Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Real Madryt przyleciał do Warszawy i dawał za niego milion dolarów. Władze PRL się nie zgodziły. "Co by powiedziała Moskwa?"

Sto tysięcy kibiców na żywo widziało, jak załamuje się kariera ich idola. Przez kępę trawy na Stadionie Śląskim, przez angielskiego obrońcę, przez słabego chirurga i własną ambicję Włodzimierz Lubański, mimo że wybitny, nie do końca jest spełniony. - Karierę dzielę na dwie części: przed i po kontuzji - mówi. Gdyby nie ten uraz, pewnie 40 lat temu nie rozegrałby ostatniego meczu w reprezentacji i osiągnąłby jeszcze więcej.

Był jego Stadion Śląski, jego rodzina i przyjaciele na trybunach, jego nazwisko na plakatach zapraszających na mecz, "Włodek, Włodek!" na ustach wszystkich kibiców - ze wszech miar to było jego święto. 24 września 1980 roku, Polska - Czechosłowacja. Lubański z dziesiątką na plecach i z opaską kapitana na ramieniu, po raz pierwszy od dwóch lat i mundialu w Argentynie, wyszedł na boisko w koszulce z orzełkiem, by móc z honorami się pożegnać. To był koniec jego pięknej reprezentacyjnej kariery.

- Pięknie było, wyjątkowy mecz - wspomina z pewną zadumą Włodzimierz Lubański. - Dostałem propozycję od Ryszarda Kuleszy, który wtedy był selekcjonerem, żebym rozegrał takie pożegnalne spotkanie. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie na Stadionie Śląskim, gdzie przeżywałem najpiękniejsze chwile w karierze. Dostałem mnóstwo różnych upominków z klubów, z federacji i od przyjaciół. Sama atmosfera przedmeczowa była wyjątkowa. Wtedy w reprezentacji była już inna generacja piłkarzy - Zbyszek Boniek i jego rówieśnicy, ale było mi z nimi bardzo miło - mówi o spotkaniu sprzed czterdziestu lat w środowe popołudnie. - Sam mecz był trudny, bo Czechosłowacja była bardzo dobrym zespołem, brązowym medalistą mistrzostw Europy, ale strzeliłem gola z rzutu karnego, więc to moje święto, tak to nazwijmy, udało się jeszcze dodatkowo uświetnić.

Polska zremisowała z Czechosłowacją 1:1, co przyjęto z entuzjazmem. W pomeczowych relacjach dziennikarze pisali, że wynik cieszy tym bardziej, że to Lubański strzelił gola - 80 w 50 występie dla Polski. - Te okrągłe liczby wyhaftowano mi na pamiątkowym proporczyku, który PZPN wręczył mi po zakończeniu reprezentacyjnej kariery - podkreśla. Ale po latach prezydium związku przeliczyło raz jeszcze wszystkie mecze i w oparciu o wytyczne FIFA decydowało, które z nich można uznać za oficjalne. Tylko te uwzględniano później w statystykach. Lubańskiemu odjęto pięć meczów i dwie zdobyte w nich bramki. - Każdy może sobie liczyć, jak chce. Ja hymn przed meczem śpiewałem 80 razy i 50 razy trafiłem później do siatki - powtarza od lat.

Zobacz wideo

Włodzimierz Lubański - najmłodszy debiutant, niedoszły piłkarz Realu Madryt i nauczyciel patriotyzmu 

Lubański miał dar. Kto go widział na boisku, ten chciał go w swoim zespole. Najpierw koledzy na podwórku, a później legendarny trener Manchesteru United Matt Busby i gwiazdy Realu Madryt. Był ikoną lat 60. i 70. Belgijscy gangsterzy próbowali go porwać i szantażować nim polskie władze. A gdy odsłaniał swoją gwiazdę na alei w Międzyzdrojach, Lech Wałęsa szeptał mu do ucha, że to od niego całe pokolenia uczyły się patriotyzmu. Lubański odpowiedział skromnie: "Panie prezydencie, chciałem tylko wygrywać". I wygrywał: siedem razy mistrzostwo Polski, sześć razy Puchar Polski i igrzyska olimpijskie w Monachium. Dwa razy zostawał piłkarzem roku w Polsce, siedem razy królem strzelców - cztery razy polskiej ligi, dwa razy w Pucharze Zdobywców Pucharów i na koniec kariery w Ligue 2 we Francji. Miał 16 lat i 188 dni, gdy zadebiutował w reprezentacji Polski i strzelił pierwszego gola - w całej historii polskiej piłki nie było młodszego kadrowicza.

Joachim Marx, reprezentant Polski, kolega Lubańskiego z podwórka: - Włodek był z nas wszystkich najmłodszy i najmniejszy, ale kiedy dwóch kapitanów wybierało zespół, jego imię padało zawsze jako pierwsze. Mieć Włodka w drużynie, to już wtedy pachniało bramkami. Niższy od nas o głowę, jeszcze słaby fizycznie, miał niebywały instynkt piłkarski. To, czym w późniejszych latach imponował na stadionach piłkarskich świata. Nazywaliśmy go "Kici", pozostając pod wrażeniem grającego w warszawskiej Legii Lucjana Brychczego. Rzeczywiście, pod względem techniki Włodek przerastał nas o głowę.

Kazimierz Deyna: - Niewielu było piłkarzy, z którymi mógłbym grać w ciemno, z pierwszej piłki, jak właśnie z Włodkiem. On przewidywał moje zagrania, gra z nim była dla mnie wielką frajdą. Był zawsze bardzo spokojny przed meczem i skoncentrowany. Często podczas wyjazdów kadry mieszkaliśmy w jednym pokoju, więc miałem okazję przez tyle lat dobrze go poznać. Bardzo dobry kolega, świetny piłkarz.

Grzegorz Lato: - Włodek miał osobowość. Dla nas wszystkich to był Pan Piłkarz. Takiej klasy to był zawodnik, że zdecydowanie wyróżniał się spośród nas, a mieliśmy przecież niczego sobie drużynkę. Wchodził do szatni i wszyscy patrzyli na niego z szacunkiem. Młodzi też, nawet Zbyszek Boniek, który do pokornych nie należał. Wygrywał nam mecze. 

Matt Busby po meczu Górnik Zabrze - Manchester United: - Lubański to piłkarz, który umie wszystko. Chciałbym, żeby mógł grać u boku George’a Besta i Bobby’ego Charltona.

Helenio Herrera, legendarny trener, twórca "catenaccio": - Lubański posiadł dokładność i siłę strzałów Puskasa, przegląd sytuacji Di Stefano oraz zmysł Bobby'ego Charltona. Naprawdę wiele już umie, ale dopiero pod moją opieką stałby się piłkarskim geniuszem.

Amancio Amaro i Manuel Velazquez, piłkarze Realu Madryt: - Włodek, a ty nie chciałbyś grać u nas?

Z Hiszpanami spotkał się w restauracji w Bazylei zaraz po charytatywnym meczu Europa - Ameryka Południowa. Był rok 1972. Helenio Herrera powołał Lubańskiego do kadry Europy i otoczył gwiazdami: Johanem Cruyffem, Karlem-Heinzem Schellingerem, Drganem Dżaliciem, Ivo Viktorem i wspomnianymi Hiszpanami: Amacino i Velazquezem. Europa wprawdzie przegrała 0:2, ale Polak zaimponował międzynarodowej prasie, a zawodnikom Realu Madryt grało się z nim tak dobrze, że zaraz po meczu namawiali go na transfer do Królewskich. - Słuchajcie, to jest po prostu niemożliwe. Mam 24 lata i nigdzie mnie z Polski nie wypuszczą. Może po trzydziestce, ale kto mnie wtedy zechce? Na pewno nie wasz Real - tłumaczył nowym kolegom.

Ale oni i tak opowiedzieli o nim w klubie i przekonali szefów, że o Lubańskiego warto powalczyć. Działacze Realu przylecieli do Warszawy z propozycją wykupu za milion dolarów. Wtedy taka kwota przyprawiała o zawrót głowy, ale czasy były takie, że musieli rozmawiać z przedstawicielami Komitetu Centralnego PZPR, a ci na żaden transfer zgodzić się nie chcieli. "Co na to powie Moskwa?!" - powtarzali w kółko.

Lubański: - Kiedy dziś widzę jak wiele rzeczy zmieniło się, jak stosunkowo łatwo można wyjechać na zagraniczny kontrakt, ogarnia mnie złość, że na skutek czyjejś decyzji przeszedłem obok kariery wspanialszej niż ta, która stała się moim udziałem. Mogłem grać w najlepszej drużynie Europy, a może i świata. Pozostał mi taki dziwny, dokuczliwy kac. Niesmak. 

Lubański?! - pytali przez domofon dwaj gangsterzy

To mniej znana historia z życia Włodzimierza Lubańskiego. Był 1978 rok, Polak od trzech lat grał w belgijskim KSC Lokeren i dopiero co przeprowadził się do nowego domu, ale zachował przy tym numer telefonu ze swojego poprzedniego mieszkania. Zadzwonił późnym wieczorem, Lubański odebrał, ale połączenie szybko zostało zerwane. Dzwonili Werner van Steen i Joseph de Jongh, belgijscy gangsterzy, którzy chcieli się w ten sposób upewnić, że polski piłkarz jest w domu. Nie wiedzieli nic o jego przeprowadzce i podjechali pod stary adres. Apartament miał już nowego właściciela - czeskiego trenera Lokeren, Josefa Vacenowskiego. Zadzwonił domofon. Czech wprawdzie szykował się już do spania, ale podniósł słuchawkę i usłyszał: "Lubański?!". Nie wyłapał, że było to pytanie, a nie przedstawienie się. Stwierdził, że Włodek wpadł z niezapowiedzianą wizytą, więc wpuścił go na podwórko. Przed drzwiami zorientował się, że ani to nie był Lubański, ani nie szykuje się miła wizyta, bo ludzie, których wpuścił, mają broń. Zatrzasnął im drzwi przed nosem, a oni oddali pięć strzałów, raniąc go w rękę. Czeski trener zdołał uciec przez okno do sąsiadów, którzy powiadomili policję. Gangsterzy w porę jednak uciekli i dopiero po czasie trafili w ręce policjantów.

Ich plan był prosty: po tym, jak w polskim areszcie zamknięto ich kolegę, który wpadł na granicy próbując nielegalnie wywieźć z naszego kraju dziecko, zadzwonili do polskiej ambasady w Brukseli domagając się natychmiastowego wypuszczenia swojego kumpla. Zagrozili, że jeśli nie zostanie uwolniony, przeprowadzą zamach na jakiegoś polskiego obywatela. Wybrali tego najpopularniejszego. Włodzimierz Lubański podejrzewa, że chcieli go porwać i szantażować nim władze, ale kto tak naprawdę wie, jakie mieli zamiary, skoro zaraz po zamknięciu drzwi oddali pięć strzałów? Byli przekonani, że to on jest w mieszkaniu: upewnili się dwa razy - najpierw dzwoniąc na telefon, a później podając przez domofon jego nazwisko. O tym, że mieszkanie zajmuje już czeski trener, nie mieli pojęcia. Za atak zostali skazani 20 i 30 miesiącami więzienia, a Lubańskiemu przydzielono ochronę. Na treningi jeździł pod eskortą. 

Pierwsze rozstanie z reprezentacją. "Czy ja jeszcze zagram w piłkę?"

Można powiedzieć, że Lubański rozstawał się z reprezentacją dwa razy. O tym drugim pożegnaniu - z honorami na Stadionie Śląskim - już wspominaliśmy. Ale siedem lat wcześniej, przeciwko Anglii, omal nie doszło do niezwykle bolesnego i przedwczesnego rozstania. - Rzeczywiście bałem się wtedy, że to moje pożegnanie z piłką. Przeszła mi przez głowę taka myśl, że to mógł być ostatni mecz - wspomina, gdy rozmawiamy w środę po południu. 

Sytuacja była nadzwyczajna: Polska musiała ten mecz wygrać, żeby zachować szansę awansu na mistrzostwa świata, a Włodzimierz Lubański był kontuzjowany. Kilkanaście dni przed meczem na treningu sfaulował go Jerzy Gorgoń - na tyle pechowo trafił go w okolice kolana, że korki przecięły skórę. Kazimierz Górski nie powołał go na przedmeczowe zgrupowanie i mówił dziennikarzom, że Włodek w spokoju dochodzi do siebie. "Przyjedzie, jak będzie w pełni zdrów" - zapewniał. Trzy dni przed meczem Lubański w strugach deszczu indywidualnie trenował na Stadionie Śląskim. Czuł się nieźle. Na tyle dobrze, że w tak ważnym meczu z Anglikami chciał reprezentacji pomóc. Lekarze przypudrowali tylko bliznę nad kolanem, żeby przeciwnicy nie kopali go celowo w czuły punkt.

Na trybunach było 100 tysięcy ludzi, Polacy prowadzili już od 8. minuty, po przerwie Lubański strzelił gola na 2:0, a Anglicy musieli grać w osłabieniu po czerwonej kartce dla Allana Balla. Wszystko układało się idealnie, kibice wiwatowali, Jan Ciszewski komentował z przejęciem. Aż przyszła feralna 54. minuta. Lubański ścigał się do piłki z Royem McFarlandem. Był szybszy, dotknął piłkę tuż przed Anglikiem, a ten wykonał wślizg. Niespecjalnie groźny - ani w nogi, ani w piłkę. Delikatnie tylko Lubańskiego trącił, ale że ten był rozpędzony, to stracił równowagę. W dodatku trawa w tym miejscu boiska była nieco nierówna, a Lubański nie był przygotowany idealnie - jego mięśnie były osłabione po kilku dniach bez treningu. Odtąd wszystko działo się jak w zwolnionym tempie: Lubański zrobił jeszcze jeden krok, noga nieco mu się wykrzywiła, ugięła pod ciężarem ciała. Usłyszał trzask, poczuł niesamowity ból. I już wtedy wiedział, że stało się coś strasznego.

Jego żona - Grażyna - zbiegała już z najwyższych rzędów trybun. Widziała jak jeden z działaczy znosi jej męża z boiska i pakuje do karetki. Lekarze na ostrym dyżurze byli w szoku, gdy zobaczyli, że na noszach jest ten Lubański, którego parę minut wcześniej wiedzieli w telewizji, jak strzela na 2:0. - Wszyscy byli pochłonięci oglądaniem meczu. W końcu jednak zjawił się jakiś lekarz, obejrzał z grubsza kontuzjowaną nogę i stwierdził, że dla pewności owinie mi ją bandażem, włoży w szynę i odwiozą mnie z powrotem na stadion, bo żadnych poważnych obrażeń tu nie ma. Gdybym trafił na dobrego chirurga, zdolnego spokojnie i wnikliwie wysłuchać co się stało i jak się stało, podjąłby natychmiast decyzję o operacji - opowiada piłkarz w swojej książce "Ja, Lubański".

Lekarze nie dostrzegli zerwanego więzadła, uszkodzonych łąkotek i naruszonych kości. A to był dopiero początek gehenny. Operacja, która odbyła się później w Piekarach Śląskich okazała się farsą. Kolano nie zostało dokładnie oczyszczone. - Zacząłem rehabilitację już następnego dnia. Zostałem kompletnie sam i wykonywałem wszystkie rozpisane ćwiczenia. Setki powtórzeń dzień w dzień. Zakładałem nawet kamizelki z kilkukilogramowym obciążeniem. Przesadziłem. Mogło to doprowadzić do trwałego kalectwa. Do dzisiaj moja noga nie ma pełnego zgięcia ani wyprostu - opowiadał Lubański w wywiadzie dla "Polska Times".

Gdy zaczął trenować na boisku, noga natychmiast puchła. Lekarze przychodzili i stwierdzali, że to niemożliwe i problem musi leżeć w psychice. Lubański odwiedzał kolejnych profesorów, oni kładli go na stole, dotykali kolana, trochę nim poruszali, ale dobrej diagnozy nie potrafili postawić. Po ośmiu miesiącach zrezygnowany piłkarz zaczął opowiadać kolegom z klubu, że chyba zakończy karierę, bo ból nie ustaje. - Słysząc to wszystko wiceminister górnictwa Eryk Porąbka, ostro zareagował: "K…a, mać, nie mogą cię tu wyleczyć, więc jutro lecisz z lekarzem klubowym do Wiednia i tam cię zoperują" - wspomina Lubański.

Doktor Schwinger przeprowadził drugą operację, a gdy piłkarz wybudził się z narkozy, czuł się znacznie lepiej niż po zabiegu przeprowadzonym w Polsce. - Doktor opowiedział mi o operacji, tłumaczył szczegóły, a ja tylko konkretnie go zapytałem na koniec: czy ja w ogóle jeszcze zagram w piłkę? I on - z dużą stanowczością i pewnością - powiedział, że tak, ale będzie mnie to dużo kosztowało, bo rehabilitacja będzie długa i trudna. Uwierzyłem mu. I rzeczywiście wróciłem na boisko, ale już nigdy nie na ten poziom sprzed kontuzji - opowiada Lubański. Wtedy, w szpitalu w Wiedniu, bardziej niż kolano bolało go serce. Mundial ’74 obejrzał w telewizji, a na pamiątkę dostał tylko złoty zegarek, którzy wzięli dla niego koledzy. Oni paradowali po Warszawie odkrytym autobusem ze srebrnymi medalami, on dusił się w mieszkaniu w Wiedniu, w którym czekał na zdjęcie gipsu, a Kazimierz Górski ponoć jeszcze długo śnił o zdrowym Lubańskim i złotym medalu na mistrzostwach.

"Dzielę karierę na dwie części: przed i po kontuzji. Po niej byłem już tylko piłkarzem przyzwoitym"

- Przerwanie kariery w momencie, kiedy byłem w najlepszej formie fizycznej i psychicznej, gdy miałem 27 lat i byłem w idealnym wieku, to był cios. Przerwało się coś, co tak właściwie dopiero się rozpoczynało. Traciłem najlepszy moment na nieudaną operację, długie rehabilitacje, łapanie od nowa rytmu. Przez parę lat walczyłem, żeby wrócić nie tylko do gry, ale w ogóle do zdrowia, bo z tym kolanem miałem duże problemy - zaznacza, gdy wspominamy oba rozstania z kadrą. - Proszę to sobie wyobrazić: od 16 roku życia bez przerwy byłem w reprezentacji Polski, grałem w najważniejszych meczach i nagle się to wszystko urywało przez nieszczęśliwy wypadek. Uciekł mi mundial, o którym marzyłem. Dlatego dzielę karierę na dwie części: przed i po kontuzji. Patrzę na to wszystko z perspektywy czasu i wiem, że do momentu kontuzji osiągałem najwyższy poziom, ale po kontuzji byłem już tylko piłkarzem przyzwoitym. Może bardzo przyzwoitym, ale na pewno nie na takim poziomie jak wcześniej - mówi Lubański.

- Następny mecz w reprezentacji zagrałem dopiero po trzech latach. Po drodze wyjechałem do Lokeren. Wreszcie mnie wypuścili z kraju, bo uznali, że jestem już inwalidą: nie nadaje się już do niczego, niech jedzie. Tak mówili. No to pojechałem i nastrzelałem jeszcze 100 goli w Belgii - wspomina. W pozwoleniu na opuszczenie Polski, władze napisały: "zgoda zostaje wydana ze względu na nieodwracalne zmiany sprawnościowe, jakie zaszły w organizmie po kontuzji kolana i dwóch operacjach". Dopiero, gdy Lubański zwrócił im uwagę, że z takim wpisem nie weźmie go żaden zagraniczny klub, powód został zmieniony: "Ze względu na trudne warunki klimatyczne w Polsce wskazane jest, by dalsza sportowa kariera ob. Włodzimierza Lubańskiego przebiegała w kraju o ciepłym i łagodnym klimacie". - No cóż, takie czasy były - mówi dziś z lekkim śmiechem. 

- A nie żal panu było żegnać się z reprezentacją już w 1980 roku? Miał pan 33 lata i kolejnych sześć lat grał pan jeszcze w piłkę w różnych klubach. Można było jeszcze trochę postrzelać. - Żegnałem się, bo czułem, że już wystarczy. Po prostu. Zdrowie na więcej, moim zdaniem, już nie pozwalało, skutki tamtej kontuzji czułem do końca kariery. Do dzisiaj czuję.

Bibliografia: 

  • "Ja, Lubański" - Krzysztof Wyrzykowski i Włodzimierz Lubański
  • "Życie jak dobry mecz" - Michał Olszański i Włodzimierz Lubański
  • "Włodzimierz Lubański - dżentelmen polskiej piłki" - rtbl.pl
  • "Gracze" - Bogdan Rymanowski
  • Wywiady dla "Polska Times", "Gazety Wyborczej" i "Gazety Krakowskiej"