Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Byliśmy tylko kilka kilometrów od epicentrum wybuchu. To było przerażające"

- Sytuacja jest fatalna. Już przed wybuchem Liban miał ogromne problemy: nie panował nad epidemią koronawirusa, był dotknięty ogromnym kryzysem gospodarczym. A teraz brakuje wszystkiego: szpitale są przepełnione, potrzeba krwi. W mojej rodzinie też jest ofiara śmiertelna - mówi Sport.pl Feiz Shamsin, libański piłkarz, który do niedawna grał w Termalice Bruk-Bet Nieciecza. We wtorkowej potężnej eksplozji w stolicy Libanu zginęło co najmniej 145 osób, a ponad pięć tysięcy zostało rannych.

We wtorek w porcie w Bejrucie wybuchło 2700 ton saletry amonowej składowanej tam po skonfiskowaniu siedem lat wcześniej na jednym ze statków. Huk odczuwalny był nawet kilkaset kilometrów od Bejrutu, na Cyprze. Wciąż trwa liczenie ofiar i rannych, wiele osób straciło domy po tym, jak fala uderzeniowa wywołała trzęsienie ziemi o sile około 3,5 stopnia w skali Richtera. Część miasta niedaleko portu została poważnie zniszczona. 

Zobacz wideo Bejrut. Eksplozja w porcie zrujnowała dużą część miasta

Treningi tuż przed eksplozją

- Kończyliśmy zajęcia na boisku, kiedy wraz z zawodnikami zobaczyliśmy i odczuliśmy wybuch. Moje ciało się trzęsło, w uszach zaczęło mi dzwonić. To było przerażające. Po chwili otoczyły nas kłęby dymu i zbiegliśmy z boiska. Byliśmy tylko kilka kilometrów od epicentrum wybuchu - relacjonował dla "Marki" Daniel Gimenez, hiszpański trener drużyny Al-Ahed.

- Najgorszy był powrót do domu przez Bejrut. Widok zniszczonego miasta, ulic z ciałami i cierpiącymi ludźmi był dla mnie szokiem. Jechałem samochodem z jedną ręką na kierownicy i drugą osłaniającą oczy, bo chciałem chronić się od szkła w przypadku kolejnych eksplozji. W tamtym momencie myśleliśmy, że to bomba i mogą być kolejne - mówił Gimenez.

Piłkarze innej drużyny, Al-Nijmeh też niedługo przed eksplozją trenowali na stadionie w dzielnicy Al-Manara, kilka kilometrów od miejsca wybuchu. Trzech z nich - Edmond Shedade, Abdullah Al-Aish i Andrew Sawaya - wracali po treningu do domu przez najbardziej poszkodowaną część Bejrutu. - Jechali samochodem i auto zostało mocno zniszczone. Oni na szczęście przeżyli, nic groźnego im się nie stało - mówi Sport.pl Maroun Mahfoud, jeden z prowadzących stronę FA Lebanon, poświęconą libańskiej piłce.

- Wszyscy moi zawodnicy są bezpieczni. Na szczęście nie ucierpieli oni ani ich bliscy. Jednak niektórzy na pewno stracili swoje domy, pojawią się też problemy w mojej akademii Club Deportivo - mówi trener Gimenez. Dopiero zaczął pracę w nowym klubie, a Al-Ahed ogłosił już, że zawiesza sportową działalność na czas żałoby narodowej ogłoszonej przez premiera Libanu.

Z obiektów sportowych w Bejrucie najbardziej ucierpiały te użytkowane przez klub Antranik z dzielnicy Dbayeh. Do hali koszykarskiej wpadły duże fragmenty szkła z głównej elewacji budynku. Spadły także fragmenty sufitu, które zniszczyły część trybun. Zdjęcia opublikowane przez LBCI Lebanon News stały się jednymi z symboli wtorkowej tragedii w Bejrucie. Poważnie ucierpieli prezes, trener oraz jeden z zawodników Antraniku, ale ich stan jest już stabilny.

Były piłkarz Termaliki planował powrót do Libanu. “Tragedia dotknęła moich bliskich"

Powrót do Bejrutu planował były zawodnik Bruk-Betu Termaliki Nieciecza, Feiz Shamsin. Przyszedł do klubu z Niecieczy w marcu, rozegrał siedem spotkań w I lidze, ale klub nie przedłużył z nim umowy i z końcem lipca stał się wolnym zawodnikiem. Wcześniej grał dla Al-Nijmeh. Piłkarz chciał niedługo wrócić do Libanu, ale zdecydował się jeszcze przez kilka dni pozostać w Polsce. - Miałem plany, ale teraz będę musiał je odwołać albo przesunąć. Po eksplozji od razu napisali do mnie przyjaciele i rodzina. Skutki dotknęły także moich bliskich: zmarł mąż mojej cioci, który pracował w porcie. Był ojcem rodziny z dwójką małych dzieci - mówi nam Shamsin.

Eksplozja w Bejrucie to dla Libanu kolejna kryzysowa sytuacja  w ostatnich kilkunastu miesiącach. - Sytuacja jest fatalna. Już przedtem kraj miał problemy z zapanowaniem nad epidemią koronawirusa i ogromnym kryzysem ekonomicznym. Teraz zginęło wiele osób, jeszcze więcej jest poważnie rannych, a innym eksplozja zniszczyła domy. Szpitale są przepełnione, pilnie potrzebna jest krew - opisuje Shamsin.

Zaledwie kilka dni przed eksplozją, po rozegraniu trzech kolejek, zawieszono nowy sezon tamtejszych piłkarskich rozgrywek ligowych. Zawieszenie zostało wymuszone ze względu na epidemię koronawirusa. Od 23 lipca dzienny przyrost nowych przypadków nie spada poniżej 100, a najwyższy odnotowano 1 sierpnia - 221 pozytywnych wyników. Liga podjęła jednak decyzję o szybkim powrocie do gry, by nie powiększać strat finansowych, na rozegranie kolejnych spotkań zezwolił rząd. I właśnie kluby zaczynały wracać do treningów, mecze czwartej kolejki zaplanowano na 10 sierpnia. Tragedia z wtorku sprawiła, że to wszystko już nieaktualne.

Kryzys, korupcja i 40 proc. kraju w ubóstwie. O wszystkim śpiewano na stadionach

Poprzedni sezon ligowy dla klubów i zawodników także był traumatycznym doświadczeniem. W styczniu został przerwany i zakończony, a jako powód podawano kwestie bezpieczeństwa. Kibice wiedzieli jednak swoje i podczas ostatnich meczów śpiewali na trybunach o rządzie, który zamyka im sport, bo boi się protestów przeciw korupcji i marnotrawieniu finansów państwa. Kryzys ekonomiczny tak naprawdę trwa w tym kraju od blisko 30 lat, od wojny domowej. Ale w październiku ubiegłego roku sytuacja drastycznie się pogorszyła.

Media opublikowały informacje o korupcji w rządzie, a mieszkańcy zaczęli protestować przeciwko fatalnemu zarządzaniu finansami państwa. Bank Światowy informował, że pod koniec 2020 roku już 40 proc. mieszkańców Libanu może żyć w ubóstwie. Ministerstwo Ekonomii nazywało te informacje bzdurami, co jeszcze zaostrzyło konflikt pomiędzy władzą a mieszkańcami Libanu. Wybuchły zamieszki, także wśród kibiców. Ci byli wściekli, że nie będą mogli odreagować protestami podczas meczów.

Kibicujesz Ansarowi? Jesteś sunnitą. Al-Nijmeh? Szyitą

W Libanie futbol mocno łączy się z polityką i religią. - Historycznie wiele klubów przynależy do konkretnych frakcji - tłumaczył w podcaście RADIKAAL pracujący jako freelancer dziennikarz z Libanu, Justin Salhani. - Były premier i działacz nacjonalistycznej partii Future Movement, Saad Hariri jest właścicielem dwóch najbardziej utytułowanych klubów - Ansaru i Al-Nijmeh. Gdy dzieci idą do szkół w Libanie, słyszą w szkole - kibicujesz Ansarowi czy Al-Nijmeh? Jeśli pierwszemu - jesteś sunnitą, jeśli drugiemu - szyitą. Niektórzy przełamują stereotypy, ale grupy kibiców trzymają się tego podziału. Co ciekawe, piłkarze raczej nie przywiązują do tego dużej wagi. Kibice na trybunach mogą śpiewać o nienawiści politycznej czy religijnej, ale piłkarze są ponad to i dają temu wyraz uprzejmymi gestami wobec rywali - zauważa Salhani.

Władze ligi często decydują się rozgrywać mecze na stadionach położonych daleko od skupisk najbardziej radykalnych grup kibiców albo nie wpuszczają ich na stadiony. Dobrym przykładem tego, co stanie się, gdy jednak radykalni kibice wejdą na stadion, jest sytuacja ze sparingu pomiędzy Al Ahed i Al-Nijmeh tuż po zakończeniu poprzedniego sezonu. Spotkanie zakończono po pierwszej połowie, bo zawodnikom Al Ahed nie podobały się przyśpiewki intonowane przez kibiców rywali i podeszli pod trybunę, żeby się z nimi rozmówić. Jak pisał dziennikarz "The Daily Star", Euan Ward, kibice nie chcieli przestać obrażać piłkarzy, a ci odmówili dalszej gry. 

Premier Izraela pokazywał schrony z pociskami obok stadionu. Bejrut tykającą bombą

Al-Ahed jest powiązany z Hezbollahem, libańską partią polityczną radykalnych szyitów. Jest wspierana przez m.in. Iran. Organizacja opowiedziała się w konflikcie w Syrii w 2012 roku po stronie rządu walczącego z sunnitami. Brała także udział w działaniach zbrojnych na terenie Libanu, a przez historyczne związki z terroryzmem, wciąż wiele osób uważa ją za niebezpieczną. Krąży wiele teorii o gromadzeniu przez nich broni w podziemiach Bejrutu.

 

Jednym z miejsc składowania pocisków miał być stadion imienia Rafica Haririego, obiekt, na którym swoje mecze rozgrywa wspomniany już Al-Nijmeh. Zdjęcia satelitarne stadionu leżącego kilka kilometrów od miejsca eksplozji, a także zdjęcia kilku innych miejsc w pobliżu, z zaznaczonymi schronami z pociskami, przedstawiał na konferencji ONZ w 2018 roku Benjamin Netanjahu, premier Izraela. Wówczas działacze Hezbollahu zaprosili dziennikarzy, by udowodnić, że żadnych schronów nie ma. Mieszkańcy twierdzą, że Netanjahu częściowo miał rację, pociski są składowane w często odwiedzanych częściach miasta. Każdy, kto żyje w Bejrucie, musi mieć świadomość, że Hezbollah prowadzi działania zbrojne, a Bejrut stał się tykającą bombą ze względu na to, co może się kryć pod miastem. Teraz stadion imienia Haririego może zostać zamieniony w szpital polowy. Do takiej roli władzom Bejrutu zgłosił go prezes Al-Nijmeh.

"Łatwiej byłoby przełknąć atak Izraela"

Władze są wściekłe i bezradne, bo wypadku, który spowodował tyle ofiar i zniszczeń, można było uniknąć, zainteresować się ładunkiem składowanym już od tylu lat. - To jak wbicie samemu sobie noża w plecy - mówi jeden z naszych rozmówców.- Już łatwiej byłoby to wszystko przełknąć, gdyby to był atak Izraela. Nie byłoby teraz tego poczucia winy.

***

W Gazeta.pl wielokrotnie podkreślaliśmy, jak ważne są dla nas kwestie społeczne, a w swojej deklaracji programowej podkreślaliśmy chęć bycia medium zaangażowanym i zawsze stojącym po stronie słabszych i potrzebujących. Musimy i chcemy pomóc Bejrutowi i zrobimy co w naszej mocy, żeby to zrobić. Dlatego dołączamy się do zbiórki Fundacji Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, renomowanej organizacji od lat koordynującej pomoc dla Iraku, Syrii czy Ugandy. Dołącz do naszej zbiórki!

Przeczytaj także: