Śmierć Maradony niewiele zmieniła. Skandale i afery wyszły na jaw. "Diego ciągle żywy"

Dawid Szymczak
Rok temu Diego zrzucił z siebie ciężar bycia Maradoną. Zmarł po zatrzymaniu akcji serca, mając 60 lat. Ale dookoła niewiele się zmieniło: skandale dalej się go trzymają, Argentyńczycy wciąż się do niego modlą, a najbliżsi nieustannie o niego kłócą. Kibice planowali ukraść jego serce, obce dzieci czekają na uznanie jego ojcostwa, a kobiety po latach opowiadają jak strasznie je traktował. Diego ciągle żywy.

Rok temu Argentyna zalała się łzami. Płakali młodzi i starzy. Wszyscy. Niektórzy szlochają do dziś, jak szef argentyńskiej ligi, który na wspomnienie o Maradonie rozkleił się przed kamerami i nie mógł wydusić słowa. A nawet nie znał Maradony osobiście. Zmarł bowiem piłkarz, który był symbolem Argentyny na dobre i złe.

Zobacz wideo Maradona, Hamsik, a kiedyś Zieliński? "Może stać się symbolem Napoli" [REPORTAŻ]

Dał jej mistrzostwo świata w 1986 r. Drugie po tym zdobytym na własnych stadionach w 1978 r., którego jednak Argentyna tak nie kocha, bo było zwycięstwem wojskowej junty, rządzącej wtedy krajem. Argentyna kocha mundial w Meksyku, gdy Maradona skradł serca i poprowadził drużynę do pucharu na swoich warunkach. Śpiewając w szatni z kolegami wulgarne piosenki o dziennikarzach, którzy nie wierzyli w drużynę, kiwając w jednej akcji pięciu Anglików, a w innej wbijając im gola ręką. Anglikom, którzy niewiele wcześniej upokorzyli Argentynę w wojnie o Falklandy. Kraj był pobity, w kryzysie, a on i jego drużyna dali ludziom chwile szczęścia. Tego mu Argentyna nigdy nie zapomniała.

Boca Juniors - River Plate"Niewidzialna ręka Boga". Kibice wierzą, że Diego Maradona uratował swój zespół [WIDEO]

Nawet jeśli później wielokrotnie zawstydzał ją swoim zachowaniem, czasem nawet wystawiał na pośmiewisko. Mogli się za niego Argentyńczycy wstydzić, ale nigdy się go nie wyparli. Gdy w pracy, która okazała się ostatnią w jego życiu, jako trener Gimnasii La Plata, objeżdżał argentyńskie miasta, pod hotelami zbierały się tłumy, by mu zaśpiewać i ubłagać, żeby choć na chwilę do nich wyszedł. Widzieli w nim cechy, które chcieliby zobaczyć u siebie. Dopóki był na boisku, w trudnych chwilach modlili się do niego, potem wiele razy musieli modlić się za niego.

Główny bohater zniknął rok temu, ale dookoła zmieniło się niewiele

Od śmierci minął rok, a Argentyńczycy dalej siadają do Maradony jak do telenoweli. Głównego bohatera na ekranie już nie ma, ale temperatura nie spada. Są skandale - kilka dni temu Mavys Alvarez, 36-latka z Kuby opowiedziała, że 20 lat temu spotykała się z Maradoną przebywającym na odwyku u Fidela Castro i została przez piłkarza zgwałcona. 

Są też historie niewiarygodne, jak ta o ultrasach Gimnasii, którzy planowali włamanie i kradzież serca z ciała Diego. Ich plan został w porę odkryty, ale nawet gdyby dorwali się do Maradony, serca by nie znaleźli. Lekarz Nelson Castro, który napisał książkę "Zdrowie Diego: historia prawdziwa", zdradził, że piłkarz został pochowany bez serca, które pozostawiono do badań, by ustalić przyczyny zgonu. A przy okazji napomknął, że było wielkie i ważyło aż pół kilograma, czyli przynajmniej 200 gramów więcej niż serce przeciętnego mężczyzny. Można do tego dopisać romantyczną historię o Diego z wielkim sercem, ale lepiej przestrzec, że to od niewydolności, na którą pracował latami picia i ćpania. 

Są też kłótnie i mnóstwo hałasu. O prawa do wizerunku Maradony sądzi się jego najbliższa rodzina i Matias Morla, jego były agent. Morla mówi, że córki wystawiły go na pewną śmierć. One odpowiadają, że Morla to człowiek podstępny i chciwy. Sprawa trwa, a widzowie klaszczą. Na wyrok sądu czekają też lekarze, którzy zajmowali się Maradoną w ostatnich latach. Neurochirurgowi, psychiatrze, psychologowi, pediatrze i czterem pielęgniarzom grozi od 8 do 25 lat więzienia za zaniedbania i brak staranności w sprawowaniu opieki nad pacjentem, co doprowadzić miało do jego śmierci. Czasami mieli zapomnieć o tabletkach, a nieraz już rano serwować mu alkohol, by był spokojniejszy za dnia.

Syn Diego Maradony zachwycony reprezentantem Polski. Syn Diego Maradony zachwycony reprezentantem Polski. "Jest piłkarzem kompletnym"

Fałszywy alarm. Diego Maradona trzy tygodnie przed śmiercią przeszedł operację mózgu

Ale przede wszystkim to sam Maradona przez lata traktował śmierć jak boiskowego rywala: pędził na nią i w ostatnim momencie kiwał. Jego nekrologi pojawiały się regularnie przez ostatnich 20 lat. Już w 2000 r. telewizja "Cronica" przerwała program i przez trzy minuty wyświetlała informację o jego śmierci, a kilka lat później było z nim tak źle, że zdążył przyjąć ostatnie namaszczenie. W 2018 r. też pojawiały się plotki, że umarł. Ale sam je zdementował po paru godzinach, krzycząc do dziennikarzy: "żyję, skur**syny!". W zeszłym roku, ledwie trzy dni po 60. urodzinach i nieco ponad 20 dni przed śmiercią, jego życie kolejny raz było zagrożone. Znajomych to nie zaskoczyło, bo od dawna podejrzewali u niego depresję: nie chciał jeść, nie mógł przestać pić. Tabletki uspokajające popijał alkoholem. Kibice też nie mogli być zdziwieni, bo gdy Maradona w swoje urodziny pojawił się na stadionie Gimnasia y Esgrima La Plata był blady, ociężały i jeszcze powolniejszy niż zazwyczaj. Na ławkę trenerską prowadzili go asystenci. "Szedł, jakby miał połamane kolana i gliniane stopy" - opisywała jedna z gazet. 

Protesty w Buenos Aires po śmierci Diego MaradonyTysiące ludzi i rodzina Maradony na ulicach Buenos Aires. "On nie umarł, oni go zabili"

Następnego dnia wylądował w szpitalu w La Plata, 60 kilometrów od Buenos Aires. Anemia, koronawirus, odwodnienie i wyczerpanie, kolejny zawał, wylew - strzelali dziennikarze. A kibice byli już w drodze do szpitala. Pierwsi pojawili się pod drzwiami zaraz za karetką, po kilku godzinach tłum liczył setki osób. Jedni z transparentami, drudzy z różańcami wgapiali się w okno sali.

Maradona doznał jednego z najgroźniejszych urazów mózgu, który zazwyczaj powstaje od silnego wstrząsu albo od wieloletniego picia. Diego zaprzeczał, by w ostatnim czasie się uderzył.

- Operacja trwała ponad godzinę, przebiegła bez żadnych komplikacji - mówił Leopoldo Luque, lekarz Diego. Wtedy bohater, dzisiaj jeden z oskarżonych o przyczynienie się do jego śmierci. Skończył zdanie, odwrócił się w stronę automatycznych drzwi kliniki Olivos i nie mógł uwierzyć. Tłum skandował jego nazwisko, brawa były tak głośne, że poczuł ciarki na plecach. Marzył o takiej chwili będąc dzieckiem. Pamięta, że oglądał mecze razem z rodzicami, którzy uspokajali go, gdy odchodził od zmysłów: „nie denerwuj się, i tak wygramy, bo mamy Maradonę". Wychowywał się w jego kulcie i chciał grać jak on, być bohaterem tłumów, ale szybko zorientował się, że nie ma wystarczającego talentu. Porzucił marzenia o wielkiej sławie i został neurochirurgiem. Cztery lata temu odebrał telefon, który zmienił wszystko. - Diego nie może spać, pomożesz mu? - usłyszał. Upewnił się, że o tego Diego chodzi. I sam następnej nocy nie zmrużył oka. Przez cztery lata był lekarzem Maradony. 

Po chwili Luque odwrócił się w stronę ludzi, delikatnie uśmiechnął, pomachał. Zaczęli krzyczeć jeszcze głośniej. Jedni ściskali różańce, inni trzymali transparenty - "Cisza. Bóg śpi". Wcześniej opowiadał dziennikarzom, jak przebiegła operacja i nie spodziewał się, że w połowie przerwą mu pytaniem, czy krwiaka z mózgu Diego wyciął "ręką Boga". Dookoła trwało szaleństwo: nigdy nie widział przed szpitalem tylu kamer i tylu ludzi. Śpiewali, tańczyli, pili, płakali, klęczeli. Sława Diego przeszła na niego: z dobrodziejstwem inwentarza. Ludzie go pokochali, zaczęli traktować jak bohatera narodowego, przybyło mu obserwujących na Instagramie, ale serwisy plotkarskie pokazały też jego żonę i dzieci, dziennikarze wsuwali dyktafony pod jego kask, gdy odjeżdżał motocyklem spod szpitala. Jedna z gazet wyciągnęła też historię sprzed lat, w której został oskarżony o zabicie człowieka podczas noworocznej bijatyki. Sąd go uniewinnił, ale teraz musiał jeszcze wyspowiadać się publicznie. Wreszcie drzwi kliniki się rozsunęły, Luque zniknął. 

Najgorsze było przed nim: Diego miał się dopiero obudzić. Nadmiernie spocony, rozedrgany, wściekły. Nie chciał być dłużej w klinice. Żądał wypuszczenia do domu, ale lekarze byli zgodni, że skoro po tygodniach namawiania wreszcie udało się go zagonić do szpitalnego łóżka, to trzeba go przytrzymać jak najdłużej. Z dala od alkoholu, który w ostatnich latach ponoć wskoczył u niego przed kokainę. Tylko tu mieli nad nim kontrolę. Ale jemu marzyła się wielka urodzinowa impreza, a nie świętowanie sześćdziesiątki w szpitalnej sali. Jego wyznawcy wyszli na ulice Buenos, śpiewali sto lat, pili jego zdrowie, machali flagami i balonami "60", na Avenida 9 de Julho, imponującej alei przecinającej centrum Buenos Aires, wymalowano mu kolejny wielki mural. Nie mógł tam być. W samotności wychylał kolejne butelki alkoholu, połykał tabletki przeciwbólowe, brał uspokajające proszki, jadł co popadnie, a w końcu w ogóle przestał. 

- Z Diego nic nie jest łatwe. Teraz, gdy mnie widzi, chce mnie zabić. To najtrudniejszy pacjent, jakiego miałem, ale myślę, że chce się leczyć. Psychicznie jest z nim kiepsko, powinien przestać pić. Diego ma problemy z wątrobą, problemy sercowo-naczyniowe, problemy neurologiczne. Potrzebny mu spokój. Operowaliśmy jego mózg, ale jest jeszcze żołądek, serce… - wyliczał dziennikarzom 39-letni lekarz. 

Diego Maradona - uosobienie Argentyny

Serca zoperować nie zdążyli. Przestało być 25 listopada, a Maradona nigdy nie dowiedział się, co to spokój. Nigdy nie był sam. Debiutował będąc nastolatkiem i momentalnie był najlepszy. Ludzie taktowali go jak dar od Bogów dla nich wszystkich. Chłopiec ze slumsów stał się idolem dla biednych i obrzydliwie bogatych. Mając 15 lat już utrzymywał rodzinę. W świetle reflektorów było mu najlepiej. Kochał być kochany. Ale z czasem i miłość go przytłaczała. Tak często był klepany po plecach, że po latach miał fobię i na obcy dotyk reagował wściekłością. 

Był uosobieniem Argentyny - z całą niejednoznacznością i życiem między skrajnościami. Na każdy jego wielki sukces przypadała narkotykowa wpadka. Na każdego pięknego gola, przynajmniej jeden skandal. W Neapolu miał miłość kibiców i Camorrę na plecach. Bawił się od niedzieli do środy, a kolejne dwa dni dochodził do siebie, by w sobotę znów zachwycić. Strzelał do dziennikarzy z wiatrówki, a rodacy i tak nazwali kościół jego imieniem. Pielęgniarka z Neapolu ponoć ukradła próbówkę z jego krwią i zamiast do laboratorium, zaniosła ją do kościoła. Tylko Maradona mógł w jednym meczu strzelić gola stulecia i dokonać oszustwa stulecia, jak z Anglią w 1986. Przebiegłość, radość z pokonywania przeciwników i podejrzliwość wobec władzy to zresztą cechy narodowe Argentyńczyków. I osobiste Maradony. 

Bangladesz jest zakochany w futbolu"Staliśmy się Argentyną i Brazylią". Absurdalne obrazki ze stolicy Bangladeszu. Skąd to szaleństwo?

- Jego życie to piękny sen i koszmar jednocześnie - podsumował już lata temu jego trener fitness Fernando Signorini. - Maradona myśli, że jest Bogiem i to jedna z przyczyn jego problemów - stwierdził z kolei Hector Pezzella, dyrektor kliniki Guemes w Buenos Aires, który leczył Diego przed kilkoma laty. W kraju każdy miał na jego temat zdanie: kochał albo nienawidził. Ale nawet jak nienawidził, to i tak za coś był mu wdzięczny. A na pewno chciał wiedzieć co u niego. I chce wiedzieć do dziś.

Więcej o: