Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Pierwszy wywiad Macieja Skorży po powrocie do Polski. "Miałem być selekcjonerem, ale kontrakt wylądował w koszu"

Dlaczego trener, który zdobywał trofea z czterema polskimi klubami, mistrzostwa z Wisłą i Lechem, wprowadzał Legię do Ligi Europy, już od trzech lat nie pracuje w Ekstraklasie? Jak odreagowuje porażki? Czego go nauczyła praca nad Zatoką Perską? Maciej Skorża pierwszy raz po powrocie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich opowiada o pracy z tamtejszą reprezentacją olimpijską. Wraca też wspomnieniami do pracy w Polsce. - Dziś wiem, że pewne sprawy w Lechu i Pogoni chciałem robić za szybko - tłumaczy.

Spotykamy się w Opalenicy, gdzie Maciej Skorża i jego wieloletni asystent Rafał Janas - dziś dyrektor Escoli Varsovia - obserwują treningi AS Monaco. Przed hotelem kilka wolnych stolików. Wszystkie w cieniu pod parasolami. Z wyjątkiem jednego: na nim, w ostrym popołudniowym słońcu, na kartkach z wymalowanym boiskiem, Skorża kreśli zachowania kolejnych piłkarzy przy zakładaniu pressingu.

Zobacz wideo Potęgi chcą Sebastiana Walukiewicza. "Takich piłkarzy nie ma" [SEKCJA PIŁKARSKA #59]

To jakieś konkretne ustalenia?

- Zawsze jesteśmy konkretni.

Myślałem, że inaczej wygląda trenerskie bezrobocie. Chyba, że to już przygotowania do nowej pracy?

- Trenerem jest się zawsze. Analizujemy, dyskutujemy. To się zawsze przyda, prędzej czy później.

Trener się uśmiecha. Więcej o powrocie do pracy powie później. Jest z nami Rafał Janas, który w ZEA był asystentem Skorży. Razem prowadzili reprezentację olimpijską, czyli drużynę do lat 23.

Dawid Szymczak: W Dubaju dobrze, ale w domu najlepiej?

Maciej Skorża: - W naszym zawodzie - pełnym dalszych i krótszych podróży - zawsze wraca się do domu z radością. W Dubaju było o tyle dobrze, że żona i dzieci były ze mną.

To za czym pan tęsknił?

- Za takim niebieskim niebem chociażby. Ale mam o takich rzeczach mówić?

Tak pan zaczął. Myślałem, że padnie coś piłkarskiego. To jakie tam jest niebo?

- Zimą podobne jak u nas, ale kiedy nadchodzą upały, właściwie go nie widać. Jest takie szare, piaskowe. Kolory w Dubaju w ogóle są inne. Niewiele jest naturalnej roślinności. Nie ma lasów. Dopiero tam zauważyłem, jak jesteśmy do niej przyzwyczajeni. 

Rafał Janas: - Ciszy brakuje. Wczoraj o tym z Maćkiem rozmawialiśmy. Dubaj jest głośnym miastem: samochody, klimatyzacje, reklamy na billboardach. Jak pojechaliśmy na zgrupowanie do Austrii i pierwszego dnia usiedliśmy przy kawie, coś nam nie pasowało. Ta cisza była nieprawdopodobna. W Dubaju nawet jak jest pozornie cicho, to i tak to miasto jakoś jazgocze. No chyba, że się ktoś zapuścił w głąb pustyni.

Mieliście panowie czas się zapuszczać?

- Był czas na wszystko, ale i pracy mieliśmy sporo, bo reprezentację budowaliśmy od zera. Jeździliśmy po całym kraju, żeby obserwować piłkarzy. Emiraty są dość małe, najdalej na mecz mieliśmy około 200 km. Wszystkich zarejestrowanych zawodników jest bodajże 7 tysięcy. My przeanalizowaliśmy 102, czyli praktycznie wszystkich z interesujących nas roczników. Więcej ich na poziomie centralnym nie było.
Nie ma przypadku w tym, że kilka miesięcy temu w Emiratach zmienili przepisy, żeby mogli być powoływani zawodnicy naturalizowani. 

Warunki pracy różnią się bardzo od europejskich?

- Przed najważniejszym turniejem nie mieliśmy czasu przygotować zespołu, bo liga została przesunięta i nachodziła na zaplanowane przez nas zgrupowanie. Nie mogliśmy powoływać zawodników. Dostaliśmy ich sześć dni przed pierwszym meczem. Tymczasem na terenie naszego ośrodka reprezentacja Uzbekistanu trenowała przez trzy tygodnie. Pisaliśmy wnioski z prośbą o zwolnienie naszych zawodników, albo o przełożenie meczów, odbijaliśmy się od ściany i patrzyliśmy, jak nasz rywal już się przygotowuje. A później z tym właśnie Uzbekistanem, ówczesnym mistrzem Azji U-23, przegraliśmy w ćwierćfinale. To mnie boli, że w najważniejszym momencie nie dostaliśmy czasu na przygotowania. Byliśmy po prostu za pierwszą reprezentacją. Skoro w ostatniej chwili zdecydowała się wziąć udział w turnieju w Katarze, to później trzeba było przesuwać kolejki ligowe. I my oberwaliśmy. W federacji o tym wiedzieli. Na koniec usłyszałem takie zdanie od sekretarza generalnego: "Zrobił pan więcej dla naszej federacji niż federacja dla pana". Myślę, że nie było w tym kurtuazji. Trafiliśmy na nie najlepszy okres, zmieniały się władze. Nowe rozdanie. Wszyscy selekcjonerzy zostali wymienieni. Ominęło to tylko nas, bo mieliśmy przed sobą turniej, i trenera najmłodszej kadry, bo był miejscowy. W styczniu nie awansowaliśmy na igrzyska, więc kontrakty nie zostały przedłużone.

Miesiąc temu powiedział mi pan, że zaczyna tęsknić za europejską piłką.

- Miałem na myśli codzienną pracę w europejskiej piłce, bo za samym jej oglądaniem nie tęsknię. Na śledzenie zagranicznych lig miałem nawet więcej czasu niż będąc w Polsce. Sam kontakt z piłką europejską też był tam większy. W Polsce nie poznałbym Alberto Zaccheroniego czy Berta van Marwijka.

Ale tęsknił pan za byciem trenerem klubowym, który codziennie widzi się z zespołem?

- Chciałem spróbować pracy selekcjonera, praktycznie bez względu na miejsce. W Emiratach dodatkowo pojawiła się szansa, żeby pojechać na igrzyska olimpijskie, co dla mnie było bardzo atrakcyjnym wyzwaniem. Ale teraz, po dwóch latach pracy w takim systemie, tęsknym okiem patrzę na codzienną pracę. Brakuje tego wychodzenia dzień w dzień na boisko. Właśnie wczoraj analizowaliśmy z Rafałem, kiedy nasza drużyna grała najlepiej. Zawsze na koniec dłuższych zgrupowań. Każde zgrupowanie kończyliśmy z niedosytem: fajnie to zaczyna wyglądać, wszystko się zazębia, a my musimy się rozstać. Kilka miesięcy przerwy i trzeba było wiele spraw zaczynać od początku. Praca może nie syzyfowa, ale mało efektywna.

Taka robota selekcjonera. Jerzy Brzęczek nie widział drużyny od listopada. 

- Nasza drużyna grała najlepiej na turnieju eliminacyjnym w marcu 2019. Wtedy federacja dała nam czas, mieliśmy dwa długie zgrupowania przygotowawcze. Jechaliśmy do Arabii Saudyjskiej na skazanie, bo były tam cztery drużyny, z których tylko jedna mogła awansować na mistrzostwa Azji. Pamiętam, że przed odlotem mój arabski agent żartował, że jak awansujemy, to załatwi mi pracę w Realu Madryt. Mówię to, żeby oddać jaka była skala trudności. Zajęliśmy pierwsze miejsce, a później czekaliśmy cztery miesiące na kolejne zgrupowanie. Van Marwijk po drodze zabrał nam dziewięciu zawodników do pierwszej reprezentacji, więc z naszą drużyną, z którą mieliśmy walczyć o awans na igrzyska, spotkaliśmy się po dziesięciu miesiącach - w styczniu. Na sześć dni przed pierwszym meczem. Bez meczów sparingowych. Bez niczego.

Wyczuwam żal do van Marwijka. Jak układała się współpraca?

- Miał do tego prawo, przyszedł w czerwcu i chciał odmłodzić reprezentację. A skoro nasza drużyna zagrała bardzo dobry turniej, to oparł ją na naszych zawodnikach. Logiczne. Również media mocno się tego domagały. Na początku cieszyliśmy się, że tylu naszych piłkarzy trafia do pierwszej kadry. Taka jest przecież rola młodzieżowych reprezentacji. Ale z czasem wiedzieliśmy już, że przez to nie będziemy mieli w ogóle czasu, żeby przygotować naszą drużynę. Zabrakło może szczęścia w terminach, żeby to się wszystko mniej na siebie nakładało. Samą współpracę z van Marwijkiem wspominam dobrze. Pojechaliśmy w lipcu na wspólny obóz: spaliśmy w jednym ośrodku, trenowaliśmy na tym samym boisku. To był pomysł federacji na ujednolicenie gry naszych reprezentacji. Mieliśmy naprawdę dobry kontakt. Pracuje w bardzo ciekawy sposób, ma interesujący warsztat. Przyniosłoby to efekt, gdyby trwało dłużej. A trener van Marwijk już w listopadzie został zwolniony. Potrenował pięć miesięcy.

Panowie byli ewenementem. Tam mało kto wypełnia kontrakt w całości. Wytrzymaliście dwa lata.

- Nie dość, że wytrzymaliśmy do końca w reprezentacji olimpijskiej, to jeszcze dostaliśmy półtoraroczny kontrakt na pracę z pierwszą reprezentacją.

Miał pan zastąpić właśnie van Marwijka.

- Został zwolniony po porażce z Katarem, która ze względu na relacje obu krajów nie mogła się przytrafić. Mieliśmy przejąć pierwszą reprezentację i jednocześnie prowadzić olimpijską. Dogadaliśmy warunki, wszystko było na dobrej drodze, dostałem do sprawdzenia kontrakt na maila, ale niestety w międzyczasie zapadła decyzja o zmianie władz w federacji. Został wprowadzony zarząd komisaryczny, który wybrał nowego selekcjonera. Chcieli mieć swojego człowieka i tyle. Kontrakt do kosza.

Długie przerwy między zgrupowaniami, podbieranie zawodników, ciągłe zaczynanie od nowa. Miał pan satysfakcję z pracy?

Oczywiście. To miejsce ma swoją specyfikę - chodzi o popularność piłki nożnej, temperaturę, kulturę, ale główne zasady się nie zmieniają. Miałem zbudować i ukształtować drużynę. Wprowadzić swoją myśl i odpowiednio tych zawodników zmotywować. Miałem z tego satysfakcję. Z brązowego medalu na Igrzyskach Azjatyckich w Dżakarcie w 2018 cieszę się jak z mistrzostw Polski. To był bardzo prestiżowy turniej, pełne trybuny, wielka rywalizacja. Szkoda, że w półfinale przegraliśmy z Japonią i nie zagraliśmy w finale przeciwko Heoung-min Sonowi.

Szejkowie potrafią odpowiednio docenić taki sukces?

- Zdecydowanie. Mnie trochę świętowanie ominęło, bo musiałem wrócić do Emiratów dzień przed drużyną, ale gdy drużyna przylatywała, czekałem na nią razem z wieloma notablami oraz władzami federacji. Wejście super VIP. Pierwszy raz byłem w takim miejscu na lotnisku w Dubaju.

A jak jest z pojęciem taktycznym u młodych arabskich piłkarzy?

- Zawodnicy w Emiratach pracują z bardzo dobrymi trenerami. Uczyli się choćby od Cesare Prandellego czy Waltera Zengi, więc wiedzę taktyczną mają na bardzo dobrym poziomie. Inna sprawa, czy chcą ją wykorzystać. Dochodzimy do sedna sprawy: tam najważniejsza jest umiejętność trafienia do zawodnika i zmotywowania go. Na tym wszystko się opiera. Pracowaliśmy również z piłkarzami, którym nasz styl nie pasował. Przed turniejem w Dżakarcie odesłaliśmy do domu trzech zawodników, którzy mieli być wiodącymi w tej reprezentacji. Ludzie byli w szoku, że nie bierzemy ich na turniej, ale wiedzieliśmy, że rozsadziliby zespół. Byli dobrzy, ale w naszej taktyce by się męczyli, ze szkodą dla drużyny. To była trudna decyzja, ale jak się okazało - słuszna.

Mówił mi pan, że tam piłkarze rzeczywiście mogą zwolnić trenera. Idą do szejka, narzekają i trenera nie ma. 

- W każdej drużynie istnieje takie ryzyko. Udało mi się tego uniknąć przede wszystkim dzięki doświadczeniu w pracy z arabskimi piłkarzami, które wyniosłem z Arabii Saudyjskiej. Tam popełniłem błędy, których tutaj starałem się nie powielać.

Jakie?

- Chociażby mocne krytykowanie zawodników. Tam zdarzają się piłkarze, którzy po czymś takim śmiertelnie się obrażają i więcej dla takiego trenera nie chcą zagrać. Wcześniej się denerwowałem, że zawodnik spóźnił się kilka minut na trening. A oni są do tego przyzwyczajeni, dla nich dziesięć minut to żadne spóźnienie. Ale w Emiratach też pewne rzeczy musiałem poukładać.

Dużo było takiego chodzenia na kompromisy?

- Tak bym tego nie nazwał. W Emiratach trzeba po prostu bardzo umiejętnie dostosować proces treningowy do kultury i stylu życia. Przykładowo podczas szczególnie krótkich kilkudniowych zgrupowań woleliśmy zrezygnować z porannych treningów, bo zawodnicy nie zdążyliby przestawić się ze swojego codziennego trybu życia. W klubach ze względu na upały i nocne pory modlitw zazwyczaj trenują raz dziennie, wieczorami. Często widzieliśmy takie sytuacje w klubach, że przyjeżdżał trener bez doświadczenia w pracy na Bliskim Wschodzie, chciał od razu wszystko zmienić, żeby było jak w Europie. Po niedługim czasie zaczynał mieć problemy z zawodnikami.

Tam nazwiska coś znaczą? Prandelli jest Prandellim, czy jakimś kolejnym trenerem z Europy?

- Nie zapomnę, jak pojechałem na mecz drugiej ligi. Obok mnie przechodził trener Al-Fujairah. Patrzyłem jak w obrazek: Diego Maradona. A dla nich? "O, Diego, fajnie, można zdjęcie?". Mnie zmroziło. Wydaje mi się, że nie doceniali tej postaci. Wiedzieli, kim jest Maradona, ale nie było tam czuć tego kultu. Są przyzwyczajeni, że płacą duże pieniądze i ktoś znany do nich przyjeżdża. Lubią się później z nim ustawiać do zdjęć.

Trener Kibu Vicuna opowiadał mi o determinacji piłkarzy w Indiach, gdzie chłopcy ze slumsów muszą grać w piłkę, żeby się stamtąd wydostać. Pan miał sytuację odwrotną. Nawet młodzi piłkarze mieli mnóstwo pieniędzy. A jak pan już wspomniał - kwestia motywacji była kluczowa. W jakie tony pan uderzał?

- Najczęściej odwoływałem się do tego, że Emiraty tylko raz w historii grały na igrzyskach. Tamci reprezentanci są postaciami pomnikowymi. Coś jak u nas drużyna z 1974 roku. Mówiłem, że takiego uwielbienia nie kupią za pieniądze, że taką okazję mają tylko raz w życiu.

Działało?

- Generalnie tak. Choć zdarzało się, że jakiś zawodnik podpisywał profesjonalny kontrakt i wydawało mu się, że osiągnął już wszystko.

Nie chcieli pracować dalej, żeby wyjechać do Europy?

- Niektórzy przejawiali takie ambicje, ale dotychczas nikt nie wyjechał.

Łatwiej pracuje się w Polsce czy w Emiratach?

- Łatwiej jest w Polsce. Pracując u nas mogłem się skupiać na rozwoju drużyny, na swoim warsztacie. U nas jest lepsza organizacja pracy. Tam musiałem lawirować między różnymi sprawami: historiami rodzinnymi zawodników, walką z klubami o udostępnienie piłkarzy, czy powołaniami zawodników do odbycia obowiązkowej służby wojskowej.

A o co chodzi z tymi historiami rodzinnymi?

- Chociażby uroczystości rodzinne. Tak ważne, że zawodnik musiał być na nie zwalniany, choćby nie wiem, co się działo. Cały czas słyszałem: trenerze, taka tradycja, on po prostu musi tam być. Ich tradycja i kultura ma bardzo duży wpływ na to, co się dzieje w sporcie.

Jaką ma pan opinię w Emiratach?

- Trzeba by było tam pytać. Ostatni mecz na pewno nam nie wyszedł, rozczarowanie było spore i to rzutuje na ocenę całości pracy. Ale jakby tak się zastanowić - to była nasza jedyna porażka od wielu miesięcy. Nie wytrzymaliśmy fizycznie, przed ostatnim meczem wymieniłem czterech piłkarzy, żeby byli świeżsi. Prowadziliśmy 1:0, ale zabrakło sił. A przy 1:3 byliśmy już kompletnie podłamani.
Janas: - Później policzyliśmy, że nasi zawodnicy nigdy w życiu nie rozegrali tylu meczów w tak krótkim czasie. Liga pędziła przez to przesunięcie, później od razu był turniej. U niektórych wyszło 11 czy 12 meczów w ciągu miesiąca. Nie udźwignęli tego.
- Trudno mi się tylko pogodzić z tym, że w kluczowym momencie nie dostaliśmy czasu na przygotowania. Czułem, że nie jesteśmy gotowi. Dwa lata pracy…

Na marne?

- Tego słowa nie powiem, bo praca z tymi ludźmi dała mi bardzo dużo satysfakcji. Doświadczenie kapitalne.

Wraca pan cierpliwszy, spokojniejszy?

- Na pewno doświadczenia stamtąd w jakimś stopniu mnie zmieniły. Czy jestem bardziej asertywny? Zdystansowany? To pewnie wyjdzie dopiero w kolejnej pracy. Ale czuję się innym trenerem. Na pewno mam bogatszy warsztat. Metody zaczerpnięte od trenerów stamtąd, przede wszystkim holenderskich, zrobiły na mnie wrażenie i będę chciał część pomysłów wdrożyć u siebie.

Śledził pan ekstraklasę?

- Nie zawsze mogłem oglądać mecze. Odkąd wróciłem, nadrabiałem zaległości.

I jak? Liga jest ciekawsza?

- Idzie do przodu. Więcej drużyn chce grać otwartą piłkę, taktycznie mecze są na niezłym poziomie, nie ma drużyn, które w kwestii dyscypliny by wyraźnie odstawały. Podejście właścicieli mi się podoba: to postawienie na akademie i większa cierpliwość do trenerów. To jest kluczowe. Szefowie pozwalają przetrwać kryzys. Gdy wyjeżdżałem jeszcze tego nie było. Najdłużej pracującym trenerem był wtedy Marcin Brosz w Górniku. Jest do dzisiaj. Ja zaczynałem pracę w Pogoni Szczecin równo z Michałem Probierzem w Cracovii i Piotrem Stokowcem w Lechii Gdańsk. Mieli różne momenty, a pracują do dzisiaj i wykonują świetną robotę. To budzi optymizm. Taka zmiana wpływa na pewność siebie trenera. Daje większy komfort pracy. Ekstraklasa rozwija się w wielu aspektach, ale na pewno potrzebujemy teraz dobrej gry w europejskich pucharach. Trzy lata bez żadnej polskiej drużyny w Europie to stanowczo za długo.

Pana następna praca będzie w klubie?

- Chciałbym, ale tego nie mogę być pewnym. Póki co cieszę się, że czas pandemii spędzam w Polsce i mam wokół siebie całą rodzinę. Mogę trzymać rękę na pulsie. Powiedziałem swojej agencji w Emiratach,że potrzebuję chwili, żeby wrócić do pracy. Sugerowałem, że późną jesienią będę gotowy.

Ale to do pracy w Emiratach. A w Polsce?

- Chciałbym objąć drużynę w takim momencie, żeby mieć dłuższy okres przygotowawczy. Chodzi o to, żeby na początku mieć więcej czasu niż chociażby w Pogoni Szczecin. Tam tego zabrakło. Od razu chciałem wprowadzić dużo zmian na wielu płaszczyznach i dlatego wyszło jak wyszło. Przerwa zimowa byłaby dobrym momentem na rozpoczęcie nowego wyzwania. Ale to hipotetyczne rozważania. Z drugiej strony - ostatnim razem, jak wróciłem z Azji, przejąłem Lecha po siedmiu kolejkach i zdobyliśmy mistrzostwo.

Z Pogoni został pan zwolniony w październiku 2017. Wybiją równe trzy lata bez Macieja Skorży w ekstraklasie?

- Na pewno.

Dobrze panu na takim urlopie? Pojechać, pooglądać Monaco, wrócić do domu?

- Lubię wykorzystywać w ten sposób czas. Pierwszy raz drużyna takiej klasy jak Monaco przygotowuje się w Polsce, więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. W dodatku Niko Kovac dopiero zaczyna pracę, więc to bardzo ciekawy moment. Można podejrzeć, jak wprowadza swoją myśl. Ostatni raz taką sytuację mogłem obserwować u Dietera Heckinga w Borussi Moenchengladbach, jak trenowali w Marbelli. Swoją drogą - cudowne miejsce dla trenera. Jak tylko mogę, zawsze tam jadę. W styczniu 2018 zabrałem ze sobą całą rodzinę. Oni na plażę, a ja do ośrodka. Cztery boiska obok siebie. Na pierwszym FC Basel, obok Feyenoord, Hebei China Fortune z Manuelem Pellegrinim i jeszcze Borussia Dortmund z Tomasem Tuchelem. Kapitalny przegląd. Różni trenerzy, różne kultury, różne style. Tylko stanąć i notować.

Który trener obserwowany z boku zrobił na panu największe wrażenie?

- Klopp. Byłem u niego dwa razy. Pamiętam jak wróciłem z pierwszego zgrupowania i chciałem wprowadzić jedno ćwiczenie, które bardzo mi się spodobało. Długo to trwało. Ale w Borussii też nie wszyscy od razu chwytali te ćwiczenia Kloppa. Wtedy przyszedł do nich Pierre-Emerick Aubameyang. Nie mógł się w tym zorientować. Kuba Błaszczykowski mu pomagał: teraz tu, teraz biegnij tu, teraz tam. Reszta się śmiała. Ale nie dziwię się, bo na początku naprawdę trudno było to wszystko zapamiętać i się nie pomylić.

(Rafał Janas odchodzi, wzywają obowiązki. Zostajemy sam na sam z trenerem Skorżą)

Skoro nie ma świadków, to porozmawiajmy o pana byłych asystentach. Ale nie o trenerze Janasie, a o Paolo Terzottim. W kilku klubach nie byli z niego zadowoleni. Mówili: Maciej Skorża dobry, ale ten jego asystent…

- To krzywdząca opinia, której nie potrafię zrozumieć. Paolo to bardzo dobry specjalista. Trzeba też pamiętać, że to ja - jako główny trener - zatwierdzałem jego metody i decyzje. Nie zrobił niczego bez mojej wiedzy, więc nie można mówić, że Skorża dobry, Terzotti zły. To ja ustalałem obciążenia treningowe, decydowałem o długości treningu i jego intensywności. Nigdy nie jest tak, że jak drużyna słabo biega, to winę ponosi wyłącznie trener przygotowania fizycznego. Jeśli chodzi o Pogoń - zdecydowały inne czynniki.

Jakie?

- Widziałem w tej drużynie potencjał na walkę o podium i chciałem pewne sprawy przyspieszyć. Niepotrzebnie. Zresztą, w Lechu było podobnie. Zdobyliśmy mistrzostwo i wydawało mi się, że dopiero otwierają się przed nami kolejne możliwości. Jednak drużyna wraz z trenerem do pewnych rzeczy po prostu musi dojrzeć. Potrzebuje czasu. Ale to już za mną. Wszyscy popełniamy błędy. Praca trenera to żadna sztuka objawiona. Żadna czarna magia. To ciągłe decyzje: część dobrych, kilka złych. Niektórzy mówią, że zawsze podejmuje się dobrą decyzję, a ona jedynie po czasie staje się zła. Czas ją weryfikuje. Nieraz tego czasu brakuje, nieraz presja jest bardzo duża i niektóre rzeczy chce się robić za szybko.

A co jest najfajniejszego w byciu trenerem?

- Wygrywanie. Ale po drodze jest mnóstwo rzeczy, które dają satysfakcję. Budowanie drużyny, ulepszanie jej w wielu aspektach, ustalenie trafnej taktyki na konkretny mecz, wpływ na rozwój zawodnika. Zmieniłem pozycję Miro Radoviciowi i świetnie na niej grał. Piękna sprawa dla trenera. Jest też taki moment flow, ale na to trzeba dłużej pracować. Przykładowo w Lechu nie zdążyłem tego utrwalić. Przejmowałem go na dziewiątym miejscu. Strata w tabeli była spora, szatnia mentalnie wciąż trawiła niepowodzenie w europejskich pucharach, odchodził Łukasz Teodorczyk - najlepszy strzelec zespołu, ale i tak po cichu liczyłem, że można powalczyć o mistrzostwo. Szkoda mi było każdego punktu, więc nie miałem komfortu, że przegramy jeden czy drugi mecz, ale w tym czasie przetestuję sobie jednego czy drugiego zawodnika. Od razu chciałem gonić.

Sam na siebie nałożył pan presję.

- Szefowie stawiali rozsądne cele, chcieli pucharów. I być może, gdybym wtedy nie ruszył tak po to pierwsze miejsce, to pracowałbym tam dłużej. Moim paliwem było zwyciężanie, zdobywanie trofeów i chciałem zaszczepić to w szatni. Wszędzie, gdzie wcześniej pracowałem, oczekiwano ode mnie szybkiego efektu. Zacząłem myśleć w ten sposób: idę do klubu, żeby zdobyć mistrzostwo. Do kolejnego - też chcę zdobyć mistrzostwo. Mistrzostwo, mistrzostwo, mistrzostwo. Później poszedłem do Pogoni i popełniłem błąd myśląc w podobny sposób.

Skoro zwyciężanie jest paliwem, to jak znosi pan porażki? Marcelo Bielsa kiedyś zaszokował znajomego trenera pytaniem, czy jemu też po porażkach zdarzało się rozważać samobójstwo.

- Źle znoszę. Po latach może już trochę spokojniej, ale nadal się denerwuję. Trzy lata temu byłem na meczu Monaco z Tottenhamem w Lidze Mistrzów. Monaco wygrywało, a ja cały czas obserwowałem Mauricio Pochettino. Myślałem sobie: o co chodzi, facet przegrywa mecz, odpada z Ligi Mistrzów, a jest tak spokojny. Byłem w szoku. Nie widziałem po nim żadnych nerwowych reakcji, nawet po meczu, gdy już schodził do tunelu. Wyglądał jakby nie miał na sobie żadnej presji. I ostatnio czytałem jego książkę. Zacząłem od rozdziału z tym meczem. I tam on mówi, że był bardzo wkurzony, jak mało kiedy, ale nigdy nie chce pokazać swojej złości na zewnątrz, bo to wpływa na zespół. Więc każdy trener przeżywa porażki. Nawet jak tego nie pokazuje. Ja po przegranym meczu często siadam i rozpisuję skład na następny mecz. Od razu. W oparciu o to, kto mnie zawiódł, kto nie, komu jeszcze dać szansę... Taka pierwsza reakcja. Sam się czasem z tego śmieję. 

Ilu z tych jedenastu później wychodzi na boisko?

- Nawet nie wiem, bo później następuje spokojna analiza, jest cały tydzień treningów, mogą dojść różne kontuzje, urazy. Czasami coś inaczej wyglądało z perspektywy ławki niż sprzed telewizora, dlatego zmienia się te decyzje.

Ale wraca pan jeszcze do tej kartki?

- Raczej nie.

Czyli to takie wyrzucenie emocji, wstępne uporządkowanie myśli, a później do kosza?

- Chyba takie uspokojenie się, że wiem jak pomóc drużynie, jak będzie wyglądał skład w następnym meczu. Po porażce często mam poczucie, że gdyby wyjść na to boisko jeszcze raz, to byśmy tego rywala zmietli. Pamiętam, że jak z Legią nie zdobyliśmy mistrzostwa, to szefowie przez cały miesiąc czekali z decyzją, czy mam dalej pracować, czy nie. Siedziałem w domu i oglądałem powtórki meczów drużyn, które nam zabrały punkty. Z dnia na dzień rosła we mnie coraz większa chęć rewanżu. Ale nie dane mi było się zrewanżować. Spory miałem wtedy niedosyt. Ta energia nie znalazła ujścia.

Podobno gdy prowadził pan Lecha w finale Pucharu Polski przeciwko Legii i przegraliście, to wpadł pan do szatni, kazał się natychmiast wszystkim piłkarzom wynosić, żeby nie nasiąkali tym miejscem. I powiedział pan, że wrócicie tutaj za dwa tygodnie na mecz ligowy i wygracie.

- Bo byliśmy lepszą drużyną w tym finale. Czułem, że poprawimy dwa-trzy elementy i wygramy z tą Legią. Przed nami wciąż było znacznie ważniejsze trofeum do zdobycia, więc nie chciałem, żeby piłkarze za długo przeżywali to niepowodzenie. Mieli już myśleć o rewanżu.

Mówił pan o Legii i niedosycie, ale chyba z Wisłą, Lechem i Pogonią było podobnie.

- Przede wszystkim doceniam to, co udało się osiągnąć. Obroniony tytuł smakuje wyjątkowo, mnie udało się to zarówno z mistrzostwem jak i z Pucharem Polski. W sumie uzbierało się osiem trofeów. Wprowadzenie trzech klubów do fazy grupowej europejskich pucharów oraz awans z Legią z grupy Ligi Europy na dwie kolejki przed końcem - to piękne chwile. Na to wszystko składała się naprawdę ciężka praca wielu ludzi.

Niedosytu pan nie czuje?

- Myślę, że czuło go wielu trenerów odchodząc z tych klubów. Z wyjątkiem Stanisława Czerczesowa nie kojarzę trenera, który by z nich odchodził w glorii chwały. W Legii trenerzy byli zwalniani, nawet jeśli po drodze wygrywali mistrzostwo Polski, a nawet awansowali do Ligi Mistrzów. W Lechu? To samo. W Wiśle? Podobnie. Zauważmy, że na fotel selekcjonera w Polsce nie trafiają trenerzy pracujący w tych klubach. W Poznaniu oprócz mistrzostwa zdobyliśmy Superpuchar, graliśmy w finale Pucharu Polski i awansowaliśmy do grupy w Lidze Europy, a późną jesienią nie było mnie już w klubie.

No właśnie, dlaczego?

- Po mistrzostwie był krótki urlop, w międzyczasie mecze reprezentacji i zaczynaliśmy eliminacje europejskich pucharów. Po piekielnie ciężkim sezonie mieliśmy tylko osiemnaście dni na przygotowanie. Emocjonalnie byliśmy wypaleni. Liczyłem jednak, że perspektywa gry w Lidze Mistrzów będzie naszym antidotum. Zaczęliśmy grać i mieliśmy 17 meczów co trzy dni. Żadnego pełnego mikrocyklu. Po pewnym czasie widziałem, że uchodzi z nas powietrze, w szatni zaczynało brakować tej pozytywnej energii, którą mieliśmy w końcówce sezonu. Zaczęły się porażki, a z nimi coraz więcej złych emocji, które rozbijały nas od wewnątrz. Zawodnicy potrzebowali więcej luzu, byli zmęczeni psychicznie i fizycznie.

Co czuje trener, gdy wchodzi do szatni, która ma go dość?

- Czuje się, że to prawdopodobnie ostatni mecz, ale w każdym z tych klubów pracowałem do końca na maksa. Pod tym względem nie mam sobie nic do zarzucenia. Mogłem popełnić błędy innej natury, pewnie takie popełniłem, ale na pewno do końca starałem się być profesjonalny i tego samego oczekiwałem od zawodników. Nikomu nie robiłem na złość, do każdego meczu przygotowywałem się najlepiej jak mogłem. Ale taka to praca, że wyniki nie zawsze są proporcjonalne do włożonego wysiłku. Ale praca trenera jest fajna, bo z ludźmi. To jest w tym najlepsze. A wracając do tego flow: to taki moment, gdy drużyna zaczyna grać tak, jak chciałeś. Piłka idealnie chodzi po boisku. Zespół wygrywa pierwszy mecz, drugi. Wszyscy piłkarze zaczynają rozumieć, o co ci chodzi. Wiedzą, jak chcesz grać. Patrzysz wtedy na nich na treningu i widzisz, że to jest to. O to chodziło. Wszystko się zazębia. Tego mi teraz brakuje.

W każdym klubie miał pan taki moment?

- Tak. Jedynie w Pogoni wydawało się, że po świetnym meczu w Pucharze Polski przeciwko Lechowi jesteśmy na właściwej drodze, a czas to zweryfikował. Porażki wytworzyły atmosferę, w której trudno było cokolwiek budować. W Formule 1 mówi się wtedy, że to bardziej ograniczanie strat niż wypracowywanie czegoś.

Jak pan sobie radzi z presją?

- Powiem panu, co przekazał mi Arsene Wenger. Graliśmy z Arsenalem na otwarcie stadionu Legii. Przed meczem z Markiem Jóźwiakiem zaprosiliśmy go na kawę. Widział, że jestem młodym trenerem i udzielił mi takiej rady: "Najważniejsze, żebyś miał czas na relaks, żebyś zachował balans. Pracujesz w dużym klubie, więc zewsząd będziesz słyszał, że musisz wygrać. Wszyscy ci to będą mówić. A przecież ty wiesz, że masz wygrać. Nie musisz tego codziennie słuchać. To niepotrzebne, męczące. Musisz mieć balans". Bardzo podkreślał, że trener musi się trzymać swojej wizji.

Jak to zrobić?

- No właśnie!