Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mecz stulecia, który zmienił piłkę nożną. "Nie mogliśmy zapobiec tragedii"

Konrad Ferszter
25 listopada 1953 to jedna z dat, które na stałe zapisały się w historii piłki nożnej. To wtedy przeświadczeni o swojej potędze i nieomylności Anglicy zostali rozbici na Wembley przez Węgrów 6:3.

"Zagraliśmy dobrze jak na nasze standardy. Dzisiejsze popołudnie pokazało jednak, że te standardy nie wystarczą do utrzymania miejsca wśród najlepszych drużyn na świecie. Reprezentacja Anglii w żaden sposób nie zbliżyła się do szybkości, panowania nad piłką i gry pozycyjnej Węgrów, które były bliskie doskonałości" - pisał po meczu w Londynie "The Guardian".

Zobacz wideo Wiceprezes PZPN: Dorabiamy ideologię do uśmiechu Lewandowskiego [Sekcja Piłkarska #72]

Dla Anglików to był szok. Oni, z góry patrzący na resztę świata wynalazcy futbolu, byli bezradni w meczu z rywalami zza żelaznej kurtyny. Chociaż drużyna Waltera Winterbottoma gościła aktualnych mistrzów olimpijskich, to ponad 100 tysięcy kibiców na Wembley oczekiwało pewnego zwycięstwa, które miało świadczyć o trwającej hegemonii i słuszności brytyjskiego podejścia do gry. Zamiast tego była jednak klęska, pierwsza porażka we własnym kraju z zespołem spoza Wysp. "Złota jedenastka" prowadzona przez Gusztava Sebesa zdemolowała Anglików, udowadniając im taktyczną zaściankowość.

"Kompletnie nie doceniliśmy postępu Węgrów"

Chociaż angielska prasa zapowiadała to spotkanie jako "mecz stulecia", to gospodarze nie traktowali Węgrów szczególnie poważnie. Od złotego medalu na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach i serii 24 meczów bez porażki, którymi mogli pochwalić się piłkarze Sebesa, dla Anglików ważniejsze było samozadowolenie i przeświadczenie o własnej potędze.

- Kompletnie nie doceniliśmy postępu, jaki dokonali Węgrzy. I nie chodzi tylko o taktykę. Kiedy wyszliśmy tamtego popołudnia na Wembley, zauważyłem, że Węgrzy nosili dziwne, lekkie buty, ścięte pod kostkami jak kapcie. Powiedziałem wtedy do Stana Mortensena: "Powinno być dobrze, oni nie mają nawet odpowiedniego stroju" - wspominał Billy Wright. 

- Spójrzcie na tego małego grubaska - miał nawet rzucić jeden z angielskich zawodników na widok rywala tuż przed rozpoczęciem meczu. Miny gospodarzy zrzedły kilkadziesiąt sekund później, gdy już w 1. minucie gola dla Węgrów strzelił Nandor Hidegkuti. Chociaż w 13. minucie do wyrównania doprowadził Jackie Sewell, to po następnych 14 minutach Anglicy przegrywali już 1:4 po kolejnym golu Hidegkutiego i dwóch bramkach Ferenca Puskasa.

Przed przerwą nadzieje Anglikom dał Mortensen, ale tuż po niej Gila Merricka pokonali jeszcze Jozsef Bozsik i bohater popołudnia, czyli Hidegkuti. 2:6, szok. Honoru gospodarzy w żaden sposób nie uratowała bramka Alfa Ramsey'a z rzutu karnego. Węgrzy wygrali 6:3, choć mogli i powinni wygrać wyżej. Angielscy dziennikarze po meczu pisali jednak o szczęściu gospodarzy i wyraźnie obniżonym tempie gry Węgrów od 53. minuty, kiedy trzecią bramkę zdobył Hidegkuti.

W-W, które obnażyło W-M

- Zobaczyliśmy styl gry, którego nie widzieliśmy nigdy przedtem. Oni nic dla nas nie znaczyli, nie wiedzieliśmy nic nawet o Puskasu. Węgrzy okazali się jednak piłkarzami z Marsa. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że Puskas, którego nazywali "galopującym majorem", mógł nam wyrządzić tyle szkód. Ich sposób gry, technika i profesjonalizm były jednak fantastyczne. Nasza taktyka została wykończona w 90 minut. Ten mecz miał wielki wpływ nie tylko na mnie, ale na nas wszystkich. Ten jeden jedyny mecz zmienił nasze myślenie. Wydawało nam się, że rozgromimy Węgrów, że to my jesteśmy mistrzami, a oni uczniami. Stało się jednak zupełnie inaczej - mówił sir Bobby Robson.

Na boisku Anglicy od lat stosowali ustawienie W-M. To taktyka wymyślona przez legendarnego, angielskiego trenera Herberta Chapmana. W-M, które dziś moglibyśmy rozpisać jako ustawienie 3-2-2-3, w defensywie polegało na trzech zawodnikach w linii i dwóch przed nimi, a w ofensywie na dwóch bliżej środka boiska i trzech przed nimi, bliżej bramki przeciwnika. Taką formację jak i taktykę długich podań, zapewniających bezpośrednie przeniesienie gry z obrony do ataku, Anglicy uważali za idealne.

Słabość tego ustawienia dostrzeli Węgrzy, a konkretnie Marton Bukovi, czyli 11-krotny reprezentant kraju i trener wielu tamtejszych klubów. To on, gdy pracował stołecznym MTK, stwierdził, że największym mankamentem ustawienia W-M jest łatwość, z jaką z gry można wykluczyć środkowego napastnika. Bukovi dostrzegł, że indywidualne krycie sprawia, że napastnik nie tylko ma trudności ze strzelaniem goli, ale też z podawaniem piłki w boczne sektory boiska.

Już pięć lat przed meczem na Wembley Węgrom znane było ustawienie wymyślone przez Bukoviego, które nazwano W-W. Jego największą różnicą w porównaniu do W-M było wycofanie środkowego napastnika bliżej środka boiska, co tworzyło przestrzeń w ataku dla zawodników zbiegających ze skrzydeł. Cofnięty napastnik, którego dziś nazwalibyśmy fałszywą dziewiątką, miał miejsce do rozgrywania piłki i dezorganizował defensywy nastawione na indywidualne krycie.

Nie mogli zapobiec tragedii

Taktyczna nowinka szybko dotarła do Sebesa, który mianował Bukoviego swoim doradcą w narodowej reprezentacji, a ustawienie z cofniętym napastnikiem okazało się kluczowe przy budowie węgierskiej złotej jedenastki. Anglicy te taktyczne manewry jednak całkowicie zlekceważyli, ślepo wierząc w nieśmiertelność własnego ustawienia.

Na Wembley okazało się to tragiczne w skutkach. Bohaterem w Londynie został pełniący rolę cofniętego napastnika Hidegkuti, który swoimi ruchami całkowicie zdezorganizował obronę gospodarzy. Wymienność pozycji i gra krótkimi podaniami były dla Anglików nowością, z którą nie mogli sobie poradzić. Jeszcze gorzej Wyspiarze wypadli w rewanżu w Budapeszcie, który przegrali aż 1:7. - Całkowita bezradność. W żaden sposób nie mogliśmy zapobiec zbliżającej się tragedii - mówił obrońca gospodarzy, Harry Johnstone. 

Mecz na Wembley okazał się przełomowy w historii angielskiej piłki. I to nie tylko dlatego, że po nim meczu w reprezentacji nie zagrali już Ramsey, Johnston, Mortensen, Ernie Taylor, George Robb i Bill Eckersely. Klęska w Londynie uświadomiła gospodarzom ich miejsce w światowym futbolu i konieczność zmiany konserwatywnego podejścia.  

10 lat po tej porażce selekcjonerem reprezentacji Anglii został Ramsey, który na własnej skórze doświadczył taktycznej nieudolności. Były piłkarz Southamptonu i Tottenhamu odnalazł idealny balans w możliwościach angielskich zawodników i taktyce, prowadząc drużynę narodową do jedynego w historii mistrzostwa świata w 1966 roku. 

Węgrzy? Ich zespół nieskalanie błyszczał jeszcze przez kilka miesięcy. 4 lipca 1954 roku drużyna Sebesa przegrała jednak w finale mistrzostw świata z RFN 2:3, chociaż po ośmiu minutach prowadziła już 2:0. Dla Węgrów to była tragedia, która rozjuszyła komunistyczny rząd. Sebes został zdymisjonowany, a jego syn był zastraszany i bity w szkole. Bramkarz Gyula Grosics trafił do więzienia, a Puskas musiał zacząć się ukrywać. Po dwóch latach, na skutek powstania węgierskiego, wyemigrował do Hiszpanii, gdzie w barwach Realu Madryt został najlepszym piłkarzem na świecie.

Chociaż w latach 60. Węgrzy jeszcze dwukrotnie zostali mistrzami olimpijskimi, to właśnie do drużyny Sebesa do dziś wzdychają najmocniej. To ona 67 lat temu zszokowała piłkarski świat.