Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Maradona był zabawką w rękach innych. Zarobił miliony, dostał w bonusie lwa. "Brodata czirliderka"

Jako piłkarz był wodzem, jako trener - zabawką w rękach innych. Ale sam bawił się przy tym nieźle. Trenował Leo Messiego podczas mundialu, zarobił miliony - i jeszcze w bonusie lwa - pracując w dziwnych klubach: od Zatoki Perskiej po Brześć. "Brodata czirliderka" - tak nazwał jego trenerską rolę Jerzy Pilch. A jednak to bycie trenerem pozwoliło Maradonie pięknie pożegnać się z Argentyńczykami. Zmarł w środę w wieku 60 lat.

Miał wiele talentów: do grania, tańca, kawałów, bon motów. Do trenowania - nie miał. Nawet do bycia selekcjonerem nie miał, choć tam czasem mniej liczy się warsztat, a bardziej to, z czego Maradona słynął: charyzma i gen przywództwa. Wprowadził wprawdzie Argentynę na mundial 2010, w dramatycznych okolicznościach, w ostatniej chwili. Ale w samych mistrzostwach świata już nie udźwignął ciężaru, był bezradny, gdy Niemcy eliminowali Argentynę w ćwierćfinale 4:0. To podczas tego mundialu Jerzy Pilch w jednym z wywiadów nazwał go "brodatą czirliderką". Maradonę ewidentnie nudziły sprawy strategii i taktyki, ale wyżywał się przy ławce jako pierwszy kibic Argentyny. I dbał o to, żeby Leo Messi i spółka dobrze się w RPA bawili.

Jego konferencje prasowe podczas tamtego mundialu mogłyby być biletowane, a i tak przychodziłby tłum. Maradona potrafił nagle wyskoczyć zza stołu, przesadzić barierkę i wpaść w ramiona jakiegoś starego znajomego, którego wypatrzył w tłumie. Gdy bronił swojego piłkarza, niesłusznie ukaranego kartką przez sędziego, pytał: "Za co?  Przecież on ukarał gościa, który jest potulniejszy niż Lassie na smyczy!". Aż do ćwierćfinału z Niemcami było tak, jak sobie wymarzyli szefowie argentyńskiej federacji: mamy już w składzie gwiazdy, a Maradona na ławce to będzie piąty Beatles. Przyciągniemy tym sponsorskie miliony. Maradona objął drużynę w 2008 roku, choć wtedy nie miał praktycznie żadnego szkoleniowego doświadczenia. W połowie lat 90. krótko prowadził zespoły Mandiyu of Corrientes i Racing Avellada, ale nie odniósł z nimi żadnych sukcesów. Z dnia na dzień miał się natomiast zająć reprezentacją wskazywaną jako kandydat do medalu. Sponsorzy kadry pokochali ten pomysł. A potem było 0:4 w RPA i czar prysł. Diego dostał propozycję dalszej pracy, ale bez dotychczasowych współpracowników. Odczytał to jako próbę zmuszenia go do odejścia. Skłócił się z szefem federacji, Julio Grondoną. Została mu, jak opowiadał "France Football" w ostatnim wywiadzie przed śmiercią, emigracja w poszukiwaniu zajęcia. 

Jako piłkarz był królem La Bombonery w Buenos Aires czy Stadio San Paolo w Neapolu, stadionów jak wulkany. Emocje tłumu go nakręcały. A jako trener na emigracji trafiał czasami w pustkę: jak w Dubaju, gdzie prowadził Al Wasl, kaprys bogatych szejków. Wielkiego futbolu to nie przypominało, ale można było zarobić jak w wielkim. Suma dwuletniego kontraktu Maradony miała wynosić między 10 a 35 mln dolarów. To był wtedy prawdopodobnie najwyższy kontrakt trenerski na świecie. Znakomite warunki Maradona miał też w innym emiracie, w Fudżajrze. Za te pieniądze zgodził się prowadzić drugoligowy klub. Drugoligowy prowadził też w Meksyku. W międzyczasie na chwilę wylądował nawet przy granicy z Polską, został prezesem Dynama Brześć. Ale było mu na Białorusi za zimno, uciekł do Meksyku. A jego ostatni klub, argentyńska Gimnasia de La Plata, którą prowadził aż do obecnych problemów ze zdrowiem, które zakończyły się śmiercią, grała w pierwszej lidze, ale była tam jedną z najsłabszych drużyn. 

Zobacz wideo Diego Maradona nie żyje. Miał 60 lat

Mróz, lew, prywatne zoo i peryferia futbolu

- Rzeczywiście mój kontrakt w Brześciu był już gotowy. Problem jednak było to, że w ostatnich latach pracowałem w Dubaju, gdzie temperatura dochodziła do 54 stopni Celsjusza. Na Białorusi termometr zimą wskazuje -50. Ja lubię poświęcać się dla piłki, ale muszę też myśleć o mojej rodzinie. Oferta z Dorados wydawała się ciekawa – tłumaczył przeprowadzkę Meksyku. Wylądował w Sinalo, stanie w którym bywa bardzo gorąco, bo to siedziba jednego z najgroźniejszych karteli narkotykowych.

Diego MaradonaGeniusz, który się zakiwał. A kto myśli, że wie już wszystko o Maradonie, też może zostać okiwany

Czy na Białorusi chodziło tylko o temperatury? Maradona przywykł do bycia rozpieszczanym, a przed wyprawą do Brześcia pracował w Fudżajrze. Miał przydomowe ZOO, 20 pracowników dostępnych 24 godziny na dobę, trzech kierowców, Rolls Royce'a i Mercedesa Benza, aby jeździć po włościach. Od muru do muru posiadłości było 6 kilometrów. Szejk, który zapewnił mu ten pałac, dorzucił w pakiecie lwa, ale Maradona z ostrożności zdecydował się nie przyjąć prezentu.

Objęcie funkcji szkoleniowca Dorados w 2018 roku po 6. kolejce ligi było dość zaskakujące. Nie tylko z punktu widzenia sportowego. Maradona – człowiek przez kilkanaście lat uzależniony od kokainy - przybył do jej światowej fabryki, czy raczej magazynu. Jednego z najlepszych i najprężniej działających. Do Culiacan, stolicy stanu Sinaloa. Do miasta białego proszku o czystości dochodzącej do 90 procent. Do klubu, który istnieje zaledwie od 2003 roku, ale ma ciekawą moc przyciągania wielkich nazwisk. To tutaj ostatnie mecze w karierze rozegrał w 2006 roku Pep Guardiola. O kartelu z Sinaloa zrobiło się głośno za sprawą aresztowania jego bossa. Joaquin Guzman Loera, znany jako El Chapo, po ekstradycji do Stanów Zjednoczonych stanął przed sądem.

Zatrudnienie tam Maradony wyglądało tym bardziej niepokojąco, że Diego trafił do Ameryki Północnej niedługo po rosyjskim mundialu, i scenach, które zachwiały wiarą, że Maradona na dobre odzyskał kontrolę nad własnym życiem. Argentyńczyk w lożach rosyjskich stadionów dawał zadziwiające przedstawienia. Podczas jednego meczu potrafił i skakać w szale i przysypiać, raz trafił do szpitala po omdleniu i problemach z sercem.

Diego w fabryce kokainy

- Byłem, jestem i będę uzależniony od narkotyków. Osoba, która się w to wciągnie, codziennie toczy walkę z samym sobą – powiedział kiedyś Maradona w jednym z wywiadów. Najtrudniejszy etap tej walki, zapaście i odwyki, miał mieć już za sobą. Ale w Sinaloa żartowali, że nie wiadomo, czy to Maradona przyszedł do kokainy, czy kokaina przyszła do Maradony.

Problemem tutejszego społeczeństwa - jak podkreślał Juan Carlos Ayala Barron, doktor filozofii uniwersytetu w Culiacan - jest to, że nigdzie indziej w Meksyku przemoc związana z narkobiznesem nie jest tak wpisana w kulturę jak tutaj. - Tu widokiem dość powszechnym jest młodzież, która w swoich autach oprócz plecaka na tylnym siedzeniu ma też karabin AK47 – wyjaśniał Barron.

Sinaloa z 671 zabójstwami była 12. najniebezpieczniejszym miastem na świecie w 2017 roku i jednym z najgorszych pod tym względem w Meksyku. Maradona wożony był po mieście dużym wozem terenowym w towarzystwie dyskretnej ochrony.

- Diego nigdy nie zadawał pytań dotyczących bezpieczeństwa w mieście czy tutejszej przestępczości – zapewniał Jose Antonio Nunez, prezes Dorados. - Miasto jest może synonimem rzeczy makabrycznych, ale naszym celem jest pisać taką jego futbolową historię, która zainspiruje młodych i wypełni ich potrzebę emocji czy budowania więzi społecznych – dodawał prezes drużyny. To budowanie więzi wyceniono na 150 tys. dolarów miesięcznej pensji Maradony. 

Diego Maradona, czyli wykluczony

Maradona miał w Culiacan mieszkać w najbardziej prestiżowej dzielnicy miasta, Primaverze. Czyli niemal osobnej aglomeracji. Cały teren Primavery otoczony jest murem, punktami kontrolnymi, i barierą elektryczną z setką ochroniarzy. Całość położona jest nad jeziorem i rzekami. By zostać mieszkańcem prestiżowej dzielnicy, trzeba spełnić szereg kryteriów. Taka komisja sąsiedzka nie wpuściła na swe tereny legendę meksykańskiego boksu, Julio Cesara Chaveza. Przeszkadzały jej podejrzenia sportowca o powiązania z kilkoma narkotykowymi baronami Sinaloi.

Maradona też był tam niemile widziany. Sąsiedzi obawiali się hałasów, imprez, dziwnego towarzystwa. - To niedorzeczne. On tu przyjechał z dwoma walizkami – dziwił się Jose Antonio Nunez. Ostatecznie zawiózł te walizki do czterogwiazdkowego hotelu Lucerna. Diego ponoć opuszczał hotel tylko na treningi i mecze. Zdrowie nie pozwalało mu na eskapady. "Wiedzie życie pana w swoim wieku" - mówili jego współpracownicy.

Pingwin cesarski pochłania zapach trawy

Maradona poruszał się już wtedy jak 80-latek. Jego kolana dotknięte przez zaawansowane choroby zwyrodnieniowe odmawiały mu posłuszeństwa. By nie czuć bólu, a raczej ograniczyć go idąc, nie podnosił stóp. Jego chód jeden z komentatorów przyrównał do poruszania się pingwina cesarskiego. Dziesiątki tysięcy godzin poświęcone na kopnięcia, dokręcanie, podrzucanie, przyjmowanie piłki zrobiły swoje. Swoje zrobiły też oczywiście skoki wagi, dźwiganie w pewnym momencie nawet 180-kilogramowego ciała.

Maradona miał problemy z poruszaniem się, astmatyczny kaszel, ale codzienny widok piłki i bramek nakręcał go do dalszego działania. - Pochłanianie zapachu trawy jest bezcenne. Praca trenera jest kontynuacją dawnych emocji – wyjaśniał Diego w jednym z wywiadów. Jego lekarz zalecał mu zrobienie protez, i to od razu w dwóch kolanach.

Diego MaradonaDiego Maradona nie żyje. Tym razem nie okiwał śmierci. "Najtrudniejszy pacjent"

- Ma artretyzm. Nie ma już chrząstek. Kości stykają się ze sobą. Kość udowa dochodzi do kości piszczelowej i strzałkowej, co powoduje wielki ból – opisywał German Ochoa. - Jak cieszę się z gola mojej drużyny, to nie czuję kolan – ripostował Maradona.

- Dopóki Diego zajmuje się trenowaniem to znaczy, że nie chce umierać – uśmiechał się dyrektor sportowy Dorados, Juan Pablo Santiago. I przypominał, że choć to druga liga, to drużyna pod wodzą Maradony była o krok od wywalczenia awansu do meksykańskiej ekstraklasy. I było to też zasługą Diego, który zastał drużynę w kryzysie, a doprowadził ją do finału play-off o awans. Po tym jak kolejny sezon też nie przyniósł awansu, Diego zrezygnował z pracy w Dorados. Oficjalnie tłumaczono to powodami zdrowotnymi. Na początku roku 2019 podczas rutynowych badań u Argentyńczyka wykryto krwawienie z żołądka. Potem kolejne problemy go nie opuszczały.

Bez futbolu wytrzymał jednak tylko niecałe trzy miesiące. Zabrał się za trenowanie Gimnasia La Plata. Miał tam swoje zawirowania, w pewnym momencie podał się do dymisji, ale szybko wrócił. Władze klubu były na tyle zadowolone, że zdecydowały się przedłużyć jego kontrakt do 2021. Miesięczną pensję miał wciąż pokaźną - 100 tysięcy dolarów. Ale najważniejsze były emocje, on zawsze potrzebował czuć się chciany, niezbędny. Gimnasia, z miasta oddalonego o 60 km od jego rodzinnego Buenos Aires, dała mu poczucie, że znów jest potrzebny. Mecze wyjazdowe pokazywały mu, że wciąż jest w Argentynie kochany. Coraz bardziej niedołężny, miał przy ławce rezerwowych na stadionie Gimnasii swój wielki fotel, jak tron królewski, z numerem 10. W argentyńskiej telewizji można było oglądać mecze Gimnasii z opcją "Diego cam": kamery skierowanej przez cały mecz tylko na niego. Przyciągał tłumy, sprawiał wrażenie szczęśliwego. Gdy przyjechał na mecz do Rosario, do Newell's Old Boys, klubu którego był kiedyś krótko piłkarzem, gospodarze też przygotowali dla niego tron. Trenera rywali podjęli jak najważniejszego gościa na stadionie. Maradona to chłonął, cieszył się tym wszystkim. Ale gdy nastała rzeczywistość pandemii, już nie umiał się odnaleźć. Zawsze mówił, że granie przy opustoszałych trybunach nie różni się niczym od grania na cmentarzu. Walczył z depresją, był w coraz gorszym stanie.

Jego tournee po Argentynie: mecze Gimnasii, wielkie fotele, serdeczność tłumów - to wszystko okazało się podróżą pożegnalną. Maradona zmarł w środę po ataku serca. - Dziękujemy Diego - napisał jego klub. - Przeżyliśmy niezapomnianą bajkę. 

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .