Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekspert nie ma złudzeń: Superliga powróci. "Słuszny pomysł. Trzeba ratować piłkę"

Pierwsze podejście do Superligi zakończyło się katastrofą. Nie miejmy jednak złudzeń - ten projekt powróci. - Wiele osób podkreśla, że czołowe kluby są zadłużone, chciwe i źle zarządzane. To argumenty obok prawdziwych problemów futbolu - mówi w rozmowie ze Sport.pl Mateusz Sabat, ekonomista, ekspert do spraw komunikacji i nowych mediów.

W niedzielę 12 klubów ogłosiło, że dołącza do Superligi. Minęło 48 godzin i połowa z nich wycofała się pod naciskiem kibiców, mediów, piłkarzy i trenerów. Projekt upadł, co cieszy UEFA i obrońców piłkarskiej tradycji.

Zobacz wideo Krótki sen o Superlidze:

Tak się nie robi rewolucji

Odbiór Superligi był tragiczny. Rebelianci pomylili epoki i zapomnieli, jak ważna jest dziś komunikacja. - Założyciele Superligi zlekceważyli to, o czym sami tak dużo mówili. Wskazywali, że młodzi ludzie są zaangażowani jako społeczności klubowe w internecie i chcą mieć poczucie wpływu, być w dialogu z ukochanymi klubami. Tymczasem giganci futbolu zaproponowali im nowy projekt niejako z zaskoczenia, został on narzucony odgórnie. Wyszło kilku panów w garniturach, którzy ogłosili, że robią rewolucję i żadne inne rozwiązanie ich nie interesuje - mówi Mateusz Sabat, ekonomista, ekspert do spraw komunikacji i nowych mediów.

Soccer Europe Super LeaguePrezydent UEFA: "Wszyscy mnie rozczarowali". I usprawiedliwia tylko jeden klub

UEFA marzyła o takim prezencie

Pierwsze podejście do Superligi zakończyło się katastrofą. Nie miejmy jednak złudzeń - ten projekt powróci. Kluby sparzyły się, ale ich potrzeby finansowe są większe niż ból poparzonych palców. Teraz przegrały, muszą się wycofać, ale to nie kończy tematu. Ile by UEFA im nie zaproponowała, jak inaczej nie podzieliła finansowego tortu, najwięksi ogłosili, że chcą go dzielić bez europejskiej federacji. Dziś okazali się wewnętrznie zbyt słabi na ostateczną rewoltę. Jak będzie za rok, dwa, pięć lat? 

Tym bardziej, że UEFA nie jest święta. Oburza się na czołowe kluby, ale marzyła o takim zamieszaniu, jakie od niedzieli panuje w światowej piłce. Zamieszaniu, które przykryło zmiany, jakie europejscy działacze wprowadzili w Lidze Mistrzów: zwiększenie liczby drużyn do 36, jedna tabela, 10 spotkań, jeszcze więcej kasy dla bogatych, ograniczenie Finansowego Fair Play. Mało który kibic to zauważył, bo uwagę przyciągnęła Superliga.

Superliga powróci?

Jest wiele pytań, na które nie znamy odpowiedzi. Jak nieudany bunt gigantów wpłynie na obecną sytuację w futbolu? Kibice, piłkarze, trenerzy przejdą nad tym do porządku dziennego? Zapomną o buncie czy smród pozostanie? UEFA chce kontrolować pieniądze na piłkarskim rynku, czołowe kluby chcą bez jej pośrednictwa zarabiać więcej. Różnica polega na tym, że europejska federacja mówi o sportowym biznesie, nie zapomina o rywalizacji. Gdy jesteś Spartą Praga lub Legią Warszawa i wygrasz ligę krajową, możesz marzyć o awansie do Ligi Mistrzów. O grze na największych stadionach Bernabeu czy Camp Nou. O pokonaniu gigantów, wyjściu z grupy, a nawet o wygraniu Ligi Mistrzów. Szanse są iluzoryczne, ale są.

Superliga w zaproponowanym kształcie odzierała z tych marzeń. To miał być zamknięty krąg. Nie dopuścić biedniejszych, formuła stricte biznesowa. Brak miejsca na kluby, które dziś są mniejsze, ale mogą rozwinąć się. Takie Atletico Madryt sprzed dziesięciu lat nie weszłoby do Superligi. - Wydaje się, że sama idea Superligi jest słuszna, ale zostało to źle zaprezentowane. Dla masy kibiców, nie tych najbardziej zaangażowanych, częste mecze między największymi klubami byłyby atrakcyjne. Tylko nikt tego nie wyjaśnił i nie zadbał o zaopiekowanie się takimi podstawowymi wartościami, jak sportowa rywalizacja i solidarność z mniejszymi klubami. Brakowało poszanowania dla tradycji, że w futbolu nawet z osiedlowego boiska można trafić na największe stadiony - dodaje Sabat. 

- Święty Łukasz powrócił - pisze zachwycona - Święty Łukasz powrócił - pisze zachwycona "La Gazzetta dello Sport"

- Temat Superligi na pewno wróci. Bardziej atrakcyjna formuła rozgrywek jest potrzebna klubom i samej piłce. Wiele osób podkreśla, że czołowe kluby są zadłużone, chciwe i źle zarządzane. Nie odbieram im racji, ale to argumenty padające obok prawdziwych źródeł problemów futbolu. Na kluby nałożyły się trzy negatywne trendy - wylicza nasz rozmówca.

Problemy współczesnego futbolu

- Od 30 lat futbol stał na prawach telewizyjnych. Dzięki nim piłka nabrała globalnego charakteru, nastąpił gigantyczny rozwój. To się zmienia, bo wszyscy coraz mniej oglądamy telewizję. Jeśli płacimy abonamenty, to chętniej platformom streamingowym, a nie operatorom kablowym. Młodzi korzystają bardzo mało z telewizji, według wszystkich badań jest rosnąca grupa wśród najmłodszych, która w ogóle nie posiada telewizora. Dla nich taki sposób konsumpcji treści rozrywkowych jest archaiczny - zauważa Sabat.

Ekonomista przypomina, że tylko nieznaczny procent oglądających mecze w telewizji jest w stanie nie sięgać przez 90 minut spotkania po smartfona. - Pozostali dzielą ten czas z mediami społecznościowymi. Dzisiejszy świat to też nieprawdopodobna konkurencja pod względem treści. Dostęp do różnych form rozrywki sprawia, że futbol na tym traci. Kilkadziesiąt lat temu duży klub w danym mieście miał niemal monopol na czas wolny mieszkańców. Koncentrował ich uwagę. To się zmieniło. Dziś piłka nożna musi rywalizować z innymi atrakcjami. 

- Inny negatywny trend to coraz większy problem ze złożeniem klubowych budżetów. Pandemia tylko to przyspieszyła, bo nie ma widzów na trybunach i wpływów z dnia meczowego. Zawodnicy z kolei stają się coraz mocniejsi na rynku. Ci najwięksi piłkarze są globalnymi markami. Z tego powodu ich oczekiwania wobec pracodawców stale rosną. To nie przypadek, że właśnie w pandemii niektórzy piłkarze jak Leo Messi, Sergio Ramos czy Kylian Mbappe zwlekają z przedłużeniem kontraktów. Chcą wyciskać więcej z futbolowego biznesu, a budżety klubów kurczą się. 

Kibice Manchesteru United protestowali przeciwko władzom klubuGrupa kibiców wdarła się do ośrodka Manchesteru United. "51% MUFC"

Nie ma się z czego cieszyć 

Istotne są też zaangażowane społeczności kibiców w internecie. - Dzięki internetowi fani po raz pierwszy w historii mają tak naprawdę wpływ na kluby. Mogą brać udział w ich życiu. To nie banał. Jako masa mają głos i było to widać przy Superlidze. Przed erą internetową mogli wyrazić swój sprzeciw gwizdami na stadionie, wyjść na ulice, wywiesić transparenty. Choć było to widowiskowe, działo się w relatywnie małej grupie np. pod stadionem i dość rzadko. Dziś globalne kluby są wystawione 24 godziny na dobę na wielkim wirtualnym stadionie, gdzie zasiadają miliony kibiców z całego świata, a nie tylko z tego miasta, gdzie klub ma siedzibę. 

Zdaniem naszego rozmówcy, futbol bez zmian przestanie się rozwijać i może być zdominowany przez tych, którzy mają niezależne źródła finansowania, jak prowadzone przez arabskich właścicieli PSG i Manchester City. - Nie jest tak, że Superliga została zatrzymana i możemy się cieszyć, bo wszystko zostanie po staremu. Świat się bardzo zmienia. Władze piłkarskie i kluby muszą zdecydować się na jakiś ruch, by uratować dyscyplinę - kończy Sabat.