wcześniej, że piłkarz też wprost powiedział, że chce kartkę. Znów - nie było problemu. Ostrzegłem go tylko, żeby zrobił to w mądry sposób - wybiciem piłki po gwizdku, pociągnięciem rywala za koszulkę, a nie robiąc mu krzywdę. Nie posłuchał. Zwlekał jak najdłużej i w ostatniej minucie ostro sfaulował. Zamiast żółtej kartki dostał czerwoną. Nie było wyjścia. Interweniował VAR.  

Podszedł do rzutu karnego i wyleciał z boiskaPodszedł do rzutu karnego i wyleciał z boiska. Sędzia wszystko widział [WIDEO]

PRO, czyli Professional Referee Organization, daje panu możliwość współpracy z psychologiem i trenerem sędziów. Korzysta pan? 

- Tak. Psychologowie i trenerzy sędziów pracują w organizacji na etatach. Są też fizjoterapeuci. Spotykamy się z tymi osobami co dwa tygodnie. Wszyscy zlatujemy się w jedno miejsce i mamy kilkudniowe zgrupowania. Telefonicznie są natomiast dostępni zawsze. Sędziowie też są sportowcami, więc potrzebują takiej opieki. Jesteśmy narażeni na wielką krytykę i pracujemy pod dużą presją. Musimy mieć silny fundament, czyli przygotowanie fizyczne i mentalne, żeby dobrze funkcjonować na boisku.

Co pan zyskał?

- Spokój i przekonanie, że wykonywanie mojej pracy w najlepszy sposób, w jaki potrafię, to wszystko, czego powinienem oczekiwać. Hejt do nas dociera. Kibic jest wściekły, że jego drużyna przegrała i wini za to sędziego. Praca z psychologiem pomogła mi uwierzyć, że dobrze wykonuję swoją pracę. Każdy popełnia błędy, ale mamy dostęp do statystyk, z których wynika, że sędziowie w MLS podejmują 98 proc. dobrych decyzji. Dla porównania - gdyby Robert Lewandowski, obecnie najlepszy piłkarz na świecie, skutecznie wykańczał 98 proc. okazji, nikt nie zastanawiałby się, kto powinien zdobyć Złotą Piłkę. Jeśli podejmujesz 2 proc. złych decyzji, nie znaczy, że się do tego zawodu nie nadajesz. Wręcz przeciwnie.

Dwa lata temu założył pan sobie, że będzie pokazywał mniej czerwonych kartek, dzięki temu, że zacznie pan szybciej biegać i ustawiać się bliżej akcji, by piłkarze czuli pana obecność. I przez cały sezon nie pokazał pan żadnej czerwonej. Przed tym też miał pan jakiś prywatny cel?

- Nigdy nie są to cele na zasadzie: chcę sędziować finał, chcę gwizdać w All-Star Game albo zostać sędzią roku. Przed każdym sezonem zastanawiam się za to, co jeszcze mogę robić lepiej. Ale skupiam się wyłącznie na sobie: na swoim przygotowaniu fizycznym, diecie czy boiskowych detalach. W tym sezonie chciałem po prostu kontynuować to, co udawało się w poprzednim. Również nie pokazałem czerwonej kartki. I to nie jest tak, że się przed tym wzbraniałem i oszczędzałem piłkarzy, bo coś sobie postanowiłem. To bycie bardzo blisko akcji rzeczywiście działa: ustawiam się blisko piłki, jestem w ciągłym kontakcie z piłkarzami, oni czują, że wszystko widzę, więc są ostrożniejsi. Wiedzą, że faul nie ujdzie im na sucho.

Był taki mecz, którego pan nie zapomni?

- Sędziowie pamiętają prawie wszystkie mecze, które prowadzą. Jeśli nie całe, to chociaż pojedyncze sytuacje i decyzje, które podjęli. Dla mnie najważniejszym meczem był chyba All-Star Game w 2018 r., w którym zagrały największe gwiazdy sezonu MLS z Juventusem. Samo to, że dostałem ten mecz, było wielkim wyróżnieniem. Po drugie, moja żona była na trybunach. Miałem akurat możliwość, żeby zabrać ją ze sobą do Atlanty. Spędziliśmy tam przed i po meczu fantastyczny czas. Atmosfera na stadionie i cała oprawa tego meczu też były świetne. Poza tym, w bramce Juventusu stał Wojtek Szczęsny, a ja bardzo lubię sędziować rodakom. 

Przed tamtym meczem naszła mnie taka chwila refleksji, że ja - chłopak ze Stalowej Woli - nigdy nawet nie marzyłem, że będę na meczu, w którym zagra tylu znakomitych piłkarzy. A nie dość, że byłem, to jeszcze miałem najlepszy widok ze wszystkich ludzi na stadionie, bo ze środka boiska.

Kibice Legii WarszawaPiłka nożna to nie jest sport dla Polaków. Mioduski też długo nie wytrzyma

Była chwila, żeby porozmawiać ze Szczęsnym?

- Do każdego Polaka, któremu sędziuję, staram się odezwać w tunelu przed meczem i zamienić dwa zdania. Lubię te momenty, gdy możemy na drugim końcu świata powiedzieć sobie kilka słów po polsku. Dla mnie to przyjemność, bo tęskni się nie raz za tym językiem, a przy okazji to od razu wpływa na relację z tymi zawodnikami. Widzą cię pierwszy raz w życiu, ale jesteś Polakiem, więc od razu powstaje nić porozumienia. W Wojtkiem trochę dłużej porozmawialiśmy trzy dni później, gdy sędziowałem sparing Juventusu z Realem Madryt. Zresztą, to kolejny mecz, z którego jestem dumny. Przecież, gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę sędziował spotkanie tych drużyn - nieważne, czy w Lidze Mistrzów czy podczas przygotowań do sezonu - popukałbym się w głowę.

Jest pan z siebie dumny?

- Tak. Z całej swojej kariery. Zaczęła się późno, więc szanse, że tak się potoczy, były niewielkie. Nawet 10 lat temu sędziowanie w MLS brzmiało jak żart. A dzisiaj mam ponad 140 meczów na środku, zostałem wybrany sędzią roku i gdyby nie wypadek, prawdopodobnie sędziowałbym finał. To są rzeczy z kosmosu, których zwykły zjadacz chleba, jak ja, nie może sobie wyobrazić. Pięknem tego sportu i tego kraju jest jednak to, że jeśli wykażesz talent i poprzesz go ciężką pracą, ktoś to zauważy. Nie ma sensu mydlić sobie oczu, że jestem dobry, tylko inni tego nie widzą. Albo: "Jestem dobry, ale nie dostaję szansy". 

Czym u sędziego tak naprawdę jest talent? Co to znaczy mieć predyspozycje? 

- Dobrze, jeśli sędzia rozumie piłkę. To stwierdzenie jest dość trudne do wytłumaczenia. Czasami zdarza mi się np. pogratulować zawodnikowi żółtej kartki, gdy widzę, że akcja, którą zatrzymał taktycznym faulem, była bardzo groźna. "Świetny faul, żółta kartka" - mówię, a on mi dziękuje i się rozchodzimy. Nie można za każdym razem krytykować piłkarza, że sfaulował. Czasami trzeba zrozumieć, że się zdenerwował i wybuchnął, zaczął bluzgać. Najłatwiej być sędzią-policjantem. Nigdy nie chciałem takim być. Moim zdaniem, tacy sędziowie nie są predysponowani do naprawdę wielkiej piłki i ważnych meczów.

Ale potencjał to też bycie otwartym na krytykę swoich przełożonych czy mentorów. Szczególnie na początku wielu sędziów chce za wszelką cenę obronić swoje decyzje. Czują się atakowani, więc stają do walki i nie przyjmują opinii obserwatorów. Najważniejsza w tym zawodzie jest jednak umiejętność przewidywania tego, co się stanie. Najłatwiej po fakcie ocenić, czy był faul. Chodzi o to, by zawczasu przewidzieć, że do tego faulu dojdzie i perfekcyjnie się ustawić. Trzeba czytać grę. Jak skrzydłowy biegnie z pełną prędkością w stronę linii końcowej, to już przesuwam się bliżej pola karnego, bo za sekundę tam poleci dośrodkowana piłka. Jeśli nie biegnie tak szybko, patrzy pod nogi, to pewnie będzie kiwał, więc podbiegam bliżej niego, bo może dojść do faulu. Muszę widzieć, czy był kontakt, a jeśli tak, to gdzie - przed czy w polu karnym.

A idąc na kurs sędziowski, czuł pan, że jest utalentowany?

- Absolutnie nie. Stary byłem, a w dodatku nigdy nie interesowałem się sędziowaniem i nigdy nie wyobrażałem sobie, że mogę się tym zajmować. Jak oglądałem mecz, sędzia interesował mnie najmniej. Czułem też, że jest już trochę za późno na przygody z piłką, bo trzeba było utrzymać rodzinę i zajmować się poważniejszymi rzeczami. Ale potraktowałem to jako formę rehabilitacji po zerwanych więzadłach krzyżowych. Musiałem odbudować mięśnie, znów zacząć się ruszać i wrócić do formy.  

Starcie Tytanów w SzczyrkuPZPN nie jest już największym związkiem w Polsce. Sensacyjny beneficjent rządowych decyzji

Najtrudniejsza decyzja, którą musiał pan podjąć?

- Czerwona kartka dla Wayne’a Rooney’a była trudna. Nie dlatego, że to Rooney. Po prostu nie widziałem dobrze tej sytuacji. To było w sezonie, po którym postanowiłem porządniej wziąć się za siebie, by lepiej nadążać za akcjami. Czasami bowiem naprawdę wystarczy zrobić dwa kroki w lewo lub w prawo i zobaczyć sytuację pod innym kątem, by z trudnej do oceny stała się łatwa. Wtedy pomógł mi VAR. Wszystkie te podejścia do monitora są trudne. Patrzysz tam na błąd, który popełniłeś. Wkurwiasz się na siebie niesamowicie, bo w tym monitorze wszystko widać jak na dłoni, z boiska też dało się to zobaczyć, ale ty nie widziałeś. I trzeba sobie zrobić rachunek sumienia, dlaczego się nie widziało. Po Rooneyu tak zrobiłem. To był moment zwrotny w moim patrzeniu na siebie i mojej karierze. Nie byłem na tyle sprawny fizycznie, by dobrze się ustawić i wszystko widzieć. 

Z tej rozmowy przebija, że po prostu lubi pan piłkarzy i stawia na budowanie relacji. Jest jednak typ zawodników, który pana denerwuje? 

- Nienawidzę nurków. Denerwuję się za każdym razem, gdy chcą mnie naciągnąć. Analizuję swoje mecze, oceniam każdą podjętą decyzję i przygotowuję się do kolejnych, rozpracowując obie drużyny. I jak widzę, że dany piłkarz notorycznie udaje, to później w sytuacji stykowej wolę nie odgwizdać, by nie dać się złapać. Sędziowie muszą zasłużyć na zaufanie u zawodników i u trenerów. Ale działa to też w drugą stronę. Piłkarzowi, któremu sędzia ufa, gra się łatwiej. Jest paru takich zawodników, którym ufam do tego stopnia, że jeśli się przewrócili, to na pewno byli faulowani. Mało tego, jeśli ja nawet tego nie zauważę, ale taki piłkarz przyjdzie do mnie po meczu i powie, że był kopnięty, w ciemno go przeproszę.

Dużo mówił pan o marzeniach. O czym pan marzył w Stalowej Woli, mając 20 lat, pakując się do Stanów?

- To nie były górnolotne sprawy, ale dla mnie naprawdę ważne: szczęśliwe małżeństwo, zdrowe dzieci i praca, z której spokojnie utrzymam rodzinę. Nie jakaś konkretna. Taka, żeby dzieci się nie wstydziły w szkole powiedzieć, czym zajmuje się ojciec. Oczywiście, że żadna praca nie hańbi, żadnej nie należy się wypierać i do każdej trzeba mieć szacunek. Ale wiemy, jak jest z dziećmi. Później tym dzieciom chciałem zapewnić dobry start w dorosłym życiu. To się udało. Mam wspaniałe córki, które studiują. Jedna chce być nauczycielką, druga psychologiem. A ja mam wymarzoną pracę, w której się spełniam. Powiedziałem, że to nie są górnolotne sprawy, ale zastanawiam się teraz nad tym stwierdzeniem. Nie są z dzisiejszej perspektywy. Wtedy - bez języka, w nowym kraju, z mnóstwem wątpliwości - to wszystko wydawało się bardzo odległe. Wtedy to były bardzo górnolotne sprawy.

Więcej o: