Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Trener mistrzów: Nic nie smakuje lepiej! Może to uzmysłowi władzom, by nie forować tak Amerykanów

Dominik Senkowski
- Pokonaliśmy Amerykanów w finale, więc nie jesteśmy zainteresowani dalszymi protestami. Postawmy się jednak na miejscu Holendrów, którzy zajęli czwarte miejsce. Medalu pewnie nie zdobędą, ale mają iść do sądu. Może to uzmysłowi władzom, by nie forować tak Amerykanów - mówi trener mistrzów olimpijskich 4x400 m Marek Rożej.

Trener Aleksander Matusiński dba o to, by w zespole naszych biegaczek panowały sprawiedliwe zasady, a każda zawodniczka została doceniona. Po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego w sztafecie mieszanej 4x400 m przyznał, że denerwuje go popularne określenie "Aniołki Matusińskiego". Dlaczego?

Zobacz wideo "To była prawdziwa petarda w wykonaniu naszej sztafety"

Jak ułożyć zespół pełen gwiazd

- Bo jest ich więcej niż cztery i mają nie tylko Matusińskiego. Każda z nich ma też innego trenera. Moim aniołkiem jest Justyna Święty - Ersetic. Staram się, by było sprawiedliwie. Nie wszystkie zawodniczki są zawsze zadowolone. Każda z nich jest bardzo ambitna. Zmieniamy skład, jak tu w Tokio w eliminacjach oraz w finale. Jest to ciężkie do oceny, ale bronimy się wynikami - wskazuje trener naszych mistrzów.

Transfer Krychowiaka na ostatniej prostej. Nowy klub Polaka potwierdzaTransfer Krychowiaka na ostatniej prostej. Nowy klub Polaka potwierdza

Jak układać relacje w drużynie, w której jest tak wiele dobrych zawodniczek? - Nie mamy jakiś trudnych sytuacji. Widzę wysyp świetnych biegaczek. Jest mi dzięki temu dużo łatwiej prowadzić sztafetę. Niefajne jest to, że Gosia i Iga, które pobiegły bardzo szybko w eliminacjach, nie wystąpiły w finale. Tak jednak ustaliliśmy już dużo wcześniej, że w finale wystąpią Natalia i Justyna. Ciężko byłoby im powiedzieć przed finałem, że jednak nie biegniecie, bo tamte wypadły lepiej - przyznaje Matusiński.

W eliminacjach sztafety mieszanej w Tokio uczestniczyły spośród kobiet Małgorzata Hołub-Kowalik oraz Iga Baumgart-Witan. W finale startowały Justyna Święty-Ersetic i Natalia Kaczmarek.

Skąd ta decyzja?

W niedzielę podjęta została także decyzja, że indywidualnie na 400 m pobiegnie na igrzyskach tylko Kaczmarek. Reszta ma się przygotowywać do biegu sztafetowego pań. - Rozważaliśmy tę decyzję od dawna. Chcemy przywieźć z Tokio dwa medale. W tym roku nie było komfortu przygotowań. Justyna miała wiele kontuzji, chorowała na COVID. Iga też miała problemy. Nie było sensu ryzykować. Dobrze, że Natalia wystartuje, bo jest młoda, zdrowa i powinna się przecierać - twierdzi trener. Trzeba mu zaufać, bo już jeden plan mu wypalił na igrzyskach - ze zmianami przed finałem - i dał złoto.

Piłkarze klubu JCCI FC z SomaliiAtak terrorystyczny na autokar z piłkarzami. Co najmniej pięć osób nie żyje

Za męską część sztafety mieszanej odpowiada w Japonii trener Marek Rożej. Jakie były pierwsze słowa, jakie padły z jego ust do zawodników po finiszu? - Ciężko mi sobie to przypomnieć. Emocje były takie, że pewnie się nie kontrolowaliśmy. Nie pamiętam tego. Wiem, że była dzika radość, szaleńcza wręcz - przyznaje.

Kontrowersje przed i po finale

Nasi zawodnicy przekonywali, że to złoto smakuje tym lepiej, że udało się na bieżni pokonać Amerykanów, z którymi ostatnio mają trochę na pieńku. - To prawda. Amerykanie zostali słusznie zdyskwalifikowani w eliminacjach. Ewidentnie złamali przepisy. Trzeba powiedzieć szczerze, ze od tamtego momentu nie myśleliśmy o niczym innym, jak o złotym medalu - twierdzi Rożej.

W godzinach nocnych czasu tokijskiego pojawiła się informacja, że Amerykanie zostali przywróceni. - Do dziś nie wiem, jaką znaleźli furtkę. Była u nas duża złość i zdenerwowanie. Postanowiliśmy tym dodatkowo zmotywować zawodników. Nic nie smakuje lepiej niż zwycięstwo z Amerykanami na bieżni, próba zemsty i udowodnienia, że oni dla nas nie są groźni. Tłumaczyliśmy zawodnikom, że to tylko ludzie i są do pokonania - mówi Rożej.

Po finale sprawa przywrócenia Amerykanów nie ucichła. - Przed finałem cały czas byliśmy w kontakcie z innymi drużynami europejskimi. Wszyscy składali protesty, my także. Chcieliśmy wyrzucenia Amerykanów, ale zostali dopuszczeni na skutek dziwnych zabiegów. Na siłę chciano udowodnić, że wina leżała po stronie sędziów, a nie biegaczy - wyjaśnia trener Polaków.

- My ostatecznie pokonaliśmy USA w finale, więc nie jesteśmy zainteresowani dalszymi protestami. Postawmy się jednak na miejscu Holendrów, którzy zajęli czwarte miejsce. Przegrali z dwoma drużynami, których nie powinno być w finale - z USA i Dominikaną. Z dwoma, które pierwotnie były zdyskwalifikowane - zauważa Rożej.

Trener Holendrów mówił im, że to jeszcze nie koniec. - Spotkają się w sądzie, wspominali o pozwach cywilnych. Medalu już pewnie nie zdobędą, ale będą walczyć o sprawiedliwość. Może to uzmysłowi władzom, by nie forować tak Amerykanów. Duży może więcej w lekkoatletyce, to nie jest przypadek - kończy trener mistrzów olimpijskich.

Więcej o: