Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Potworny pech Bielika. Rodzice zdradzają szczegóły. Paulo Sousa zadzwonił do piłkarza

- Aż trudno w to uwierzyć - mówi Edyta Bielik, mama Krystiana. Jej syn miał być tym polskim piłkarzem, który najwięcej wygrał na przełożeniu Euro. Mógł wyleczyć zerwane w styczniu 2020 więzadła w kolanie, wrócić do gry. Był najlepszym piłkarzem Derby. Czekał na powołanie od nowego trenera kadry. Ale właśnie kolejna kontuzja kolana zniszczyła te plany.

- Synek, powodzenia.
- Dzięki, mamo. 

Przed feralnym meczem z Bristol City wszystko odbyło się jak zawsze: ten sam SMS od mamy, ta sama odpowiedź Krystiana. To ich rytuał. Kilkuletnia tradycja. Mało słów, a jest wszystko, co trzeba. Właściwie zamiast "powodzenia" mogłoby być "Synek, zdrowia". Bo dla rodziców wynik meczu Krystiana jest na drugim planie. Krystian Bielik ma dopiero 23 lata, a przez kontuzje barku, mięśnia dwugłowego i zerwane więzadła w kolanie pauzował już w sumie ponad półtora roku.

Zobacz wideo Krystian Bielik o kulisach odejścia z Arsenalu: Emery nie wiedział, jakiego ma piłkarza

Po meczu rodzice zawsze wysyłają Krystianowi kolejną wiadomość. Znów słowo, czasem dwa. Od wyniku zależy, jakie. Na końcu - ikonki: serduszka, buziaki, oklaski. 

Tym razem było inaczej.

"Synek, co się stało? Jak się czujesz?". "Jest źle". Deja vu sprzed roku. Też był styczeń, zły stan boiska, upadek, prawe kolano, krzyk, nosze, ból, ta sama lista strat, z Euro na czele. Lekarz, który już na gorąco powiedział, żeby lepiej nie robić sobie nadziei. Czekanie na prześwietlenie, żeby potwierdzić przypuszczenia. Cały czas na łączach. Szybko zadzwonił selekcjoner Paulo Sousa, wesprzeć i powiedzieć, że o Krystianie pamięta. W poniedziałek diagnoza: zerwane więzadła krzyżowe przednie. Znów. - Aż się wierzyć nie chce - mówi Edyta Bielik.

- Rok temu lekarz, który operował Krystiana, kazał nastawić się na dziewięć miesięcy przerwy. Tłumaczył, że jeśli syn wróci po pół roku, ryzyko ponownego zerwania będzie wynosiło 25 proc., a po dziewięciu miesiącach już tylko osiem. Przerwa była już tak długa, że te dodatkowe trzy miesiące niewiele zmieniały. Nie spieszył się, zaufał lekarzowi, pamiętał, co spotkało Arka Milika, który wrócił bardzo szybko. Lekarze tłumaczyli mu, że teraz to więzadło jest silniejsze niż przed pierwszym zerwaniem. Tym trudniej to wszystko zrozumieć. Olbrzymi pech - tłumaczy mama Krystiana.

Lekarze potwierdzają - to był wyjątkowy pech. Bielik zerwał więzadło w tym samym kolanie, ale ten uraz nie ma nic wspólnego z tym sprzed roku. Oglądali tę akcję kilkadziesiąt razy, dostrzegli kontakt z rywalem i doszli do wniosku, że w tej sytuacji - przy takim zahaczeniu rywala i tak niefortunnym ułożeniu stopy Krystiana - dziewięciu na dziesięciu piłkarzy też zerwałoby więzadła. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie mieli z nimi problemu.

Krystian Bielik w koszulce reprezentacji PolskiHistoria Krystiana Bielika mrozi krew w żyłach. "Chciało mi się rzygać"

"Weszłam do domu. Krystian akurat leżał na boisku. Wpadłam do salonu w kurtce i butach" 

Spotkałem się z rodzicami Krystiana w połowie stycznia. Rozmawialiśmy o trudnej drodze ich syna do miejsca, w którym jest. O powrocie do formy, o pokonywaniu kolejnych przeszkód, o tym jak wielkiej siły to wymagało. Tekst miał poczekać, aż Paulo Sousa powoła Bielika na Euro, by było odpowiednie zwieńczenie. Tego dnia wiele razy padło zdanie "jeśli tylko będzie zdrowy". Poprzedzało przeróżne prognozy - co do powołania, co do Euro czy ewentualnego transferu. Wszyscy wierzyli, że zdrowie będzie, bo Krystian o siebie dba, jest bardziej profesjonalny niż kiedykolwiek i podczas rehabilitacji po poprzednim zerwaniu zrobił bardzo wiele, by kontuzja się nie odnowiła. Rozmawialiśmy spokojnie, w tle leciał mecz Derby County - QPR. Kolejny udany w wykonaniu Bielika, wygrany przez jego zespół 1:0. Historia pisała się sama: Krystian największym wygranym przełożenia Euro. Piłkarz nie do złamania.

W sierpniu 2017 r. uszkodził bark i nie grał przez cztery miesiące. Ledwo wyleczył bark, a już naderwał mięsień dwugłowy. Był styczeń 2018 r., Krystian nie zagrał do końca sezonu. - O ile przy kontuzji barku było jeszcze w miarę okej, o tyle po naderwaniu mięśnia dwugłowego czułem się beznadziejnie. Tylko siłownia i rehabilitacja. Chciało mi się tym rzygać. Każdego ranka budziłem się z myślą, że przede mną kolejny dzień bez piłki. Kolejny dzień, w którym będę musiał wykonywać te same, monotonne ćwiczenia. Codziennie widywałem tych samych piłkarzy i piłkarki, którzy też się leczyli. To dobijało. Nie chciało mi się gadać z ludźmi, a już na pewno nie z dziennikarzami. Ci wydzwaniali do mnie i chcieli rozmawiać, a ja odpowiadałem, że przecież nie ma o czym - mówił Krystian Bielik.

W kolejnym sezonie odbudował formę w Charltonie i wywalczył z tym klubem awans do Championship. Piękna chwila: baraże, Wembley, rodzina i przyjaciele na trybunach. Potem młodzieżowe mistrzostwa Europy, w których pokazał klasę. Wreszcie dopisywało zdrowie. Dobrą formę Bielika dostrzegł Jerzy Brzęczek i we wrześniu 2019 r. dał mu zadebiutować w reprezentacji Polski. Ale w styczniu 2020 r. przytrafiła się kontuzja najgorsza z możliwych - zerwane więzadła krzyżowe przednie, naderwane poboczne. Krystian nie grał przez dziesięć miesięcy.

- Kiedy upadłem na murawę, nie widziałem, co się dzieje. Wszystko mi się zawaliło. To był przecież mecz drużyny do lat 23, a ja zagrałem w nim, żeby utrzymać kondycję, bo taki był plan sztabu trenerskiego. A więc jesteś seniorem, występujesz na co dzień w pierwszej drużynie, jesteś jej ważnym punktem i nagle wchodzisz na mecz drużyny do lat 23 i przytrafia ci się taka kontuzja. Człowiek w takim momencie wybucha - tak wspominał moment doznania kontuzji.

- Weszłam do domu akurat, jak Krystian leżał na boisku. Wpadłam do salonu w butach i kurtce, żeby zobaczyć wynik. Od razu wiedziałam, że stało się coś poważnego. Nie podnosił się, weszli ludzie z noszami. W takich chwilach czas staje w miejscu - opowiada mama Krystiana. - To był mecz rezerw, grali z Tottenhamem. Nie było żadnych porządnych zbliżeń, dobrych powtórek. Ta akcja toczyła się po drugiej stronie boiska, więc nie było za bardzo widać, co się tam stało. Upadł chyba bez udziału przeciwnika. Ale nic nie było wiadomo na pewno - wspomina Dariusz Bielik, tata Krystiana. 

Zaczęła się wymiana wiadomości. Wieści od początku nie były dobre. Lekarze przypuszczali, że doszło do zerwania więzadeł. - Krystian był załamany. Na pewno miał takie myśli, że jest po wszystkim. Po Euro, po sezonie. Trudno wtedy powiedzieć coś mądrego i pocieszyć. Mówiłem, że co go nie zabije, to go wzmocni. Prosiłem, żeby się nie załamywał. Powtarzaliśmy mu z żoną, że już za dwa lata następne mistrzostwa. Napisał też do niego Robert Lewandowski i dodał otuchy - mówi Dariusz Bielik.

Kartka urodzinowa wysłana przez więźniów do bliskiej osoby. Rysunek prawdopodobnie przedstawia rozgrywany w obozie mecz.Polacy pokonali Niemców, a potem nastąpił odwet. "Nasi oprawcy nawet się z tym nie kryli"

- Lekarz, który go operował, ma taką technikę, że wykonuje zabieg dopiero, jak zejdzie opuchlizna. I u Krystiana wypadło to dopiero po jakichś 2-3 tygodniach. Pierwszego dnia po zerwaniu już miał chodzić o kulach i tę nogę trochę obciążać. Rozpoczął rehabilitację, jeździł na treningi do klubu, ćwiczył w basenie, wzmacniał nogę i dopiero na początku lutego został zoperowany. Taka metoda miała też obniżyć ryzyko ponownego zerwania - opowiada ojciec.

- Było po nim widać, że jak najszybciej chciałby mieć tę operację za sobą i skupiać się tylko na rehabilitacji. Wiedzieliśmy, że nie jest to dla niego dobry czas, ale muszę przyznać, że w rozmowach z nami nie okazywał tak bardzo tej złości, smutku czy załamania. Dopiero później, jak udzielił kilku wywiadów, dowiedzieliśmy się więcej o tym, co wtedy czuł - wspomina mama.

- Operację miał w Londynie, lekarz mówił o dziewięciu miesiącach przerwy od gry, o ośmiu procentach ryzyka na ponowne zerwanie. Jak Krystian wrócił do siebie, to następnego dnia ja z córką już u niego byłyśmy. Chciałyśmy się nim opiekować, bo był tam sam. Chodziło o wsparcie duchowe, ale też o takie najprostsze życiowe sprawy: zrobienie zakupów, ugotowanie obiadu, posprzątanie, zawiezienie do klubu. Dwa czy trzy razy dziennie mu zmieniałam wodę w takiej maszynie pomagającej w rehabilitacji. Naciągałam mu na nogi urządzenie do drenażu limfatycznego - opowiada Edyta Bielik.

- Dla niego zawsze najgorsze było to odizolowanie od reszty drużyny. Obserwowanie z boku, że oni trenują, a on stoi w miejscu. Tak było już w Poznaniu, gdy mając 12 lat zaczął bardzo szybko rosnąć. Chyba 12 centymetrów w trzy miesiące. Kolana tego nie wytrzymywały. Bolały, nie mógł trenować, ledwo chodził. Pół roku pracował tylko z fizjoterapeutami, żeby je wzmacniać. Mówił, że po to przeprowadził się do Poznania, żeby się rozwijać, a nie mógł tego robić. Płakał, gdy wyjeżdżał z domu. Ja też zresztą wracałam z dworca zapłakana. To był pierwszy taki trudny okres. Pojawiały się wtedy myśli, żeby wrócić do domu rodzinnego, skoro tam i tak nie może grać w piłkę, a w internacie nie było za ciekawie, bo były osoby, które mu dokuczały.

- Już jako dzieciak był bardzo silny. Bo który by się nie załamał i nie zrezygnował? Miał tam nową szkołę, nowych ludzi obok siebie, rodzice byli sto kilometrów od niego, a w piłkę nie mógł grać - mówi ojciec.

Poradził sobie wtedy w Poznaniu i dał też radę z zerwanymi więzadłami. Gdy już wrócił, był jednym z najlepszych pomocników Championship: nie do przejścia w obronie, groźny przy stałych fragmentach gry, aktywny w rozegraniu. Anglicy zachwycali się jego siłą, komplementował go trener Wayne Rooney, a my zastanawialiśmy się, z kim Krystiana wystawiać w środku pomocy reprezentacji Polski. - Było naprawdę bardzo dobrze. Krystian wrócił w świetnej formie, nie stracił swoich największych zalet. Chwalili go trenerzy, eksperci i kibice. Ale to nie przyszło samo. Ciężko na to pracował, bo treningi po takich poważnych kontuzjach są niezwykle mozolne i ciężkie - zaznacza Edyta Bielik.

Polak idzie w ślady wielkich gwiazd piłki. Niewiarygodny rozwój. Polak idzie w ślady wielkich gwiazd piłki. Niewiarygodny rozwój. "Zlekceważyli go"

"Takiej skrupulatności i takiego zaangażowania nie widziałam u Krystiana jeszcze nigdy"

- Ta kontuzja pod paroma względami go zmieniła, ukształtowała w pewnych aspektach - przyznaje mama Krystiana. - Widziałam, jak trenował, gdy przyjechał do nas na urlop w wakacje. Zawsze był ambitnym chłopcem i realizował te wszystkie rozpiski trenerskie, ale takiej skrupulatności, takiego zaangażowania jak w tym roku nie widziałam jeszcze nigdy. Dawał z siebie absolutnie wszystko. W dodatku to był urlop, spokojniejszy czas. A on i tak nawet odrobinę nie poluzował, nie odpuścił przez sekundę. Nie realizował minimum, nie zatrzymywał się w połowie, ale zawsze pod tą górną granicą, jeśli chodzi na przykład o jakąś liczbę powtórzeń. Tak mu zależało, żeby wrócić w jak najlepszej formie - opowiada mama.

- W dodatku miał o tyle trudniej, że rehabilitował się podczas pandemii, więc większość tych treningów odbywał sam w domu albo w ogrodzie. Kontrakt z trenerami miał tylko przez internet. W normalnych warunkach pojechałby do klubu, zobaczył się z kolegami, pogadałby z fizjoterapeutami. A tak? Przez parę miesięcy był tylko z dziewczyną, psem i tą kontuzją - mówi Edyta Bielik.

- Jak miał kontuzję mięśnia dwugłowego, to bardzo podciągnął się na siłowni, bo te górne partie ciała miał wcześniej trochę zaniedbane. Na początku nie mógł się podciągnąć na drążku, a później robił to już bez problemu po kilka razy. Polubił się z ciężarami i dzisiaj często zostaje po treningach, żeby jeszcze sobie trochę podźwigać - opowiada Dariusz Bielik. - Ma jeszcze mniej tkanki tłuszczowej, lepiej się czuje. Od dłuższego czasu konsultował się z dietetykiem i stosował do jego zaleceń. Byle uniknąć kontuzji - dodaje mama Krystiana.

Za rok kolejny wielki turniej

Sytuacja z koronawirusem robiła się coraz poważniejsza, UEFA zaczęła mówić, że Euro może zostać przełożone. Krystian Bielik, rehabilitujący się w swoim ogródku w Derby, czytał te informacje z nadzieją. To, co wydawało się bezpowrotnie stracone, nagle znów było możliwe. Zastrzyk motywacji, żeby wrócić w jeszcze lepszej formie, od razu przypomnieć się selekcjonerowi i pojechać na przeniesiony o rok turniej. 

- Do wielu spraw staramy się podchodzić na zasadzie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Często to zdanie pada u nas w domu. I gdy pojawiły się pierwsze doniesienia, że Euro może zostać przesunięte ze względu na pandemię, Krystian też tak stwierdził - mówi Edyta Bielik. - Czekał na oficjalne potwierdzenie, wyczekiwał tego komunikatu. I cały czas podkreślał: "jeśli tylko będę zdrowy, to zagram na tym Euro". Jest pewny siebie, ale nie należy tego mylić z zarozumialstwem. Tak mówił i w to wierzył - dodaje Dariusz Bielik. 

W styczniu 2021 znów marzenia o Euro uciekły. Rodzice pocieszają, że w przyszłym roku też będzie turniej, jeszcze większy: mundial. Nie można się poddawać. Selekcjoner przecież o nim pamięta. Trzeba przetrwać najgorsze, wyleczyć kolano i zacząć znów budować formę. Żeby za kilka miesięcy wróciło tych kilka słów.

- Synek, powodzenia.
- Dzięki, mamo.

Więcej o: