Na Maradonę patrzono z pogardą, jak na dzikusa. Działy się straszne rzeczy

- Rasizm w czasach Diego Maradony był rzeczą powszednią, na stadionach działy się rzeczy straszne. Na Maradonę patrzono z lekką pogardą, jak na dzikusa: indiańskie korzenie, ciemniejszy odcień skóry, dziecko biedy. Tak było np. w Barcelonie, która była wtedy innym miastem niż dzisiaj. Ale takie odrzucanie Maradony sprawiło, że stał się ukochanym piłkarzem wszystkich biednych i pogardzanych na świecie - mówi Sport.pl Jimmy Burns, autor książki "Diego. Ręka Boga".

Paweł Wilkowicz: Argentyna ma kolejny spektakl o Maradonie: od połowy czerwca prokuratura w Buenos Aires przesłuchuje siedmioro osób oskarżonych zaniedbania w opiece nad umierającym Diego. Zaniedbania tak wielkie, że można je zakwalifikować jako umyślne zabójstwo. To m.in. neurochirurg, psychiatra, psycholog, pielęgniarz i pielęgniarka, grozi im do 15 lat więzienia. Z akt śledztwa wynika, że Maradona w agonii został zostawiony właściwie sam sobie. Okrutna puenta życia człowieka, który właściwie tylko lekarzom potrafił ufać bezgranicznie. Nawet jeśli bliżej im było do szarlatanów. 

Zobacz wideo Jan Tomaszewski wspomina Diego Maradonę: "Geniusz i fenomen. Myślał, że poza boiskiem też jest boski"

Jimmy Burns: To jest jeden ze sposobów, w jaki można spojrzeć na odchodzenie Maradony. Jako na kronikę zapowiedzianej śmierci. Jako na ten ostatni rozdział, w którym się wszystko zbiega: jego skłonność do samozniszczenia, jego słabość do otaczania się złymi doradcami, ludźmi którzy go wykorzystywali.  On właściwie już od chwili, kiedy się znalazł definitywnie poza piłkarskim szczytem, od kiedy został wyrzucony z mundialu 1994 za doping, zaczął niszczyć samego siebie.  Tak rozpaczliwie chciał wrócić tam gdzie był, że szkodził samemu sobie. Maradona potrzebował wzbudzać zachwyt. Bez zachwytu się miotał. I te swoje lęki odreagowywał innymi nałogami: alkoholem, narkotykami, obżarstwem. I teraz do tego świata samozniszczenia dodajmy jeszcze rzeczywistość pandemii. Maradona był raczej ekstrawertykiem. Lgnął do ludzi. A ostatni rok jego życia to było koronawirusowe zamknięcie. Źle to znosił. To się wszystko skumulowało.  

W pańskiej książce jest cały zastęp doktorów, fizjologów, psychologów, czasem zwykłych szamanów, którzy pojawiali się przy Maradonie. Im bardziej kuriozalne mieli pomysły, tym bardziej on im wierzył. A zabrakło kogoś, kto by np. w porę zdiagnozował u niego depresję.  

On od małego był otoczony opieką medyków, których podejście było – tak to ujmijmy – nieco niepokojące. Podejście rodziców Diego – też. Wszystko było nastawione na karierę. Diego był bardzo małym chłopcem, ojciec martwił się, że nie urośnie, więc zaprowadził go do lekarza, który miał na to swoje sposoby. Nazywał się Cacho Paladino, obiecał ojcu, że zrobi z jego źrebaka konia wyścigowego. I rzeczywiście, zmienił Maradonę fizycznie. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co on podawał Diego. Ale ojciec zostawił syna w jego rękach na całą kurację.  

Przypomina się historia Leo Messiego czy Jamesa Rodrigueza, którzy też wolno rośli i dostawali hormon wzrostu.  

Nie, pisałem biografię Leo Messiego i nie można tego porównywać. Messi został zdiagnozowany przez poważnych lekarzy, miał dobraną kurację, to było dość przejrzyste. A o Maradonie do dziś nie wiemy, co on dostał.  

Diego Maradona w MeksykuAFP: Siedem osób podejrzanych w związku ze śmiercią Diego Maradony

Potem właściwie przy każdym wielkim turnieju Maradony pojawiał się przy nim jakiś doktor albo z dziwnymi pomysłami – jak leczenie mechanicznych kontuzji psychologią – albo opinią zamieszanego w doping. A z drugiej strony: Carlos Bilardo, trener z którym Maradona zdobył mistrzostwo świata, trener który najlepiej umiał trafić do jego duszy, też był z wykształcenia lekarzem.  

Jestem ostrożny w przesądzaniu o czyichś związkach z dopingiem, natomiast jeśli chodzi o Bilardo, to on bez wątpienia wiedział jak wydobyć to co najlepsze z Maradony: pozwolić mu być sobą, nie ingerować za mocno.  

Wiele osób od wielu lat przeczuwało, że tak może wyglądać koniec życia Maradony, a jednak mało kto mu chciał dać prawdziwe wsparcie. Pod tym względem ten proces wygląda trochę na szukanie przez Argentyńczyków kozłów ofiarnych. Bohater milionów zmarł zaniedbany przez grupkę nieodpowiedzialnych ludzi.  

Nie da się zrozumieć Maradony i jego życia bez zrozumienia Argentyny. A nie jest łatwo zrozumieć Argentynę. Mówię to jako dziennikarz, który przepracował kawał życia w tym kraju. W jakimś sensie Maradona uosabia, co jest nie tak z Argentyną. Krajem, który od pewnego czasu z rzeczy wielkich specjalizuje się już tylko w wielkich piłkarzach. Co to nam mówi o kraju, że tak wielkiemu piłkarzowi karierę na boisku ucięto, bo wpadł na dopingu przez złych doradców, a potem jego życie urwało się nagle, też w otoczeniu takich doradców?  I większość z tych doradców była Argentyńczykami.  

Łatwiej było ratować wspomnienia związane z Maradoną, niż samego Maradonę. 

I o tym też jest moja książka: o tym jak wiele osób wokół Maradony wolało podtrzymywać mity, niż żyć rzeczywistością. Jak wiele osób uważało, że w pamięci po Maradonie powinno pozostać tylko to, jak wyjątkowym był piłkarzem. Z wyjątkową wizją, talentem, wyjątkowym środkiem ciężkości. Tu się nie da łatwo wskazać palcem jednego, ani nawet kilku winnych. Diego miał ogromny problem z odróżnieniem, kto chce dla niego dobrze, a kto źle. Wybierał niewłaściwych doradców, i kogo za to winić najbardziej? Fernando Signorini, który przez wiele lat był specjalistą od przygotowania fizycznego Maradony, był bardzo nieufny wobec metod nowego specjalisty, który pojawił się przy Maradonie przed mundialem w 1994. Znał Diego, chciał dla niego dobrze. Ale przegrał w tej sprawie. Maradona wpadł na dopingu. I takich sytuacji było wiele. Życie Diego jest jak lustro podstawione nam wszystkim: zobacz, ile możesz zrobić ze swoim życiem, ale też ile jest okoliczności, które cię pociągną w górę lub w dół. Jego życie to jest gotowa powieść. Telenowela. A przecież to się wszystko zdarzyło naprawdę. Bramka z mundialu w Meksyku, gdy Maradona okiwał połowę angielskiej drużyny, wygląda jak inscenizacja filmowa. A zdarzyła się. Niewysoki chłopak urodzony w wielkiej biedzie został kimś wyjątkowym. Stał się idolem tych, którym los niewiele dał. Nie da się zrozumieć Maradony bez odwiedzenia Villa Florito, slumsu, w którym się urodził. Spędziłem tam dużo czasu, pisząc książkę. Nasiąkałem tym miejscem. Wyjść z Villa Florito i zostać największą gwiazdą sportu: to naprawdę zasługuje na hołd. Slumsy Buenos Aires, te wszystkie villas - wymawiane przez Argentyńczyków: wiżżas - to straszne miejsca. Państwa w państwie, wielka anarchia, narkotyki, wojny gangów.  

Jak fawela, tylko z mniejszym rozgłosem w świecie? 

Jakoś fawele zawsze bardziej działały na wyobraźnię świata. A villas nie, choć są równie straszne. Powiedziałbym nawet, że straszniejsze niż fawele, bo niektóre fawele zmieniły się z biegiem czasu w rozwijające się, coraz bardziej cywilizowane miejsca. Villas w Buenos Aires pozostały straszne.  

Miał pan swoje wojny z Maradoną, gdy pańska książka powstawała i się ukazała. Jaki był dalszy ciąg? Wybaczył, że ktoś się ośmielił napisać o nim prawdę? 

On uważał, że książka była akcją wymierzoną w niego. A ja nigdy nie chciałem go niszczyć. Podszedłem do tej książki tak, jak do dziennikarstwa, którego mnie uczono. Miałem to szczęście, że przez 30 lat pracowałem w gazecie, w której chciałby pracować każdy dziennikarz: w „Financial Times". W szkole rzetelności, docierania do prawdy, przedstawiania właściwego tła. Nie chciałem pisać autoryzowanej biografii, bo wiedziałem, że będę kontrolowany przez Maradonę i jego otoczenie. I wtedy nie mógłbym pisać tak, jak w to wierzę. No i oczywiście musiałbym im zapłacić mnóstwo kasy, żeby napisać taką książkę. Bo ci ludzie wokół Diego uważali, że powinni zarabiać na wszystkim.  

Potem oni o panu mówili, że pan go niszczył dla pieniędzy.  

A mnie nie pieniądze przyciągnęły, tylko to, że mogłem być pierwszy. Nie było wówczas żadnej poważnej biografii Maradony. To było niesamowite: taki piłkarz, i żadnej poważnej próby? Trafiłem akurat na taki moment, gdy kariera Diego się załamała. Książka pojawiła się w 1996 roku, nikt wcześniej tak nie opisał jego problemów z narkotykami. On się musiał wtedy pierwszy raz zmierzyć z prawdą o sobie jako osobie uzależnionej. W jakimś sensie to było jego pierwsze katharsis.  

Diego Maradona w MeksykuWstrząsający raport w sprawie śmierci Maradony. "Umierał przez 12 godzin"

Postawił mu pan diagnozę, której nie mieli odwagi postawić ci wszyscy lekarze, którymi się od małego otaczał pacjent Maradona.  

Jego niełatwo jest zdiagnozować, zamknąć w jakiejś definicji. To był człowiek, który bywał uroczym, wspaniałym kompanem, był błyskotliwy i na boisku i poza nim. Ale miał tę swoją ciemną stronę: paranoiczną, agresywną. Bywał okrutny, zwłaszcza dla tych, którzy się do niego zbliżyli najbardziej. Nie szanował ich, nie szanował kobiet. Byłem świadkiem sceny w restauracji, gdy Diego pod wpływem nagle stał się agresywny wobec dwóch kelnerek. Straszna była historia Jorge Cyterszpillera, przyjaciela z dzieciństwa, który stał się menedżerem Diego, który go szczerze kochał. A został nagle odrzucony. Ale jeśli piszesz uczciwą biografię, to w każdym bohaterze znajdziesz też coś, co cię oczaruje, co lubisz. I myślę, że to też jest w książce.  

W tej książce jest też pełno opisów rasizmu. Chłopak ze slumsów, z indiańskimi korzeniami po ojcu, kontra ludzie z dobrych dzielnic. Argentyńczycy włoskiego pochodzenia, jak Maradona po matce, kontra Argentyńczycy hiszpańskiego pochodzenia, jak Julio Grondona, wieloletni prezes argentyńskiego związku piłkarskiego. Jest też rasizm ówczesnej Barcelony, gdzie przybyszy z Ameryki Południowej określano pogardliwym: sudacas. 

O tym już zapomnieliśmy: że Maradona grał w futbolu innej ery. Tam rasizm był rzeczą powszednią, na stadionach działy się rzeczy straszne. Dziś, gdy młodzi angielscy piłkarze prowadzą kampanie społeczne przeciw wykluczeniu, gdy staje z nimi ramię w ramię trener angielskiej reprezentacji Gareth Southgate, gdy tak mocno się zmieniły nastroje trybun, już tego w pełni nie zrozumiemy. Ale na Maradonę przez wielką część jego kariery patrzono z góry z lekką pogardą, jak na dzikusa: indiańskie korzenie, ciemniejszy odcień skóry, dziecko biedy. Barcelona była wtedy innym miastem niż dzisiaj. Jeszcze miała przed sobą tę wielką falę imigracji, która ją nauczyła tolerancji. Wtedy imigrant z ciemniejszym odcieniem skóry nie był tam przez wielu mile widziany. Maradona to czuł. To na pewno miało wpływ na to, że się nie odnalazł w tym mieście. A z drugiej strony, on to poczucie wykluczenia w takich miejscach jak Barcelona przekuł na swoją siłę w innych częściach świata. Stał się ukochanym piłkarzem wszystkich biednych i pogardzanych. Od Sri Lanki, przez Bliski Wschód, po Kubę. Ludzie go pokochali jako jednego z nich, który rzucił wyzwanie światu i wygrał. Buntował się przeciw władzy: przeciw szefom FIFA, przeciw Stanom Zjednoczonym. Szkoda tylko, że to wszystko było takie populistyczne i mało rozsądne. Wybierał tu sobie przeciwników pod publiczkę, a fotografował się na dworach Fidela Castro i innych dyktatorów. Tak samo jako rzecznik biednych bywał – ujmijmy to delikatnie – niewiarygodny. Ale ludzie za nim szli. Niewysoki chłopak, z tendencją do tycia, pełen ludzkich słabości, został najlepszym piłkarzem świata. Artystą, poetą. Tyle osób patrząc na niego mogło mieć poczucie: przecież ja też tak mógłbym. Choć, oczywiście, nie mogliby. Mówimy o człowieku pod każdym względem wyjątkowym. Nawet wyjątkowym w samozniszczeniu. Diego był w stanie przez lata robić rzeczy, które mnie i ciebie zabiłyby bardzo szybko. To cud, że dożył sześćdziesiątki.  

Był jedną nogą na drugim świecie już w 2005.  

A nie tylko wrócił stamtąd, ale jeszcze robił potem szalone rzeczy. Był trenerem Argentyny, był trenerem w Zatoce Perskiej, w Meksyku, akurat w stanie który jest opanowany przez kartele narkotykowe. I jeszcze na koniec życia trenował klub z ligi argentyńskiej, przyjmując hołdy na stadionach całego kraju. Już prawie nie chodził, więc wtaczali go tam na takiej specjalnej platformie. Z jednej strony – smutny koniec. A z drugiej – on naprawdę potrzebował ludzi, ich hołdów i uwielbienia. Maradona był ostatnim rockersem futbolu. Takie życie poza boiskiem już się nie powtórzy w elicie futbolu. Futbol ma dziś tak wyśrubowane standardy, że przy takim stylu życia piłkarz padłby po jednym meczu Premier League. Nie wytrzymałby tempa. Trafił w swój czas. Wykorzystał go wyjątkowo. Ale nie umiał sobie poradzić, gdy karta się odwróciła. A teraz sępy krążą nad tym, co po nim zostało. Wokół pieniędzy, czy rzekomych pieniędzy, bo nikt tak naprawdę nie wie, ile Diego po sobie zostawił. Nie wiadomo, gdzie te wszystkie pieniądze są. Tu będą potrzebni detektywi, będzie armia prawników, walka nieślubnych dzieci. Te wszystkie sępy i wampiry, które go zawsze obsiadały, ruszyły do akcji. Bardzo się cieszę, że już nie piszę o tym książki.  

W Hiszpanii piszą o Polsce albo źle, albo wcale. W Hiszpanii piszą o Polsce albo źle, albo wcale. "Lewandowski to nie ten piłkarz"

Jest pan także autorem książki o hiszpańskiej piłce, „Piłkarska furia". W sobotę w Sewilli Polska gra z Hiszpanią mecz o pozostanie w turnieju. W „Diego. Ręka Boga" Sewilla jest opisana jako fantastyczne piłkarskie miasto, takie, w którym reprezentacja Hiszpanii czuje się szczerze kochana. A to nie jest regułą w tym kraju. Bilbao, w którym pierwotnie miał się odbywać ten mecz, reprezentację kraju traktuje z dystansem. 

Jednym z dramatów Hiszpanii jest regionalizm, podszyty lokalnymi nacjonalizmami. To jest spadek po historii, to ciąży ciągle na współczesności i oczywiście Hiszpania nie jest w tym osamotniona. Nie mówię tego tylko jako obserwator z boku. Moja mama była Hiszpanką, urodziłem się w Madrycie, mam przyjaciół w całej Hiszpanii: Katalończyków, Basków. I rzeczywiście, mecz hiszpańskiej kadry w Sewilli to jest coś zupełnie innego niż mecz kadry w Barcelonie, czy w Bilbao. Dawno już zresztą takich meczów nie było. Katalończycy chcieliby uznania swojej reprezentacji piłkarskiej, Baskowie też. Łączy ich antymadryckość. Sewilla ani takich uczuć nie żywi, ani nie budzi w innych częściach Hiszpanii. To jest miasto, które umie dać wsparcie kadrze. Pytałem kiedyś trenera Vicente del Bosque i jego kadrowiczów (del Bosque zdobył z Hiszpanią mistrzostwo świata 2010 i mistrzostwo Europy 2012 – red.) gdzie najbardziej lubią grać. Odpowiadali, że w Sewilli. Tam czują dobre wibracje i że są chciani. Andaluzja ma jedną z najbardziej radosnych kultur w Hiszpanii. Mecz kadry to jest wielkie party.  

Hiszpania ma bardzo specyficznych kibiców. Są miasta, w których kadra nie czuje się u siebie, nie było też przez lata kultury jeżdżenia za kadrą na mecze zagraniczne.  

Ta kultura się w końcu narodziła. Bo jednak czas wygrywania: Euro 2008, mundial 2010, Euro 2012, kadencja Vicente del Bosque, mocno zmieniły zwyczaje. Nagle się pojawili Hiszpanie podróżujący za kadrą, nagle przestała wywoływać taki spór nazwa „La Roja" dla kadry i jej czerwonych strojów. Wcześniej wywoływała spór. „La Roja" – Czerwona. Niektórym z prawego skrzydła to się kojarzyło z komunizmem.  

Generał Franco wolał, żeby to była „La Furia": La Furia Espanola, symbol waleczności. Aż to zaprowadziło drużynę w ślepą pułapkę waleczności i trener Javier Clemente powiedział w latach 80. słynne zdanie: już czas, żeby Hiszpania przestała być bykiem, a zaczęła – torreadorem.  

Franco lubił piłkę, widział sens w promowaniu futbolu, wolał mieć ludzi na stadionach niż na ulicach. Normalna rzecz u silnego władcy.  

„Mniej łaciny, więcej futbolu" – cytuje pan w książce podejście frankistów.  

Był taki czas, gdy mecze wielkiego Realu Madryt, tego z pierwszej złotej ery, z lat pięćdziesiątych, były jedynym towarem eksportowym Hiszpanii oprócz pomarańczy i imigrantów zarobkowych. To był biedny, odizolowany kraj, ponury czas. I w tym wszystkim był Real Madryt, fetowany w stolicach Europy. Nawet ludzie, których reżim Franco skazał na wygnanie, przychodzili na te mecze. Ale to stare czasy, myślę że jeśli chodzi o fenomen reprezentacji, to już nas czasy Franco niczego nie nauczą. Tu raczej inne sprawy się liczą: konkurencja, jaką ma futbol ze strony innych rozrywek, czy jest w stanie wygrać tę walkę o młodych ludzi, czy nie. Sukcesy kadencji del Bosque pokazały, że jest w stanie. Ale trzeba to podtrzymywać. Nie wszyscy mają w kibicowaniu brytyjską duszę: im gorzej, tym bardziej wierni.  

A teraz reprezentacja Hiszpanii, po szybkim odpadnięciu z trzech ostatnich turniejów, jeszcze łagodzi spory, czy już je budzi? 

To jest, niestety dla waszej reprezentacji, bardzo mocna drużyna. Jeśli chodzi o wzbudzanie uczuć, to tutaj zawsze wielkie znaczenie ma trener. Luis Enrique jest specyficznym człowiekiem. Bardzo upartym, dość oschłym, dla mediów – bardzo oschłym. Jego konferencje prasowe gdy był trenerem Barcelony były, powiedzmy, mało spektakularne. Fluidy płynące od selekcjonera są ważne. Ale oczywiście ważniejsze są sukcesy. A Luis Enrique pokazał, że na sukcesy go stać.  

'Maradona. Ręka Boga', Jimmy Burns, Tłum. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Albatros'Maradona. Ręka Boga', Jimmy Burns, Tłum. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Albatros Wydawnictwo Albatros

„Maradona. Ręka Boga", Jimmy Burns, Tłum. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Albatros

Więcej o: