Po triumfie FC Liverpool w finale Pucharu UEFA

- W tym meczu było wszystko co oferuje futbol: wspaniała i słaba gra, żółte i czerwone kartki, gole z akcji, wolnego, karnego i jeden samobój. To był najwspanialszy, najbardziej dramatyczny i ekscytujący finał europejskich pucharów w 46-letniej historii - zachwyca się angielska prasa po zwycięstwie Liverpoolu z Alaves 5:4 w finale Pucharu UEFA w Dortmundzie

Po triumfie FC Liverpool w finale Pucharu UEFA

- W tym meczu było wszystko co oferuje futbol: wspaniała i słaba gra, żółte i czerwone kartki, gole z akcji, wolnego, karnego i jeden samobój. To był najwspanialszy, najbardziej dramatyczny i ekscytujący finał europejskich pucharów w 46-letniej historii - zachwyca się angielska prasa po zwycięstwie Liverpoolu z Alaves 5:4 w finale Pucharu UEFA w Dortmundzie

Pokonując Alaves po samobójczym golu Delfi Geli'ego w 117. minucie, Liverpool zdobył trzeci Puchar UEFA w historii i trzecie trofeum w tym sezonie po Pucharach Anglii i Ligi Angielskiej.

- Powiedziałem chłopakom, że w takim finale grają o nieśmiertelność. Grają o wejście do historii klubu, który czeka na europejskie trofeum od 17 lat, i dla siebie samych, bo mało jest piłkarzy, którzy zdobyli w sezonie trzy puchary - stwierdził francuski menedżer Anglików Gerard Houllier na łamach "Timesa". Dodał, że triumf dedykuje całemu personelowi technicznemu i medycznemu klubu, ludziom których nie pokazuje się w telewizji, ani nie pisze się o nich w gazetach, a bez których sukces nie byłby możliwy.

- Chylę czoło przed naszym rywalem. Podziwiam tę drużynę. Wiedziałem, że są groźni i ambitni, ale nie wiedziałem, że mogą heroicznie walczyć aż do tego stopnia - przyznał Houllier. - Nie mogę jednak zrozumieć, jak mogliśmy pozwolić sobie na stratę gola minutę przed końcem gry. Później czekaliśmy już na rzuty karne, baliśmy się ryzykować. Dopiero Hiszpanie przyszli nam z pomocą. Geli zdobył wspaniałego "złotego gola", na szczęście nie do tej bramki, co trzeba.

Angielska prasa wychwala 36-letniego szkockiego pomocnika Gary'ego McAllistera, po którego dośrodkowaniu z rzutu wolnego do własnej bramki trafił Geli. Wcześniej McAllister zdobył bramkę z karnego i miał asystę przy pierwszym golu Babbela. To także jego trafienie zadecydowało o pokonaniu Barcelony w półfinale (0:0 i 1:0).

- Kiedy przychodziłem na Anfield Road, niektórzy mówili, że klub wiąże się z piłkarskim emerytem. Ten mecz pokazał, że byli w błędzie. Ze sportowego emeryta mam tylko wiek, prawie 37 lat. Reszta należy do młodego chłopaka z talentem do piłki - mówił McAllister po meczu.

Jury pod przewodnictwem Johanna Cruyffa przyznało Szkotowi nagrodę dla najlepszego piłkarza meczu - 10 tys. euro. McAllister przekazał pieniądze dwóm fundacjom walczącym z rakiem - Christies Hospital w Manchesterze i Macmillan Trust - obie pomogły w ostatnim roku jego żonie Denise wcześnie wykryć i zwalczyć raka piersi. - Mam nadzieję, że te pieniądze uratują komuś życie - powiedział Szkot.

Piłkarze Liverpoolu na razie nie świętują. Obowiązuje wydany przez władze klubu tygodniowy zakaz picia alkoholu, do zakończenia sezonu. Dlatego też reprezentacyjny napastnik Robbie Fowler, strzelec czwartego gola dla "The Reds", zachowuje rozsądek i wzywa kolegów: - Spokojnie, sezon się jeszcze nie skończył. Wszystkie sukcesy na nic, jeśli w sobotę nie pokonamy Charlton Athletic i nie wywalczymy prawa gry w Lidze Mistrzów. A Champions League to nasze najważniejsze zadanie.

Fowler dodał, że był przekonany, iż zdobył zwycięskiego gola meczu: - Było 10 minut do końca, prowadziliśmy 4:3 i byłem pewien, że już się nie podniosą. A jednak. Wygraliśmy i to jest najważniejsze. Jako chłopak, który wychował się w Liverpoolu na tych wszystkich wielkich sukcesach poprzedników w "The Reds", jestem podwójnie szczęśliwy. I najlepiej wiem, co te trzy puchary oznaczają dla naszych fanów.

Tymczasem hiszpańska prasa chwali bohaterski zespół Alaves i jednocześnie żałuje go. "Policzek od losu" - zatytułował relację z meczu "El Mundo", pisząc w komentarzu: - Alaves nie zdobyło Pucharu UEFA, ale ma prawo być dumne ze swojego występu i może się uważać za jeden z najlepszych klubów Europy. Walczyli odważnie i mężnie, a polegli jak prawdziwi bohaterowie - w tragicznych okolicznościach. Napięcie w dogrywce sięgało granic możliwości, a samobójcza bramka boli podwójnie - napisał największy hiszpański dziennik "El Pais".

- Taka porażka to prawie zwycięstwo - napisał "AS". - Wprawdzie po puchar sięgnął Liverpool, ale Hiszpanie nigdy nie zapomną tego meczu. Dziewięć goli, heroiczna walka obu drużyn, wielkie emocje, najwyższa piłkarska jakość. Przegrać w takich okolicznościach to żadne ujma, a nawet powód do dumy.

Dziennik "Marca" nazwał piłkarzy z kraju Basków bohaterami, ale skrytykował trenera Jose Mane Esnala za zdjęcie z boiska już w 64. minucie zdobywcy dwóch goli i najgroźniejszego napastnika Alaves - Javiego Moreno.

- To był przełomowy moment meczu. Anglicy byli załamani, a my zamiast zaatakować i pogrążyć Liverpool, myśleliśmy o obronie wyniku - stwierdza madrycki dziennik sportowy.

Gazeta opisuje rozpacz i łzy kibiców Alaves, którzy oglądali spotkanie na wielkim ekranie ustawionym na stadionie Mendizorroza w Vitorii. - Kibice opuszczali stadion smutni, ale dumni ze swojej drużyny. Jednak nikt nie był załamany i postawę Alaves jego kibice do późnych godzin nocnych świętowali w miejscowych pubach i kawiarniach - napisał "El Pais".

- Dortmund oglądał wspaniały mecz, godny światowych boisk. Z małego klubu nagle staliśmy się drużyną, która musi wzbudzać szacunek i respekt uznanych i renomowanych piłkarskich firm - stwierdził po meczu trener przegranych. - Pokazaliśmy bardzo dobry futbol i wielki hart ducha. Przecież niemal przez cały mecz musieliśmy odrabiać straty. W dogrywce moi gracze słaniali się na nogach, ale mimo to nie tracili wiary w sukces. Straciliśmy bramkę w najmniej spodziewanym momencie. Sądzę, że nie zawiedliśmy naszych fanów, mimo że zabrakło happy endu - dodał Mane.