Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Polak ściągnięty do Rumunii, by budować nową potęgę. "Na razie nasze wyniki nie są najlepsze"

Nowi inwestorzy chcą klubu, który nawiąże do dawnych sukcesów. Ma być akademia, drużyna już gra na 56-tysiecznym stadionie, a w wakacje ściągnięto kilkunastu piłkarzy. Jednym z nich jest Janusz Gol, który po konflikcie w Cracovii rozwiązał umowę z polskim klubem. - Podziękowaliśmy sobie z trenerem Probierzem i tak sprawa się skończyła - mówi pomocnik, który po dłuższej przerwie od meczów z marszu wszedł do podstawowego składu Dinama. Rzeczywistość w Bukareszcie nie jest jednak różowa.

Kacper Sosnowski: Buna dimineata, a właściwie to może powinienem powiedzieć buenos dias? Trafił pan do Dinama Bukareszt, które ma hiszpańskiego inwestora, a na meczach pół kadry stanowią Hiszpanie. 

Janusz Gol: Co do języka, to rzeczywiście mamy tu mieszankę. Rumuński trener mówi bardzo dobrze po hiszpańsku, więc w szatni używa dwóch języków. Fizjoterapeuci to Hiszpanie. Do tego dochodzi jeszcze angielski, którym szkoleniowiec komunikuje się innymi piłkarzami z zagranicy. Ja ze wszystkimi dogaduję się właśnie po angielsku. Jak słucham rumuńskiego, to na razie jest on dla mnie czarną magią. Trochę w nim hiszpańskiego, włoskiego, francuskiego. Jakby nie dało się porozumiewać po angielsku to pewnie umiałbym tego rumuńskiego już więcej. Tak to znam podstawy.

W szatni Dinama jest też język polski? W Bukareszcie gra pan z Juanem Camarą, który przez 3 lata był w Ekstraklasie.

- Juan coś po polsku czasem powie, więc się możemy razem pośmiać. Z Ekstraklasy go kojarzyłem, ale lepiej poznałem dopiero tu, w Dinamie. Ogólnie to wszyscy się poznajemy, bo od wakacji jest tu duża grupa nowych zawodników. Na boisku wygląda na to, że tego czasu na dotarcie potrzebujemy więcej, bo na razie nasze wyniki nie są najlepsze, a wiadomo jak jest w Dinamie – kibice chcieliby zwycięstw na już (Dinamo jest na 14. miejscu w tabeli – przyp. red). Dobre rezultaty przyjdą, bo pracujemy mocno i dużo. Na treningach wyglądamy bardzo dobrze, na meczach nie przekłada się to na wyniki. Jednak dysponujemy bardzo dobrą drużyną. Ostatnio z liderem Universitateą czy Steauą przegraliśmy trochę pechowo. 

Zobacz wideo Janusz Gol gościem Sekcji Piłkarskiej #51

Trener Cosmin Contra na konferencji po tym meczu nie mógł zrozumieć, dlaczego w ostatnich spotkaniach sędziowie na waszą niekorzyść popełnili aż 7 błędów. Stęsknił się pan za VAR-em? 

- W tych dwóch meczach podyktowano przeciw nam dziwne jedenastki. Jedno spotkanie przegraliśmy 0:1, drugie 2:3. Tych błędów tak jak wyliczył trener, było więcej. Na pewno bez VAR-u pewnych rzeczy nie można poprawić. Sędzia gwizdnie i jest koniec. Przy wyrównanych spotkaniach, to stanowi problem, bo po takim golu rywali, boiskowa sytuacja jest już inna, rywal gra inaczej. Myślę, że VAR w Rumunii by się przydał. Z tego, co widzę w innych meczach, błędów sędziowskich jest tu sporo. Trzeba jednak dodać, że w każdym z tych przegranych meczów mieliśmy nasze sytuacje, by osiągnąć korzystny wynik. Mamy wiec też, nad czym pracować, by samemu być skuteczniejszym. 

Grał pan w derbach Bukaresztu ze Steauą. Bez kibiców, to był mecz bez emocji? 

- Niekoniecznie. Uczulali nas na to spotkanie. Podkreślali, jakie jest ważne. Oczywiście szkoda, że nie było na nim kibiców, ale wiadomo, jaka jest sytuacja. Mam nadzieję, że będzie mi dane rozegrać tu derby z fanami na trybunach. 

Tym bardziej że ligowe mecze gracie na Arenie Narodowej, czyli 56- tysięcznym stadionie narodowym Rumunii. 

- W tym sezonie dwa spotkania rozgrywaliśmy na starym obiekcie Dynama, kolejne już na stadionie narodowym. To piękny nowoczesny obiekt, sama przyjemność się tam co tydzień pojawiać. Mamy tam dalej rozgrywać swoje spotkania. 

To element budowy wielkiego klubu przez nowych właścicieli? Jak wygląda Dinamo w roku 2020?

- Hiszpanie, którzy są tu od sierpnia, chcą powprowadzać zmiany. Projekt jest ciekawy. Zakłada ciągły rozwój klubu, budowę piłkarskiej akademii, zaplecza. Również dlatego chętniej podpisałem z klubem kontrakt.

Były inne opcje? 

- Najpierw chciałem zostać w Polsce. Nie miałem jednak żadnych konkretnych ofert. Pojawiła się ta z Dinama. Ponieważ byłem na miesięcznym urlopie i nie chciałem już dłużej tkwić w bezruchu, to się zdecydowałem na Rumunię. Projekt, który mu tu przedstawiono, wyglądał obiecująco. Mam nadzieję, że uda się go realizować. 

Rumuńskie media informują jednak o kłopotach finansowych całej inwestycji i zaległości finansowych wobec graczy. 

- Tu zaległości finansowe są jeszcze z poprzednich lat. Nowy właściciel zobowiązał się do ich regulacji. Ten proces trwa. To nie są tylko zaległości wobec piłkarzy. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości ta sytuacja się unormuje i klub będzie stabilny. 

Liga rumuńska jest podobna do polskiej ekstraklasy? 

- Niekoniecznie. Jest mniej siłowa i bardziej techniczna. Wszyscy chcą tu raczej grać w piłkę niż się przepychać. Co do poziomu, to pewnie te najlepsze drużyny jak Steaua czy CFR Cluj, są zbliżone poziomem do Legii, czy Lecha

Naszą ekstraklasę pan śledzi? 

- Staram się spoglądać na polską ligę. Śledzę mecze Cracovii, jestem w kontakcie z chłopakami. Może gra klubu nie była zachwycająca, ale drużyna wygrywała. Szybko odbiła się od dna. Ma teraz 5 punktów, gdyby nie pięć minusowych, to byłoby ich już 10, czyli miejsce w pierwszej połówce tabeli. 

Po tych wszystkich sporach i nieporozumieniach z Michałem Probierzem, czy prezesem Januszem Filipiakiem podaliście sobie ręce na pożegnanie?  

- Z trenerem Probierzem widziałem się przy podpisywaniu dokumentów dotyczących rozwiązania mojej umowy z klubem za porozumieniem stron. Podziękowaliśmy sobie i na tym się skończyło. Z profesorem Filipiakiem nie miałem okazji porozmawiać.

Od czerwca był pan odsunięty od drużyny, nie miał rytmu meczowego. Po rozstaniu z Cracovią Przyjechał pan do Bukaresztu i niemal z marszu zaczął grać po 90 minut. 

- Po moim miesięcznym urlopie trenowałem indywidualnie. Jak rozwiązałem kontrakt, robiłem sobie zajęcia w domu. Potem przez dwa tygodnie mogłem ćwiczyć z drugą drużyną Legii Warszawa. To mi trochę pomogło, ale po przyjeździe do Bukaresztu miałem zacząć od spokojnego wchodzenia do gry. Tyle że w pierwszym meczu po siedmiu minutach kolega doznał kontuzji i trener wpuścił mnie na boisko. Na szczęście wytrzymałem do końca zawodów. To zmęczenie i praca, którą robiliśmy w kolejnych dniach, trochę mi się nakładały, więc kolejne dwa tygodnie były ciężkie. Mam nadzieję, że siła teraz wróci, tym bardziej że pauzuję za cztery żółte kartki i nie zagram w weekend. 

Trener Cosmin Contra, który ściągał pana do klubu, po tych porażkach ma mocną pozycję? Rumuńskie media sugerowały, że może pożegnać się z pracą. 

-Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. My naprawdę dobrze i ciężko pracujemy. Myślę, że zmiana trenera w tym momencie nie byłaby dobra. Szkoleniowiec wykonuje dobrą robotę, zresztą w klubie pracował już wcześniej. Widać, że mu zależy, a ma zupełnie nowy zespół, więc tu potrzeba raczej cierpliwości. 

Przeniósł się pan do Bukaresztu tuż przed druga falą pandemii. Miasto ponoć ciekawe, choć trudno je teraz zwiedzać. 

- I nie zwiedzam. Klub prosił nas, byśmy sprawy związane z pandemią traktowali bardzo poważnie. Mój dzień wygląda tak, że wstaję rano, jadę na trening, po treningu mamy wspólny obiad w naszej bazie i wracam do domu. Obostrzenia są tu takie jak w Polsce. Maseczki na ulicach, częściowy lockdown na mieście. Cała liga gra bez publiczności. Były blokady lotów do Polski, ale to się zmienia. Ciekawe czy zamkną granice? Na razie naszą drużynę epidemia omija. Oby tak zostało. 

Przeczytaj także: