Lockdown i zamknięte stadiony. Kluby wolą zawiesić ligę niż grać bez kibiców

Nowe obostrzenia w Holandii premier Mark Rutte określił jako "krótki i ostry szok". Dla niektórych klubów piłkarskich szok był jednak zbyt ostry. Zamiast grać bez fanów, chciały zawiesić rozgrywki na trzy tygodnie. Gra toczyła się o miliony euro, ale federacja się nie ugięła.

Dzień po tym, jak na Stadionie Narodowym w Warszawie ponad 50 tys. fanów przeżywało porażkę Polski z Węgrami w eliminacjach do mundialu, 50-tysięczny obiekt w Rotterdamie zionął pustką. Spotkanie Holandii z Norwegią (2:0) odbywało bez publiczności. Gospodarze z awansu cieszyli się jedynie we własnym gronie, a fani - w swoich domach. To efekt obowiązującego w Holandii od tego weekendu "miękkiego" lockdownu.

Zobacz wideo "Gdyby Lewandowski chciał oddechu, to by wyjechał do Mikołajek. Nie pojmuję tego"

Premier Mark Rutte wprowadził go w obliczu rekordowej fali koronawirusa. Sytuacja jest trudna, a szpitale odwołują operacje, bo przybywa pacjentów covidowych. We wtorek w państwie, które ma ponad dwa razy mniej mieszkańców niż Polska, zanotowano ponad 20 tys. infekcji (w Polsce tego dnia było 16,6 tys.).

Aby ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, ograniczono działanie sklepów innych niż spożywcze oraz apteki. Dodatkowo po godz. 20 zamknięto restauracje i bary. Zakazano też wstępu publiczności na imprezy sportowe, choć pozostawiono otwarte teatry i kina. Rząd przyznaje, że będzie chciał wprowadzić paszporty covidowe dla zaszczepionych i ozdrowieńców. Na razie ograniczenia mają obowiązywać do 4 grudnia.

Lepiej nie grać niż grać bez kibiców?

Na nowe realia nie chciały zgodzić się kluby grające w Eredivisie. Dyrektor techniczny Sparty Henk Van Sti oznajmił nawet: - Gramy w piłkę dla kibiców, a jeśli nie ma kibiców, to już nie jest to piłka nożna. Niedługo przyjeżdża do nas Ajax. Z komercyjnego i finansowego punktu widzenia to dla nas mecz roku. Nie chcemy, by fani znów przegapili takie starcie z powodu koronawirusa - wyjaśniał. Dyrektor generalny Waalwijk, które ma gościć Ajax już w ten weekend, też nie owijał w bawełnę: - Ten mecz musi zostać przełożony. Inaczej poniesiemy ogromne straty finansowe - oznajmił Frank Van Mosselveld.

W takich okolicznościach niemal wszystkie kluby Eredivisie wnioskowały do tamtejszej federacji (KNVB), by futbol w Holandii zamrozić. Na trzy tygodnie.

Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl

"Segregacja" i "dzielenie społeczeństwa". Po komunikacie Legii rozpętała się burza

Taka koncepcja - choć wygodna - to wiązała się z poważnymi konsekwencjami. - W przypadku przełożenia meczów będziemy musieli opracować nowy terminarz ligi, uwzględniający europejskie puchary, mecze reprezentacji narodowej oraz mecze krajowego pucharu. Zastanawiamy się też, co zrobimy, jeśli lockdown zostanie przedłużony - przyznawał dyrektor Go Ahead Eagles Jan Willem Van Dop.

Najbardziej za trzytygodniową pauzą postulowały największe kluby, czyli PSV i Feyenoord. Nic dziwnego. Dla nich mecz bez publiczności to strata idąca w miliony euro. Mniejsi liczą je w setkach tysięcy. Jak jednak zaznacza "De Telegraaf", problemów przy wstrzymaniu ligi byłoby więcej. Nie tylko dlatego, że każde wydarzenia trzeba by na nowo dogadywać z lokalnymi władzami i koordynować z policją, ale dlatego, że przy przeniesieniu rund na początek przyszłego roku, KNVB pozbyłaby się dla ligi opcji awaryjnych. A te są potrzebne choćby w sytuacji odwoływania gier z powodu opadów śniegu.

Kolejną sprawą byłaby konieczność podtrzymania formy zawodników i skrócenia im odpoczynku między rundami. KNVB długo analizowała korzyści i zagrożenia, konsultowała się z lokalnymi władzami i posiadaczami praw telewizyjnych. W końcu w środę, ogłosiła decyzję: ligi nie wstrzymujemy. Przypomnijmy, że w poprzednim sezonie w Holandii po wybuchu pandemii koronawirusa na kilka miesięcy zupełnie zawieszono wszystkie rozgrywki sportowe, przez co nie przyznano tytułu piłkarskiego mistrza kraju. KNVB wskazała jednak, że kluby prawdopodobnie otrzymają rekompensatę finansową, a system rekompensat jest wypracowywany w porozumieniu z rządem.

Łotwa i Holandia bez kibiców, w Austrii bez certyfikatu nie wyjdziesz z domu

Holenderskie media sugerowały zresztą, że lepiej nastawić się na dłuższy lockdown, grać bez publiczności i nie narażać rozgrywek na perturbacje. Tym bardziej że kilka klubów z 18-zespołowej Eredivisie (w tym Ajax) chce grać.

Holandia nie jest pierwszym krajem w Europie, która w wyniku czwartej fali ogranicza funkcjonowanie obywateli, ale jest zarazem jednym z pierwszych, w którym ograniczenia uderzają w sport. Miesiąc temu twardy lockdown z godziną policyjną, zamkniętymi szkołami, restauracjami i niektórymi sklepami, wprowadziła Łotwa. A jest to państwo ze zbliżonym poziomem zaszczepionych obywateli, co Polska (nieco ponad 50 proc.). Na Łotwie krajowe i międzynarodowe rozgrywki sportowe też odbywały się przy pustych trybunach.

Transparenty na meczu NAC Breda - VVV VenloHolenderscy kibice upamiętnili polskich żołnierzy. "Niech żyje Polska"

W Czechach od kilku tygodni wrócił obowiązek noszenia maseczek w pracy, a od początku listopada restauracje, bary czy dyskoteki muszą weryfikować, czy ich klienci są zaszczepieni, mają zaświadczenie ozdrowieńca lub negatywny wynik testu na koronawirusa. W Słowacji lockdown nałożono regionalnie. Podział na zaszczepionych i niezaszczepionych wprowadziły też władze Włoch i Hiszpanii, gdzie paszporty lub testy są wymagane w wielu miejscach (w Italii np. na stadionach). W Austrii do wyjścia z domu niezbędne jest obecnie świadectwo szczepienia lub zaświadczenie o przebytej infekcji. Od reguły dla nieposiadających tych dokumentów jest tylko kilka wyjątków (m.in. wizyta u lekarza, zakupy w sklepie).

W Polsce "nie rozważamy lockdownu"

Według ostatnich informacji przekazanych przez premiera Mateusza Morawieckiego, polski rząd na razie nie planuje lockdownu w Polsce.

- Rozważamy różnego rodzaju mechanizmy, które mogą zmniejszyć natężenie transmisji wirusa, ale nie rozważamy lockdownu - mówił premier nieco ponad tydzień temu. Przypomnijmy, że obiekty sportowe w Polsce mogą być wypełnione w 50 procentach, ale do puli nie wlicza się osób zaszczepionych. W praktyce zatem wydarzenia, które budzą duże zainteresowanie - choćby mecz Polaków z Węgrami - odbywają się przy komplecie publiczności. Część z kibiców, by kupić bilet, musi zaznaczyć opcję (tj. poświadczyć), że jest zaszczepiona.  

Więcej o: