Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mózg, twarz i nazwisko Superligi: Perez poniósł spektakularną porażkę. Te słowa brzmią śmiesznie

Dawid Szymczak, Jakub Kręcidło
Był mózgiem operacji, dał Superlidze twarz i nazwisko. Florentino Perez od zawsze kochał władzę bardziej niż futbol. Miał zostać politykiem, ale usłyszał, że prezes Realu Madryt jest w Hiszpanii ważniejszy od premiera. Teraz miał być jeszcze piłkarskim rewolucjonistą, ale poległ zaledwie dwie doby po ogłoszeniu przewrotu.

Gdy Aleksander Ceferin - prezes UEFA, Javier Tebas - prezes LaLiga, Karl-Heinz Rummenigge - prezes Bayernu Monachium, Emmanuel Macron - prezydent Francji i brytyjski premier Boris Johnson krytykowali plan powstania Superligi, większość jej ojców założycieli pozostawała schowana. Ale nie Florentino Perez, jej główny inicjator, mózg i pierwszy prezes, który w nocy z poniedziałku na wtorek, przed kamerami telewizji MEGA w popularnym programie "El Chiringuito" opowiadał o nadchodzącej futbolowej rewolucji i bronił powstania Superligi. - Chcemy być panami swojego losu, przy pełnej solidarności. Właśnie solidarność będzie dla nas kluczową sprawą - mówił, a ledwie dobę później jego słowa brzmiały groteskowo. 

Zobacz wideo Przewrót w europejskim futbolu! Koniec piłki nożnej, jaką znamy [SEKCJA PIŁKARSKA #85]

- Sytuacja jest poważna. Wszyscy zgadzamy się, że trzeba kontynuować projekt i znaleźć rozwiązanie. Nikogo nie zmuszaliśmy do przystąpienia do Superligi, więc nie obawiam się, że ktoś ją opuści - zapewniał jeszcze we wtorek po południu w wywiadzie dla "L’Equipe". Ale już wieczorem kolejne kluby planowały się wycofać. Tego dnia Perez miał umówiony jeszcze jeden wywiad, tym razem w radiu SER, o 23:30. Odwołał go, by w tym czasie odbyć nadzwyczajne spotkanie z prezesami klubów zaangażowanych w Superligę i ratować projekt. Zebranie niczego nie zmieniło. Jeszcze przed północą wszystkie angielskie kluby poinformowały, że wycofują się z projektu. Kilka minut po północy doszedł do nich Milan, a Superliga została zawieszona. Dwie doby po ogłoszeniu projektu, dobę po wystąpieniu Florentino Pereza.

Superliga bez nawet jednego meczu. Superliga bez nawet jednego meczu. "Mogli się tego nie spodziewać. Krytyka i potępienie"

Florentino Perez jak Profesor z "Domu z papieru"? Czcze nadzieje. Zorganizował napad, podczas którego wszystkim spadły maski

Richard Martin z Reutersa nazwał Pereza Tywinem Lannisterem świata futbolu, czyli - jak czytamy w charakterystyce bohatera na fanowskiej stronie - "wyrachowanym, inteligentnym, politycznie przebiegłym i bezwzględnym człowiekiem, który poświęcił swoje życie, by dbać o reputację rodu, by jego dom zawsze był traktowany z szacunkiem i respektem". Z kolei John Carlin w książce "White Angels" poświęconej Realowi Madryt pisał: "Perez ma niesamowitą wyobraźnię, wciąż planuje i knuje, niezmiennie od lat wyprzedza rywali o kilka ruchów, zarówno w futbolu, jak i branży budowlanej". 

Znów - po Superlidze te słowa brzmią śmiesznie - ale jeszcze cztery dni temu większość ekspertów i kibiców by się pod nimi podpisała. Perezowi można było wiele zarzucić, ale udowodnił, że na biznesie zna się znakomicie: od dwudziestu lat z krótką przerwą przewodzi Realowi Madryt, na koncie ma dwa miliardy euro, bo z upadającej firmy stworzył jedną z 500 największych korporacji świata według "Fortune", z rocznymi obrotami rzędu 20 mld euro, zatrudniającą ponad 150 tys. ludzi na całym świecie. Zjadł zęby na politycznych gierkach, piłkarskim i budowlanym biznesie. Jest absolutną szychą, jednym z najbogatszych Hiszpanów, przyjacielem byłego króla Juana Carlosa i byłego prezydenta Jose Marii Aznare.

Grzmią po upadku Superligi: Tak UEFA przekupiła kluby. Grzmią po upadku Superligi: Tak UEFA przekupiła kluby. "Jeden arcywróg"

Przy Superlidze miał wokół siebie jeszcze jedenastu biznesmenów, zarządzających największymi klubami świata. Dlatego tym trudniej zrozumieć, że projekt przygotowywany od kilkunastu lat - Perez mówił o Superlidze już w 2009 r. - upadł tak błyskawicznie i spektakularnie. Był prezentowany w pośpiechu, chociaż Perez przyznał w wywiadzie, że "intensywnie pracowali nad nim 3,5 roku". Ale i tak zabrakło im czasu, by przed ogłoszeniem decyzji spotkać się z piłkarzami swoich klubów i chociaż ich przekonać do swojej wizji. Cały projekt, mający zrewolucjonizować futbol, trzymał się na trytytkach: nie było oficjalnego spotkania ojców założycieli, miłych uścisków dłoni, konferencji prasowej, wspólnej narracji. Były komunikaty na Twitterze i telewizyjne wystąpienie Florentino Pereza w programie rozrywkowym, który kojarzy się ze wszystkim tylko nie z poważną dyskusją o sporcie. Może Perez został wypchnięty przed kamery przez resztę, a może przed szereg wyszedł sam. Tego nie wiemy. 

Część kibiców twierdzi, że był jedynym odważnym z tej parszywej dwunastki. A może był najmniej ostrożny? Najbardziej naiwny? W końcu dał twarz projektowi, z którego połowa klubów uciekła, gdy tylko zbuntowali się kibice, a UEFA mocniej tupnęła nogą. Naprawdę żaden z angielskich klubów nie przewidział, że ten projekt niezbyt im się spodoba? Jeszcze w niedzielę i poniedziałek trudno było nie natknąć się na porównania Florentino Pereza do Profesora z "Domu z papieru": że też jest inteligentnym szefem grupy, która pragnie dokonać rewolucji, że z pewnością też wszystko zaplanował i teraz tylko obserwuje reakcje Uefy, by za chwilę zareagować i wszystkich przechytrzyć - myśli przecież na kilka ruchów do przodu, jak pisał Carlin. Że podobnie jak Profesor przestudiował każdy wariant już tysiąc razy i nie da się zaskoczyć, a na końcu przedstawi to wszystko kibicom w taki sposób, że zyska ich poparcie i chociaż część przeciągnie na swoją stronę, zachęcając do kibicowania buntownikom. I naprawdę dało się w to wszystko uwierzyć, Perez mógł być Profesorem. Tymczasem przygotował napad, podczas którego wszystkim pospadały maski, a połowa gangu uciekła. I - z tego, co słyszymy - większych konsekwencji nie poniesie. UEFA już przywitała ich w swojej rodzinie. I żyli długo i szczęśliwie. A Superliga? Opublikowała oświadczenie, które znakomicie podsumowuje cały projekt: napisane na kolanie w Wordzie, z literówkami i bez wyjustowania tekstu. Że jeszcze wróci, bo futbol potrzebuje zmian.   

Florentino Perez i Andrea AgnelliSuperliga wydała oświadczenie po rezygnacji większości klubów. Jest nowy plan

Być jak Santiago Bernabeu

Superliga mogła być stemplem Pereza na światowej piłce. Prezes Realu Madryt ma już za sobą kilka spektakularnych rewolucji: dwie ery Galacticos, przeprowadzenie transferu Luisa Figo z FC Barcelony do Realu Madryt czy pobicie rekordu przy zakupie Cristiano Ronaldo. Ale Superliga miała być czymś znacznie poważniejszym. Czymś na miarę stworzenie Pucharu Europy przez Santiago Bernabeu, innego prezesa Realu, który siedemdziesiąt lat temu wywracał znany w futbolu porządek. - Wtedy UEFA i FIFA też były przeciwne, a to zmieniło historię. Robimy to samo. Chcemy, by wielkie kluby grały między sobą, bo ich rywalizacja jest najciekawsza - porównywał sam Perez. Uwielbia Bernabeu, zakochał się w piłce dzięki niemu, wychowywał się przy jego rewolucjach. Miał osiem lat, gdy Real Madryt zdobył pierwszy Puchar Europy i pamięta, że słuchał relacji z meczu w radiu. Dorastał przy wygrywanych pięć razy z rzędu finałach.

Gdy w 2000 roku został prezesem Realu, chciał być drugim Bernabeu. Zapamiętał tamten zespół jako biegające skupisko gwiazd. - Nie wymyślę niczego nowego. Odtworzę tylko to, co wiedziałem jako dziecko - przekonywał socios, którzy wybierają prezesa Realu. Wygrał i sprowadził Luisa Figo, Zinedine’a Zidane’a, David Beckhama, Ronaldo. Objął klub, gdy ten "był bardzo chory" - jak problemy finansowe zwykł określać Florentino. Ale kilka zaciągniętych kredytów, które banki chętnie mu przyznawały, pozwoliły wyjść na prostą. Wykorzystał dobre relacje z politykami, które nawiązał jeszcze w latach 80. i namówił miasto do wykupienia za 500 mln euro terenów, na których znajdował się stary ośrodek treningowy. Zastrzegł jednak, że klub będzie z niego korzystał do czasu aż nie przeniesie się do Valdebebas, gdzie powstawała nowa baza. Szefowie Manchesteru United i Bayernu Monachium interweniowali w Trybunale Sprawiedliwości, by sprawdził, czy taka pomoc ze strony miasta jest legalna. Nieprawidłowości nie wykryto, ale do dziś można usłyszeć, że tereny nie były warte aż tyle, a Madryt został sponsorem Realu.

Fake news z prezydentem Juventusu w roli głównej. Kuriozalna pomyłkaFake news z prezydentem Juventusu w roli głównej. Kuriozalna pomyłka

Teraz znów jego klub potrzebował pomocy, więc próbował dokonać przewrotu. Wyłożył się jednak spektakularnie, choć od kilkunastu lat przygotowywał się do tej chwili i wywierał na Uefie presję. - Musimy podjąć decyzję o nowej Superlidze, która zagwarantuje, że najlepsi zawsze będą grali z najlepszymi. W Lidze Mistrzów nie zawsze tak jest - mówił w 2009 roku, podczas gdy jego Real szósty raz z rzędu odpadał w 1/8 finału. Kolejny raz tak wyraźnie przypomniał o Superlidze w 2014 r., zaraz po tym jak Real wreszcie zdobył Ligę Mistrzów. - Trudno nam nadążyć finansowo za rywalami, którzy mają bardzo bogatych właścicieli. UEFA musi coś z tym zrobić, zmiany są konieczne - powtarzał, a trzy lata później znów przypomniał: - Rywalizacja na równych warunkach jest coraz trudniejsza.  

W październiku 2018 r. Perez spotkał się w Madrycie z Jamiem Dimonem, prezesem JP Morgan, prezesem amerykańskiego banku i przekonał go do olbrzymich inwestycji w Superligę. Od początku był to projekt z silnymi hiszpańskimi akcentami: European Super League Company, holding, za pośrednictwem którego zarządzana była inwestycja, został zarejestrowany w Hiszpanii, Anas Laghrari - biznesmen, partner w firmie Key Capital zarejestrowanej w Madrycie - miał zostać sekretarzem generalnym. Perez w latach 80. współpracował z jego ojcem przy projektach budowlanych. Doradcy prawni Superligi z Clifford Chance od lat współpracują z firmą budowlaną Pereza i doradzają przy projekcie przebudowy stadionu Realu Madryt. To tylko podkreśla, że Florentino Perez był nie tylko twarzą, ale i głównym mózgiem tej operacji.

Sprawy przyspieszyły w 2020 roku. Perez podczas walnego zgromadzenia członków Realu Madryt wskazywał na pandemię koronawirusa jako ostatnią kroplę drążącą skałę. Przy takich stratach finansowych Superliga musiała powstać jak najszybciej i uratować od lat niezrównoważone finansowo kluby. W połowie stycznia Perez spotkał się w Turynie z Andreą Agnellim, prezesem Juventusu i prawdopodobnie dograł szczegóły. 2 kwietnia Perez przyspieszył wybory na prezesa Realu Madryt, które zwyczajowo odbywają się po sezonie. Tym razem kandydaci musieli się zgłosić już do 12 kwietnia. Żaden śmiałek się nie pojawił, więc 13 kwietnia, minutę po północy, Perez został ogłoszony prezesem na kolejne cztery lata. A skoro formalności miał za sobą, mógł skupić się tylko na Superlidze. Kilka dni później odpalił bombę. 

- Sytuacja futbolu jest bardzo zła. Od początku pandemii Real stracił 400 milionów euro. Wszystkie ligi zrzeszone w ECA? Pięć miliardów euro. Jako najważniejsze kluby z Hiszpanii, Anglii czy Włoch musieliśmy znaleźć rozwiązanie. I uznaliśmy, że skoro zostaliśmy pozbawieni pieniędzy ze źródeł innych niż prawa telewizyjne, najlepszym sposobem na poprawienie sytuacji będzie sprawienie, by mecze były atrakcyjniejsze. Tworząc Superligę, która będzie miała grać w środku tygodnia zastępując Ligę Mistrzów, zatrzymamy spadek dochodów. Pracowaliśmy długo i ciężko, od ponad dwóch lat, a pandemia kazała nam przyspieszyć - tłumaczył powody powołania Superligi w "El Chiringuito". 

Piłkarze Liverpoolu wydali oświadczenie ws. Superligi. Piłkarze Liverpoolu wydali oświadczenie ws. Superligi. "To musi zostać powiedziane"

Nie wszystko w Superlidze było złe. Zawiodła komunikacja i sposób prezentacji

To znamienne, że w wystąpieniu Florentino Pereza tak mało było piłki. Rzucał liczbami, mówił niemal wyłącznie o pieniądzach. Projekt zdążył się rozpaść, a my nie dowiedzieliśmy się nawet, w jaki sposób miał zostać uzupełniony skład Superligi: poznaliśmy 12 z 15 ojców założycieli, domyśliliśmy się, że kolejne trzy kluby to Bayern Monachium, PSG i Borussia Dortmund, ale co z dodatkową piątką? Perez rzucił, że miejsca może zająć Napoli, Roma czy Sevilla. Ale na jakiej zasadzie, w jaki sposób, na jak długo? Nie wiadomo. Nikt nie zdążył też wytłumaczyć, jak miałby działać program solidarnościowy, który ponoć został przewidziany. W Superlidze nie wszystko było złe, część diagnoz Pereza wydawała się trafna, ale przekreślił ją sposób, w jaki została zaprezentowana. To zaskakujące, że mimo wynajęcia znanej brytyjskiej agencji PR-owej, kluby dały przykład, jak nie należy reklamować rewolucyjnego produktu. Jego powstanie ogłoszono w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy większość Europejczyków spała, a oświadczenia pojawiały się na kontach klubów (Barcelona, Atletico) także np. w poniedziałkowe południe. Zero wspólnej komunikacji, żadnej solidarności. 

- Perez nie zna się na piłce, tak samo jak ja nie znam się na budownictwie. Nie może podejmować wszystkich decyzji sam - powiedział już lata temu Johan Cruyff. - Zapytałem go kiedyś, jak wyglądałaby jego wymarzona jedenastka. Beckhama umieścił na prawej obronie, a Zidane'a na jej środku, bo wybrał prawie samych napastników - wspominał ze śmiechem Arrigo Sacchi, były dyrektor sportowy Realu. I takich ludzi jak Perez było w Superlidze zbyt wielu: zapomnieli w tym wszystkim o piłce, najważniejsze były pieniądze. Ambicja i sportowa rywalizacja? Nie, dla dużych klubów szansa na szybkie odkucie się po latach rozpasania. Dla gigantów szansa na to by nie zdejmować nogi z gazu, mimo światowego kryzysu i pędzić dalej. Zaraz zacznie się przecież wyścig o Kyliana Mbappe, Erlinga Haalanda czy Harry’ego Kane’a. Nie można zwolnić.   

Perez chciał być Santiago Bernabeu, który jako prezes wywalczył sześć Pucharów Mistrzów. Pod tym względem jest już blisko - ma pięć pucharów za Ligę Mistrzów, a Real jest w półfinale trwającej edycji. Bernabeu przeprowadził zespół na nowy stadion, Perez wyremontuje go na "cyfrowy obiekt przyszłości". Bernabeu ściągnął Alfredo Di Stefano, Perez miał Cristiano Ronaldo. Bernabeu zrewolucjonizował europejskie rozgrywki, Perez poległ. A to człowiek, który wyjątkowo źle znosi porażki. Robi się po nich jeszcze bardziej radykalny. Wrócił do Realu Madryt po upadku w pierwszej kadencji, by dokończyć sprawy i wydał prawie 300 milionów euro na nowych Galacticos. Wtedy moralizował go nawet Watykan i skorumpowany prezes UEFA. Teraz godzinę po załamaniu się Superligi też zapowiedział powrót. Oby lepiej przygotowany, ze zdrowszymi i rozsądniejszymi zasadami.