Sikał w hotelowym lobby, rzucił kebabem w kibica. Najbardziej karykaturalny mistrz świata skończył karierę

- Może nie była to kariera jak z obrazka - reflektuje się Kevin Grosskreutz, były piłkarz Borussii Dortmund. No, chyba że obraz namalowałby artysta, który umiałby połączyć mistrzostwo świata i Niemiec z sikaniem w hotelowym lobby, rzucaniem kebabem w kibiców oraz licznymi bijatykami.

A jeśli twój syn będzie kibicował Schalke? - zapytali Kevina Grosskreutza dziennikarze. - Oddam go do domu dziecka - odpowiedział.

Zobacz wideo Lewandowski po raz 23.! Pokonał obrońcę i położył bramkarza [ELEVEN SPORTS]

Paulo Sousa - tu jako trener chińskiego klubu Tianjin Quanjian w 2018 rTylko jeden Polak w sztabie Sousy. "Lepiej, jak będzie odcięty od tego, co o nim mówią"

Kibice Borussii Dortmund go kochali. Był trochę jak ten filmowy Kevin, puszczany co święta - jego siłą też było to, że niemal każdy mógł się z nim utożsamiać. Ludzie czuli, że spełnia ich marzenia, przeżywa przygody, o których sami zawsze marzyli. Kevin McCallister na kilka dni został sam w domu i mógł robić, co chciał. Kevin Grosskreutz też robił, co chciał, a został mistrzem świata. Chłopak jakich wielu. Z Dortmundu, z robotniczej rodziny, więc pracowity. Ale czy utalentowany? Mówią, że zrobił karierę ponad możliwości. Wszyscy przecież widzieli, że na skrzydłowego jest zbyt toporny, że na środkowego pomocnika brakuje mu odpowiedniej wizji, że na bocznego obrońcę może i by się nadawał, ale maksymalnie w 2. Bundeslidze. Ale Juergen Klopp zna się na piłce lepiej niż wszyscy. I z 32-letniego dziś Grosskreutza zrobił mistrza świata, dwukrotnego mistrza Niemiec, zdobywcę krajowego pucharu, finalistę Ligi Mistrzów.

Dzięki niemu kibice dostali historię, jakich brakuje w coraz bardziej cynicznym futbolowym biznesie napędzanym szybkimi pieniędzmi i wielką sławą - chłopca, który z trybun zszedł prosto na boisko i wniósł na nie prawdziwą miłość do Borussii i równie żywą nienawiść do Schalke. 

W Borussii Dortmund grał na siedmiu pozycjach

Najlepszy mecz w karierze zagrał ze złamanym nosem i zapaleniem zęba mądrości. Z policzkiem opuchniętym jak po użądleniu osy i wysoką gorączką. Lekarze Borussii rzucali się Rejtanem pod drzwi szatni, byle nie wyszedł tego wieczoru na boisko. Ale Grosskreutz tylko się po nich przespacerował i mało nie dopisał na długą listę wszystkich ludzi, którym kiedyś obił twarz. Miał opuścić mecz Ligi Mistrzów z Olympique Marsylią, który decydował o awansie do fazy pucharowej? On? Kibic tego klubu zadomowiony na południowej trybunie? Facet, który nad łóżkiem miał proporczyki BVB, szaliki i plakaty? Przez całe życie: zmieniały się sypialnie, obok zamiast pluszaka leżała już żona, ale fascynacja tym klubem wciąż była taka sama. 

Tego wieczoru, 13 grudnia 2013 r., pod nieobecność Łukasza Piszczka był prawym obrońcą - to nieoczywiste, bo przez sześć lat gry w Borussii zajmował siedem różnych pozycji, zastępował nawet Romana Weidenfellera w bramce. Nie sprawdzili go tylko jako napastnika. Ale nie było mu to potrzebne, żeby strzelać gole. Przeciwko Olympique’owi trafił na 2:1 w 87. minucie, dając BVB awans z pierwszego miejsca w grupie. W tym meczu wszystko zrobił dobrze: grał nienagannie w defensywie, pomagał oskrzydlać akcje, jak zawsze biegał za dwóch. Gol był zwieńczeniem dzieła. Został piłkarzem meczu. W nocy nie zmrużył oka. Nie z emocji. Z bólu. - Drżała mi cała twarz, pulsowała jak "Żółta Ściana" na naszym stadionie - mówił.

Na tej trybunie się wychował - pierwszy raz na mecz poszedł z wujkiem, miał cztery lata. Później regularnie pojawiał się tam z ojcem i dziadkami, więc gdy już został piłkarzem, wychodził na boisko i grał przed 80 tysiącami kolegów i koleżanek. W Dortmundzie znał każdego. Żył w swoim raju. Może dlatego wypędzony przez Thomasa Tuchela nie odnalazł się nigdzie indziej i niecałe siedem lat po zdobyciu mistrzostwa świata skończył karierę? Nieco zapomniany, wchłonięty przez niższe ligi i kolejne afery. 

Kevin Grosskreutz nie chciał do Wisły. Wolał zostać w Dortmundzie i grać z amatorami

Jeszcze na początku stycznia plotkowało się, że Grosskreutz, namówiony przez Jakuba Błaszczykowskiego, może dołączyć do Wisły Kraków. Niemiec przyznawał w wywiadach, że zastanawia się co dalej. Był bez pracy, bo rozwiązał umowę z trzecioligowym KFC Uerdingen. Z winy klubu, co udowodnił w sądzie, zgarniając solidne odszkodowanie. Wyjścia miał dwa: Wisła i krótki kontrakt albo koniec profesjonalnej kariery i kopanie w piątej lidze, w klubie swojego kuzyna. Grosskreutz zawsze uwielbiał klimat regionalnych meczów. Bywało, że w sobotę chodził kibicować Bruenninghausen, a w niedzielę sam grał w Bundeslidze. 

Jerzy Brzęczek, trener reprezentacji PolskiJerzy Brzęczek chce wrócić do pracy! Kolega ujawnia jego reakcję na zwolnienie

Odrzucił przeprowadzkę do Polski, nie chciał kolejny raz przeorganizowywać życia swoim najbliższym. Wolał zostać w Dortmundzie, od poniedziałku do piątku prowadzić swój pub "Schmackes", a w weekendy pogrywać z przyjaciółmi. Kocha Dortmund. W 2011 r., po zdobyciu mistrzostwa Niemiec, wytatuował sobie konturową panoramę tego niezbyt urokliwego miasta: kościół św. Rajnolda, kopalnię Germania, wieżę Florian, operę i Westfalenstadion.

I nigdy już nie odczepił od siebie łatki lokalsa. Przez wiele lat nawet z nią nie walczył. Przeciwnie - sam opowiadał w mediach, że płakał, gdy jako dziecko na święta wyjątkowo dostał od Mikołaja rower, a nie nową koszulkę Borussii. Z kolei jego ojciec wspominał 2005 rok, jak całą rodziną klęczeli przed telewizorem modląc się, by Borussia jakoś przetrwała. Babcia Kevina przygotowała nawet stosowny ołtarzyk ze świętymi i klubowym proporczykiem. A gdy Hans-Joachim Watzke ogłosił, że inwestorzy pomogą utrzymać klub, zaczęli tańczyć. Nie przypuszczali, że cztery lata później w tym samym salonie będą tańczyć jeszcze radośniej. Kevin dostał ofertę z Borussii, która nie przeoczyła jego dobrych występów w drugoligowym Ahlen. Spełniało się marzenie całej rodziny. Choć mogło się spełnić szybciej, gdyby Grosskreutz z większym profesjonalizmem podszedł do gry w drugiej lidze. Zdarzało mu się wpadać na swój mecz po nieprzespanej nocy spędzonej w autobusie z kibicami Borussii. Wracał z wyjazdowego meczu, wsiadał do samochodu, jechał 50 km z Dortmundu do Ahlem i wpadał prosto na zbiórkę.

To w ankiecie "Bilda" napisał, że jeśli syn okaże się kibicem Schalke, odda go do domu dziecka. Nie było to zdanie, które mu się wymsknęło. Przemyślał i napisał je w pełni świadomie. Miał to być żart. Grosskreutz nie sądził, że obije się takim echem. Dopiero wtedy zauważył, że świat nie składa się tylko z południowej trybuny westfalskiego stadionu i nie każdy ma takie poczucie humoru, jak zasiadający na niej kibice. Wiele osób stwierdziło, że przekroczył pewną granicę. Zastanawiali się, kim musi być, skoro żartuje w ten sposób z własnego dziecka. To był początek jego gry w BVB, 2009 rok. Kevin twierdzi, że nie znał wtedy siły mediów i z perspektywy czasu żałuje tego zdania. Po latach opowiedział z jakim przerażeniem odbierał telefony od kibiców Schalke, którzy grozili, że połamią nogi jego młodszemu bratu i strzelą ojcu w głowę. Gdy 35 zamaskowanych kibiców przyszło pod jego rodzinny dom, czuł, że ci ludzie nie żartują. Wezwał policję. Nic złego się nie stało.

Ale po mundialu w 2014 r. łatka klubowej maskotki Borussii, która tym różni się maskotek innych klubów, że sama gra w piłkę, trochę zaczęła go drażnić. Czuł, że nie widzi się w nim prawdziwego piłkarza, ambitnego profesjonalisty. Miał dość tego powszechnego twierdzenia, że jego największą piłkarską zaletą jest bycie kibicem BVB. - To taktyczny geniusz - przekonywał Juergen Klopp. - Rok po roku udaje mu się rozwijać na różnych pozycjach, chociaż na każdej są inne wymagania. On za każdym razem je spełnia - uśmiechał się były trener Borussii. Grosskreutz wniósł do szatni jego zespołu robotniczego ducha. Dbał o atmosferę i świadomość innych piłkarzy: Shinjiemu Kagawie pokazał kopalnie i pomógł zrozumieć charakter klubu, Henricha Mychitariana nauczył kibicowskich przyśpiewek. Dla kibiców był symbolem tej drużyny. Domagali się go w najważniejszych meczach. Suszyli Kloppowi głowę, gdy zostawił go na ławce w spotkaniu z Schalke. - Nie wystarczy być najwierniejszym kibicem, żeby grać w tym zespole - odpowiedział im na konferencji.

Robert Lewandowski i Paulo SousaPaulo Sousa spotkał się z Bońkiem i Lewandowskim. "Zróbmy to!"

Wygnanie z raju

Musiał odejść z Borussii, gdy pojawił się Thomas Tuchel. Nowy trener miał inny pomysł na zespół, nie chciał powielać autorskiego konceptu Kloppa, nie zakochał się w tym taktycznym geniuszu, nie urzekła go wszechstronność i oddanie Kevina. Wypędził go z raju. Grosskreutzowi nie powiodło się w żadnym innym klubie. Z BVB odszedł w ostatnim dniu okna transferowego do Galatasaray. Tak późno, że Turcy nie zdążyli zgłosić go do rozgrywek, więc przez pół roku nie mógł grać w oficjalnych meczach. Gdy wracał do Niemiec, żalił się jak źle mu poza domem. Tęsknił za wszystkim: rodzicami, znajomymi, klimatem, tymi samymi uliczkami. 

W 2016 r. znów grał w Niemczech. Wziął go VfB Stuttgart. Grosskreutz zaliczył tam 11 meczów w Bundeslidze, 16 na jej zapleczu, a później klub rozwiązał z nim umowę. Na pożegnalnej konferencji prasowej Kevin siedział w czapce, która zasłaniała większość siniaków i guzów, których nabawił się w ulicznej bójce. Przepraszał wszystkich za swoją postawę: za wizytę w domu publicznym, za bijatykę z chuliganami, za to że wziął ze sobą kilku młodych piłkarzy. Obiecywał poprawę, ale niewielu mu wierzyło, bo przez całą karierę towarzyszyły mu podobne skandale. 

Przez to, że po przegranym 0:2 finale Pucharu Niemiec z Bayernem kompletnie pijany zsikał się w hotelowym lobby, o mało nie pojechał na mundial. Wielu dziennikarzy, byłych piłkarzy i polityków naciskało wówczas na Joachima Loewa, by nie zabierał do Brazylii takiego prostaka. Tym bardziej, że nie chodziło o piłkarza pierwszego składu, a zapchajdziurę na prawej obronie. Selekcjoner mu wybaczył, wziął na mistrzostwa, ale nie wpuścił nawet na minutę. Grosskreuzowi nie przeszkadzają drwiny, że na mundialu był tylko turystą, że został najbardziej karykaturalnym mistrzem świata. Złoty medal wiele rekompensuje.  

Zresztą, niecałe dwa miesiące wcześniej bawił się w Kolonii z Julianem Schieberem, kolegą z Borussii. Gdy rozpoznali ich miejscowi kibice i wszczęli kłótnię, Grosskreutz rzucił kebabem w jednego z nich. Trafił prosto w twarz. Niejaki Marco B. od razu poszedł na komisariat i skarżył się na problemy ze wzrokiem. Ostry sos wycisnął z jego oczu strumień łez. Następnego dnia budka z kebabem już polecała klientom "Kevin doner" z podwójną porcją tego ostrego sosu. Co ciekawe, kibic podał Grosskreuza do sądu i oskarżył go o napaść. Sędzia wydał wyrok uniewinniający. Na fecie pod Bramą Brandenburską, zaraz po powrocie piłkarzy z Brazylii, Julian Draxler śpiewał do mikrofonu: "Grosskreutz postawił kebaba, Grosskreutz postawił kebaba!".

Niecałe siedem lat po mistrzostwach, sześć po odejściu z Borussii Dortmund, po nieudanych przygodach w Darmstadt i KFC Uerdingen, Grosskreutz zakończył profesjonalną karierę, a Niemcy wróżą, że taki piłkarz szybko im się nie trafi. Co dalej z Kevinem? Hans-Joachim Watzke ma jego numer. Grosskreutz chętnie wróci do Borussii. Co może robić? Dla niej może zrobić wszystko.

Więcej o: