Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Opowiadam historie z naszego podwórka kolegom z Holandii i oni łapią się za głowy" [POLIGON SZKOLENIOWY]

- Polska mistrzostwo świata już zdobyła: w marnowaniu talentów - mówi Marek Śledź, dyrektor akademii Rakowa Częstochowa. Nasz futbol goni Zachód, ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Kluby wyrywają sobie talenty, rywalizując nieetycznie, dorośli nie mają do siebie szacunku, a cierpią na tym dzieci.

Jak brutalne jest otoczenie, w którym dorastają młodzi piłkarze? Postanowił to sprawdzić Dawid Szymczak, dziennikarz Sport.pl. Na minicykl "Poligon Szkoleniowy" składają się trzy teksty, które publikujemy codziennie od 23 do 25 grudnia o 19. Tutaj znajdziesz pierwszą, a tu trzecią część serii.

- Do chłopca urodzonego w 2008 roku zgłosił się dyrektor sportowy akademii z ekstraklasy. Przyjechał do domu, przekonywał jego rodziców. Obiecywał złote góry, dał jakiś prezent - opowiada o polskich realiach rywalizacji o młode talenty Piotr Matecki, prezes stowarzyszenia szkółek i akademii piłkarskich PASS oraz prezes Akademii Piłkarskich Reissa.

- Gdy już byli przekonani, dyrektor poprosił rodziców i dziecko, żeby na razie nic nie mówili trenerowi, nie informowali klubu, w którym chłopak szkolił się od dziecka. To patologiczna sytuacja, której uczą wielkie akademie: trener, który wychowywał tego chłopca, miał być oszukiwany na polecenie dyrektora sportowego innego klubu. Dopiero po kilku miesiącach, tuż przed startem nowego sezonu, trener dowiedział się, że jego najlepszy wychowanek odchodzi. Dlaczego tak robią? Nie mam pojęcia. Brak kultury, buta, patrzenie z góry, przypisywanie sobie zasług. Trudno powiedzieć, to tym dziwniejsze, że ów dyrektor grał na Zachodzie, gdzie obowiązują, delikatnie ujmując, inne standardy - mówi Matecki.

Zobacz wideo Odszedł z Legii i robi furorę. "Ma decydujący wpływ na grę Śląska". Najlepsi młodzieżowcy w ekstraklasie

Taki duży, taki mały może nieprzyjemny być

Cykl o akademiach piłkarskich zaczęliśmy od problemów w Wielkiej Brytanii, od tragicznej historii chłopca odrzuconego przez akademię Manchesteru City >>

Pisaliśmy o brutalnej selekcji, walce o bardzo młodych piłkarzy, szybkim budowaniu nadziei i dramatach przeżywanych po stracie marzeń o karierze. - W Polsce też są dzieci z wielkimi piłkarskimi marzeniami. Też są rodzice, którzy czasami chcą tej kariery bardziej od nich. Co pół roku, gdy dochodzi do skreśleń z akademii, obgryzają paznokcie - mówi Leszek Ojrzyński. Trener Stali Mielec widział już w piłce tak wiele, że ma prawo do robienia porównań: zaczynał w Polsce od trenowania dzieci, pracował w kilku ekstraklasowych klubach, w drugoligowym Zniczu Pruszków prowadził Roberta Lewandowskiego, którego niedługo wcześniej odrzuciła Legia Warszawa. A dziś syn Ojrzyńskiego - 18-letni Jakub - trenuje w Liverpoolu.

Postanowiliśmy sprawdzić, jak dokładnie wygląda ta polska rzeczywistość, o której mówi Leszek Ojrzyński. Wszyscy nasi rozmówcy zgodzili się, że poziom szkolenia w Polsce rośnie, trenerzy mają większą świadomość, mamy lepszą infrastrukturę, największe kluby coraz chętniej stawiają na wychowywanie piłkarzy. Słowem - gonimy Zachód. Ale gonimy go ze wszystkimi tego wadami: z rywalizacją często niezdrową, nieetyczną. Z brutalną selekcją talentów. Większe akademie skarżą się na zachowanie mniejszych klubów. Mniejsi mają pretensje o podejście gigantów. Wysłuchaliśmy historii z obu stron.

- Dwóch moich synów gra w piłkę w dużych klubach. Młodszego zapisałem na testy do klubu, w którym najbardziej chciał grać i w którym gra już starszy syn. Testy były w sobotę, wypadły bardzo dobrze. Czekaliśmy na odpowiedź z dobrymi przeczuciami. Odpowiedź jednak nie przychodziła, a nabór organizował też inny znany klub. Postanowiliśmy spróbować tam, ale że mam swoje zasady i nie chciałem niczego robić za plecami, to poinformowałem pierwszy klub, jaka jest sytuacja. Zapytałem, kiedy spodziewać się odpowiedzi od nich. Usłyszałem, że syn właściwie już jest przyjęty i nie ma sensu, żeby szedł na testy gdzie indziej. Zaufałem. Na testy nie poszliśmy. Dzień po testach przysłali mi maila, że jednak syna nie przyjmą. Zachowanie psa ogrodnika: sam nie wezmę, ale drugiemu nie dam. Dziecko zawiedzione, musieliśmy szukać mu miejsca w jeszcze innym klubie - opowiada nam jeden z rodziców.

- Duże akademie w większości przypadków patrzą na te mniejsze z butą i arogancją - twierdzi Piotr Matecki. - Gdy chcemy rozmawiać o planach na rozwój naszego zawodnika i o korzyściach dla nas, pada argument: "Ale wie pan z jakiego klubu ja dzwonię?". Odpowiadamy wtedy krótko: "No i co z tego, skoro nie macie w składach w Centralnej Lidze Juniorów pół wychowanka z waszej ścieżki szkolenia?". My naprawdę chcemy wypuszczać zawodników do silnych klubów. Mamy ich w Zagłębiu Lubin, w Śląsku Wrocław, w Pogoni Szczecin czy w Lechu Poznań. Ale nie każdego piłkarza musimy im oddawać tylko dlatego, że obiecują rodzicowi lepszy rozwój. Często jest to kłamstwem. W dużych akademiach zawodnicy są cyklicznie odstrzeliwani, po dwóch latach przychodzi na ich miejsce ktoś inny. Niestety, coraz częściej piłkarze kończą wtedy kariery. To poważny problem, o którym nikt nie mówi.

"W Holandii łapią się za głowy"

- To nie szkolenie, ale selekcjonowanie. Często brutalne. Duże kluby mają silne marki, będą tym przyciągać dzieci, ale niech robią to z pewną kulturą. Damy im zawodnika, będziemy dumni, że nasz wychowanek gra u nich, ale niech dadzą też coś od siebie: wymianę informacji, zawodników, niech wyślą dla dzieciaków bilety na mecz pierwszej drużyny, rozliczą się z ekwiwalentu za wyszkolenie. Opowiadam historie z naszego podwórka kolegom z Holandii i oni łapią się za głowy. U nas nie ma współpracy - uważa Matecki. - Mniejsze kluby pracują na sukces tych dużych i to one zaczynają wypracowywać te miliony, które na koniec trafią na konta większych i bardziej znanych klubów. Wykonujemy dla nich mrówczą pracę, której w wielu przypadkach nie doceniają. Zalążki budowania wieloletniego planu były kiedyś w Lechu Poznań za czasów dyrektora Marka Śledzia, obecnie są w Rakowie Częstochowa czy w Zagłębiu Lubin, w którym jeszcze unosi się duch Richarda Grootscholtena. Teraz Grootscholten jest w Legii Warszawa i wkrótce Legia na tym wygra. Bo to są osoby konsekwentne, mające wizję - twierdzi Matecki. 

Chwalony przez niego Marek Śledź mówi, że małe kluby też nie zawsze kierują się dobrem piłkarza. - Wciąż spotykam się z taką postawą, że klub nie chce pozwolić swojemu piłkarzowi na testy u nas, bo ten zawodnik w pojedynkę wygrywa im mecze, a dla trenera liczy się wynik jego zespołu. Na szczęście dzieje się to coraz rzadziej. Każdy musi rozumieć swoją pozycję w piramidzie szkoleniowej - tłumaczy swój punkt widzenia Śledź, dyrektor akademii Rakowa Częstochowa.

- Niestety, nadal sporo jest podchodów i załatwiania za plecami. Jestem koordynatorem szkolenia Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej, więc trenerzy mówią mi o nieetycznych zachowaniach kolegów, ale nie mam żadnych środków, żeby ich dyscyplinować. Mogę przestrzegać, tłumaczyć, ale karać nie mogę. Działa natomiast selekcja środowiskowa: szybko się roznosi, że dany trener, koordynator czy dyrektor działa w ten sposób - mówi Marcin Drajer, były piłkarz Lecha Poznań i właściciel akademii "Szkoła Futbolu".

- Jeśli ktoś jest zainteresowany moim zawodnikiem, owocem mojej pracy, powinien przyjść i ze mną porozmawiać, a nie chodzić za rodzicami, brać ich numer telefonu, nagabywać. Chcę oddać mojego piłkarza komuś lepszemu, bo to dla mnie wyróżnienie. Ale muszę o tych podchodach wiedzieć, porozmawiać o perspektywach. To ja znam tego piłkarza, wiem jakie ma deficyty, mogę przewidzieć, czy sobie poradzi czy nie. Chcę wysłuchać argumentów tamtej strony, przedstawić swoje - mówi Drajer. 

- Niech te kluby o nas później pamiętają, a nie przypisują sobie wszelkie zasługi. Nazywają piłkarza swoim wychowankiem, jakby całe życie grał u nich i przeszedł cały proces szkolenia. Najczęściej akademie dużych klubów biorą zawodników czternastoletnich czy piętnastoletnich i nawet się nie zająkną, że ten zawodnik przez parę lat uczył się gry w piłkę w jakimś mniejszym klubie. Na Zachodzie wygląda to inaczej, duzi dziękują małym. Jako Stowarzyszenie PASS opracowaliśmy raport dotyczący "reform" PZPN. Jak się okazuje, największe akademie w Polsce, związane z klubami Ekstraklasy czy 1. ligi, nie szkolą najmłodszych. Średni wiek, w jakim zawodnicy objęci Pro Junior System dołączyli do klubów Ekstraklasy, to 15 lat i 4 miesiące. To już praktycznie ukształtowani piłkarze! - mówi Matecki. 

- Biję się w pierś, że czasami w wypowiedziach medialnych nazywam zawodnika, który spędził trzy czy cztery lata w klubie, naszym wychowankiem. Według regulaminów tak oczywiście jest, ale pewnie za mało doceniamy wkład maluczkich klubów, w których ten piłkarz zaczynał - odpowiada Śledź.

"Nikt by się nie założył, że Jakub Moder zagra kiedyś w ekstraklasie"

- Znam przypadki, że czternastoletni czy piętnastoletni chłopcy byli skreślani z listy, bo nie rokowali albo nie robili takich postępów jak zakładano. I co taki zawodnik powinien zrobić? Wrócić do poprzedniego klubu? Dla niego to krok do tyłu, bo przecież w tej dużej akademii, w której był, codziennie mu wpajali, że tutaj ma najlepsze warunki do rozwoju. Obiecywali mu wielką karierę. Znam chłopców, którzy mieli talent, byli wiodącymi w swojej kategorii wiekowej, ale z jakichś powodów byli odrzucani i kończyli z piłką. Żaden trener nie potrafił ich już przekonać, że na tym dużym klubie świat się nie kończy i warto spróbować jeszcze raz w trochę mniejszym. Poddawali się. Dla nich gra była skończona, misja nieudana. Sporo jest takich piłkarzy - mówi Marcin Drajer.

- Nigdy nie odważę się powiedzieć o zawodniku, który ma 14 lat, że zrobi karierę albo jej nie zrobi. Jakub Moder (objawienie jesieni w polskiej piłce, debiutant w kadrze Jerzego Brzęczka i bohater rekordowego transferu z Ekstraklasy: za 11 mln euro z Lecha do Brighton - red.) w kadrze wojewódzkiej dawał nadzieję, ale byliśmy ostrożni czy zagra kiedyś w ekstraklasie. Miał na to szanse, ale nikt by się o to nie założył. A zaraz Moder będzie w Premier League. Kajetan Szmyt dzisiaj jest w Warcie Poznań, a u nas w kadrze był 14-15 zawodnikiem. Później dojrzał. Ale znów - nie obstawiałbym, że zagra w ekstraklasie. Jakub Apolinarski u nas był 17-18 w kadrze, a zadebiutował już w Rakowie Częstochowa. O nich byśmy pewnie mówili: druga liga, może zakręcą się przy pierwszej, nie wyżej. Było kilkunastu zawodników lepszych od nich, którzy dzisiaj już nie grają. Po prostu, gdy piłkarz ma naście lat niczego nie można wyrokować, trenerzy kierują się intuicją - opowiada Drajer.

- Rzeczywiście, trudno w przypadku trzynastolatka stwierdzić, czy zostanie piłkarzem. Decyzja o rozstaniu zawsze jest trudna, choć da się ją nieco uprościć. Przede wszystkim przez cały czas trzeba być wobec niego i jego rodziców uczciwym. U nas każdy zawodnik ma swój profil, jak w dzienniczku szkolnym, gdzie odnotowujemy wszystkie jego osiągnięcia i mniej chwalebne wyczyny. Na bieżąco piszemy o silnych i słabszych stronach. Wpisujemy też wyniki wszystkich testów, które przechodzi w klubie. Jest tam odnotowana frekwencja na treningach, są oceny w szkole, jest historia kontuzji. Co pół roku każdy zawodnik wraz z rodzicami omawia wszystkie te punkty z trenerem prowadzącym. Przekaz dostosowujemy oczywiście do wieku dziecka. To nasz dowód na transparentność i uczciwość w ocenie postępów. Jeżeli wiemy, że danego zawodnika skreślimy z listy, już pół roku wcześniej tłumaczymy tę decyzję rodzicom i piłkarzowi, by uniknąć zaskoczenia. Mimo to wiadomo, że trudno i nieprzyjemnie się żegnać. Ale piłka nożna, jak każda dziedzina sztuki, wymaga selekcji. Nie każdy będzie grał w kapeli, ale każdy może sobie brzdąkać na gitarze w osiedlowym klubie i fajnie się bawić. Ważne, żeby dzieci, z którymi się żegnamy, nie przestawały grać w piłkę - wyjaśnia Marek Śledź.

Dlaczego marnujemy talenty?

- Jeśli świat dorosłych trafia na bardzo uzdolnionego zawodnika, to zaczyna robić wszystko, żeby mu utrudnić drogę do zostania piłkarzem. Rodzice widzą w swoim dziecku drugiego Messiego, dziennikarze piszą artykuły, jaki jest wspaniały, zaczynają się kręcić wokół niego wszyscy agenci. Wożą go jak małpę w cyrku po zagranicznych klubach. To dziecko zamiast skupić się na normalnym życiu - szkole, odrabianiu lekcji, graniu w piłkę, spotkaniami z kolegami - jest tego pozbawiane i ginie w tym nowym świecie. Po paru latach takiego życia trudno wrócić do tego, nazwijmy to, normalnego. Są przypadki piłkarzy, którzy kiedyś postawili wszystko na jedną kartę i im się udało. Ale to wyjątki - przyznaje dyrektor akademii Rakowa Częstochowa.

- Pewien trener powiedział mi, że w dużych akademiach stawia się na jednostki, a reszta, nawet o wysokich umiejętnościach, jest po to, żeby zapewnić tej jednostce dobre warunki do rozwoju. W dwudziestoosobowym zespole stawia się więc na 4-5 zawodników, pozostali na nich pracują i zapewne kariery nie zrobią - mówi Drajer. - A konkurencja jest brutalna. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: prowadzisz dużą akademię, masz 18 miejsc, skautów w całej Polsce, w końcu jeden z nich wyławia perełkę z innego województwa, musisz mu zrobić miejsce, kadra nie jest z gumy. Trenujesz dzieciaka, odkąd ma siedem lat i pewnego dnia musisz mu podziękować, by zrobić miejsce temu nowemu, który świetnie się zapowiada. To normalne, że klub patrzy na swój interes, ale nie zazdroszczę dyrektorom podejmowania takich decyzji - dodaje.

- Wystarczy spojrzeć na drużynę Lecha grającą w Centralnej Lidze Juniorów. Ci chłopcy pochodzą z Katowic, Rzeszowa, Pruszkowa, Lublina, Międzychodu, Gdyni, Koszalina, Kielc. Z Poznania jest tylko sześciu zawodników, w tym czterech ze struktur naszej akademii - mówi Piotr Matecki.

- Presja w dużych akademiach jest olbrzymia, niestety już od najmłodszych lat. W klasie partnerskiej klubu ekstraklasowego z Poznania, wśród ośmiolatków, jeden chłopiec usłyszał, że musi być odsunięty od pierwszej drużyny w swoim roczniku, bo strzelił mniej goli niż jego kolega. Mówimy o dzieciach. Został odsunięty, ale cały czas musiał chodzić z tymi "lepszymi" kolegami do jednej klasy. A niewielu trenerów przejmuje się psychiką dziecka. Nie mają odpowiedniej wiedzy. Obecnie każdy z nas po trzech weekendach, dokładnie po ledwie 70 godzinach zajęć, może mieć tytuł Grassroots C i pracować z dziećmi - zwraca uwagę Matecki.

"W Polsce zawsze znajdziemy wytłumaczenie, ale rzadko uderzamy się we własną pierś"

- Na tych kursach wciąż tylko powtarzają, że najgorsi w systemie szkolenia są rodzice. W Polsce zawsze znajdziemy wytłumaczenie, ale rzadko uderzamy się we własną pierś. A jeżeli trener dobrze poukłada relacje, to nie będzie miał problemów z rodzicami, bo oni pewnej granicy nie przekroczą. Ale trenera trzeba tego układania relacji nauczyć. On musi mieć warsztat, wzorce, autorytet, myśleć o autoedukacji, trenować tak, żeby dzieci robiły postępy. Nie da się tego nauczyć przez 70 godzin. Bez powrotu kursów trenerskich na dobrze przygotowane kierunki na uczelniach wyższych, nie będziemy mieli trenerów przygotowanych do pracy z utalentowaną młodzieżą - twierdzi prezes Akademii Piłkarskich Reissa.

- Chłopiec z naszej akademii, z rocznika 2007, jeden z największych talentów w Wielkopolsce, został zwerbowany przez znaną akademię. Zmieniło mu się otoczenie, koledzy, trener. Po roku zrezygnował z gry w piłkę. Nikt w tym klubie nie wiedział, dlaczego. Nie wszystkie duże akademie mają pomysł na to jak wprowadzać młodych piłkarzy przejmowanych z mniejszych klubów. U nas się talenty selekcjonuje, a nie identyfikuje i rozwija. Wspomniany zawodnik wrócił do nas, co poprzedzone było wieloma rozmowami i spotkaniami. Musieliśmy go odbudować. Udało się i dzisiaj jest powoływany do kadry regionu. Mieliśmy już wielu piłkarzy, którzy byli wyrzuceni z jednej akademii, wracali do nas, znów zaczynali grać bardzo dobrze i po czasie ta akademia chciała ich ściągnąć z powrotem - mówi Matecki, zarządzający Akademia Piłkarską Reissa.

- Czasami dzieci za wcześnie trafiają do akademii największych klubów. Rodzice wtedy zaczynają wierzyć, że ich syn będzie wielką gwiazdą. To zazwyczaj początek kłopotów. Jak ktoś za szybko wyjeżdża ze swojego bezpiecznego miejsca, może sobie nie poradzić. Z kolei odrzucenie bardzo często powoduje, że dziecko się zniechęca i w ogóle nie chce już grać w piłkę. Mało kto ma charakter Roberta Lewandowskiego. On dostał kosza od Legii, zszedł niżej, do Znicza Pruszków, i zrobił najpiękniejszą karierę w Polsce. Wielu by odpuściło. Czasami przestają też wierzyć sami rodzice. Proponują wtedy: zostaw piłkę, wciągniemy cię np. w rodzinną firmę - mówi Maciej Murawski, były reprezentant Polski, prezes akademii piłkarskiej w Zielonej Górze.

"To jest wyścig szczurów. A statystyki są brutalne"

- Czasami mówimy dużym klubom, że lepiej poczekać z wzięciem danego piłkarza, on musi dojrzeć. Wtedy dyrektorzy dużych klubów odpowiadają: my byśmy poczekali, ale inni nie poczekają i nam go zgarną. To jest wyścig szczurów. Dlatego PZPN powinien zadbać, by w każdym rejonie Polski była silna akademia. Bo jeśli będą tylko trzy-cztery dobre w całym kraju, to zmonopolizują rynek, będą ściągać dzieci z całego kraju, co w przypadku młodych jest niebezpieczne. Mam wrażenie, że rodzice oddający dziecko na drugi koniec Polski do akademii piłkarskiej grają na jedną kartę. Bliskość rodzica jest bardzo ważna. O takiego nastolatka trzeba się zatroszczyć, dać wsparcie w trudnych chwilach, niekiedy utemperować. Tymczasem ta wiara rodziców w karierę ośmiolatka jest wręcz chorobliwa. Wielu się wydaje, że skoro teraz syn dobrze gra w piłkę, jest w swoim miasteczku najlepszy, wyjeżdża do akademii znanego klubu, to na pewno w wieku osiemnastu czy dziewiętnastu lat będzie w tym klubie grał. Najprawdopodobniej jednak nie będzie. Statystyki są brutalne. A niektórzy już liczą kontrakty, jakie to dziecko podpisze - twierdzi Murawski.

- Popatrzmy na Lecha, Legię, Zagłębie, Pogoń. Chłopcy, którzy wchodzą do pierwszej drużyny, są w tym klubie dopiero od trzech czy czterech lat. Wcześniej grali w mniejszym klubie, niedaleko swojego miejsca zamieszkania, mieli rodziców na miejscu. Rewolucja w życiu takiego dziecka zazwyczaj niczemu dobremu nie służy - zwraca uwagę Maciej Murawski.

Agenci mogą wszystko obiecać, rodzice we wszystko uwierzyć

- Są jeszcze agenci - Matecki zawiesza na chwilę głos. - To, co się dzieje wokół 16- czy 17-latków, którzy są powoływani na konsultacje reprezentacji, to Dziki Zachód. Piłkarzowi z mojej akademii agent zaproponował samochód w leasingu. Jak zawodnik jest z biedniejszego domu, to rodzice są kuszeni nowym telewizorem albo nową lodówką. Jeszcze innemu chłopakowi agent obiecał testy w dużym włoskim klubie. Zawodnik był bardzo zapalony, podpisał umowę o reprezentowanie. Pojechał, bo agent jest dogadany z jakimś innym menadżerem stamtąd, więc chłopak odbył dwa treningi. Z automatu został odrzucony, nikt nawet nie myślał poważnie, żeby go wziąć. Chłopak wrócił podłamany, zniechęcony.

- Od lat walczę z pasożytniczą postawą agentów. To wolny rynek, ale tak po ludzku nie rozumiem, po co dziecku agent. Przez agentów wartość pieniądza szybko staje się nadrzędna, a to makabrycznie niszczące. Mnie jako trenerowi zależy na rozwoju dziecka, ja jestem dla tego dziecka drogowskazem, więc kolejny drogowskaz naprawdę nie jest mu potrzebny. Z kolei partnerem do dyskusji dla mnie jest rodzic a nie agent, bo rodzic chce dla swojej pociechy jak najlepiej. A agent widzi - już teraz lub w przyszłości - korzyść ekonomiczną. Chce zarobić, więc mówi dziecku to, co ono akurat chce usłyszeć. „Trener zdjął cię z boiska? Głupi, nie zna się”. Trener gani, agent chwali. Kogo posłucha dziecko? - pyta Marek Śledź.

- Nie spotkałem agenta, dla którego bardzo ważna byłaby szkoła i postępy w nauce dziecka. Za to widziałem wielu takich, którzy powtarzali: "szkołę zawsze możesz zrobić, a kariera lada moment ucieknie". To stoi w sprzeczności z naszymi zasadami. My chcemy, żeby dziecko miało otwarte wszystkie furtki. Jeśli zostanie piłkarzem - świetnie. Ale jeśli nie zostanie, niech ma taką samą szansę rozwijania się w innej dziedzinie, jak jego rówieśnicy - mówi dyrektor Rakowa.

Największy problem? Budowanie relacji

- Tak naprawdę bardzo dużo tych problemów sprowadza się do jednego - budowania relacji. Na wielu poziomach: z zawodnikami, których traktuje się hurtowo, z mniejszymi akademiami, którym podkrada się zawodników za plecami, ze środowiskiem lokalnym. Relacje między klubami są bardzo napięte: czarny PR, obgadywanie to codzienność - podsumowuje Matecki. - Musimy coś z tym zrobić, bo dzieci cierpią.