Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Nie chcieli go w Lechu, teraz pracuje w słynnym klubie. "W Polsce marnujemy wielki potencjał"

Bartosz Andryszak w 2011 roku musiał odejść z Lecha Poznań, bo jego umowa z klubem nie została przedłużona. W Polsce nie znalazł dla siebie miejsca, więc wyjechał do Anglii. W grudniu minie osiem lat, odkąd pracuje w Queens Park Rangers, gdzie dziś jest analitykiem pierwszej drużyny. Futbol jest dla niego nie tylko zawodem, ale i pasją, która pozwala mu na regularny kontakt m.in. z idolami z Milanu czy gwiazdami Premier League.

Konrad Ferszter: Jak zostać analitykiem Queens Park Rangers?

Bartosz Andryszak: Przede wszystkim musisz mieć jasno określony cel w życiu. To bardzo pomaga. Do tego niezbędna jest chęć do ciężkiej pracy, ale też pozytywne nastawienie do tego, co robisz. Po prostu musisz to kochać. Przyda się też trochę szczęścia przy poznawaniu ludzi. Jeśli to wszystko połączysz i jednocześnie będziesz dobrym człowiekiem, to osiągniesz wszystko, o czym marzyłeś.

Zobacz wideo Lech zarobi miliony na transferach? "Jest duże zainteresowanie naszymi piłkarzami" [SEKCJA PIŁKARSKA #57]

Ty spełnianie marzeń rozpocząłeś od pracy w Lechu Poznań.

- Życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdybym zaczął studiować weterynarię jak moi rodzice. Posłuchałem jednak głosu serca i poszedłem na wychowanie fizyczne w Poznaniu. Po trzecim roku wybrałem specjalizację trenera piłki nożnej, a chwilę wcześniej napisałem do Lecha, że chciałbym w nim pracować jako wolontariusz. I tak musiałem odbyć praktyki w jakimś klubie, więc po prostu wyprzedziłem to, co nieuchronne. Trafiłem do rocznika 1995, gdzie pomagałem trenerowi Patrykowi Kniatowi. Mieliśmy bardzo utalentowany zespół, w którym grał m.in. Karol Linetty. Spędziłem w klubie trzy lata, podczas których wielu rzeczy się nauczyłem, ale pokazałem też, że jestem gotowy do ciężkiej pracy i nowych wyzwań.

W Lechu zdarzyło ci się też robić analizy dla pierwszej drużyny.

- To był mistrzowski sezon Lecha Poznań za kadencji trenera Jacka Zielińskiego. W sztabie nie było już Huberta Małowiejskiego i otrzymałem propozycję pomocy Jackowi Terpiłowskiemu, który w Lechu pracuje do dziś. Nie nazwałbym tego jednak analizą, tylko jej próbą. To był szczątek prawdziwej analizy, która wtedy była mi kompletnie obca. Z różnych powodów skończyło się to na trzech meczach: Arce Gdynia, Polonii Warszawa i jeszcze jednym rywalu, którego dziś już nie pamiętam. Pamiętam jednak, że dwa pierwsze mecze były wygrane. Na Polonii wysoko, 3:0.

Z Lecha odszedłeś latem 2011 roku.

- Mogę nawet powiedzieć, że zostałem zwolniony, bo mój kontrakt nie został przedłużony. Dla mnie to był bardzo ciężki okres, bo byłem nakręcony na tę pracę, wierzyłem, że to jest to, co chcę w życiu robić. Nie było mi łatwo, ale przetrwałem i dzisiaj wierzę, że po prostu tak musiało być. Tamten czas na pewno mnie wzmocnił. Ale musiałem dowiedzieć się, jak smakuje porażka. Każdy z nas musi. Tata powiedział mi wtedy, żebym się nie załamywał, bo niemal każdy trener, który zostaje zatrudniony, w zasadzie jest już zwolniony. Bo niemal każdy prędzej czy później traci pracę.

Jak Lech tłumaczył decyzję o tym, że kontrakt nie zostanie przedłużony?

- Usłyszałem tylko informację, żadnych wyjaśnień nie było.

Nie zniechęciło cię to?

- Nie. Na początku było mi naprawdę smutno, potem starałem się to zrozumieć, a w końcu dotarło do mnie, że na Lechu świat się nie kończy. Zakasałem rękawy i wziąłem się do pracy. Przez rok starałem się rozwijać jako trener, ale w Polsce nie znalazłem dla siebie miejsca. Niestety niektóre kluby oferowały takie warunki, że miałbym problem z pokryciem kosztów dojazdu. Postanowiłem wyjechać do Anglii, wykorzystując dwa kontakty, które miałem. Była to trudna decyzja dla mnie, bo musiałem zacząć w życiu od zera, ale też dla moich najbliższych, których tu zostawiłem. Odważyłem się i dzisiaj na pewno nie żałuję.

Wyjechałem w 2012 roku, niedługo po Euro w Polsce i na Ukrainie. Przed wyjazdem zdążyłem jeszcze spełnić jedno marzenie. Moja koleżanka była menadżerką hotelu, w którym spała reprezentacja Włoch. Jako wielki fan Milanu dowiedziałem się, kiedy drużyna przyjeżdża na miejsce i czekałem na nią już dwie godziny wcześniej. Udało mi się przybić piątkę z idolem - Andreą Pirlo. Miałem ze sobą koszulkę Milanu, którą podpisać mi chciał też Gianluigi Buffon. Nie pozwoliłem mu.

Jakie cele stawiałeś sobie przed wyjazdem do Londynu?

- Przede wszystkim byłem nastawiony na ciężką pracę i naukę. Nie patrzyłem daleko w przyszłość. Jechałem tam z nastawieniem, że nawet jeśli będę musiał wrócić po roku, to chcę wynieść z tego wyjazdu możliwie jak najwięcej. Krok po kroku chciałem się rozwijać i spełniać. Wielokrotnie musiałem odłożyć ambicję na bok, ale to też mi pomogło. Dopóki nie miałem wymaganych papierów, musiałem pracować na czarno. Potem była kawiarnia i sklep sportowy. Pasją do piłki nożnej nie zapłaciłbym rachunków.

Twoim pierwszym klubem w Anglii był Tottenham.

- Mój bardzo dobry kolega był tam trenerem i dzięki niemu miałem dostęp do zespołu U-14. Dwa-trzy razy w tygodniu umawiałem się z trenerem tej drużyny i mogłem podpatrywać jego pracę. Dzisiaj kilku chłopaków z tego zespołu gra w niezłych klubach: Keanan Bennetts jest w Borussii Moenchengladbach, Aramide Oteh u nas w QPR, Jaden Brown w Huddersfield, a Kazaiah Sterling, tak jak kiedyś Harry Kane, był wypożyczony do Leyton Orient.

W Tottenhamie zobaczyłem też, jak pracuje ich scouting, poznałem mnóstwo nowych ludzi, m.in. Lesa Ferdinanda, z którym dziś pracuję w QPR, a który wtedy m.in. z Timem Sherwoodem prowadził zespół U-21. Nauczyłem się też, jak powinny wyglądać standardy, o których u nas nikt wtedy jeszcze nawet nie marzył.

Jakie były twoje wrażenia po pierwszych miesiącach pobytu w nowym otoczeniu?

- Przychodziłem do Tottenhamu, który był chwilę po otwarciu nowego ośrodka treningowego. Śmiałem się, że koszt jego budowy klub pokrył ze sprzedaży Luki Modricia do Realu Madryt. Wrażenia? Nie do opisania, to był inny świat. Tak dobrze przygotowanych boisk do treningu nie widziałem na żadnym stadionie w Polsce. Każdy rocznik miał swoją szatnię, w ośrodku były pracownie komputerowe z najlepszym sprzętem i oprogramowaniem do analizy. To był dla mnie kosmos.

Ale równie ważne były małe, dla nich podstawowe rzeczy. Chociaż tylko podglądałem pracę trenera, to na miejscu czekał na mnie plecak z całym sprzętem do treningu. Ludzie byli bardzo mili i otwarci. Wieczorami zawsze znajdował się ktoś, kto podrzucał mnie do metra. Nie musiałem się nikogo prosić, zawsze ktoś pytał, czy nie potrzebuję podwózki. Dla Anglików to podstawy, a w Polsce różnie z tym bywało.

Po trzech miesiącach w Tottenhamie trafiłeś do QPR.

- W Tottenhamie byłem tylko widzem, nie dostałem żadnej propozycji. Do QPR trafiłem dzięki osobie, którą znałem z Tottenhamu, a która otrzymała propozycję zostania menedżerem akademii QPR. Zacząłem od pracy na 1/4 etatu w roli skauta.

Nadal nie mogłeś poświęcić się tylko futbolowi.

- Od poniedziałku do piątku pracowałem w sklepie sportowym. Wykorzystałem też talent do robienia zdjęć. Zarobione pieniądze pozwalały mi w weekendy oddać się roli skauta. Nie musiałem się przejmować, że nie starczy mi do końca miesiąca.

Jak wyglądała twoja praca w roli skauta?

- Byłem w 10-osobowej grupie, która otrzymywała od przełożonego 2-3 mecze lub turnieje do obejrzenia. Zajmowało to cały dzień, dostawałem pieniądze za godziny pracy i zwrot wszystkich kosztów z nią związanych. Zdawałem raporty z wyjazdów, a w poniedziałek znowu szedłem do sklepu sportowego. To był bardzo intensywny okres w moim życiu, dzięki któremu przyzwyczaiłem się do szybszego tempa życia w Londynie.

Jak awansowałeś do obecnej roli?

- Po pewnym czasie do roli skauta dołożono mi obowiązki kitmana w akademii. Miałem pod sobą 200 dzieci i 80 osób ze sztabów szkoleniowych. Wszystko po to, bym mógł pracować już tylko w klubie i poznawać jego filozofię i ludzi. Na początku nie byłem do tego przekonany, ale dałem sobie szansę. Postanowiłem sprawdzić, jak będzie i wykorzystać ten czas m.in. do szlifowania języka i nawiązywania nowych kontaktów.

W tym samym czasie zacząłem się interesować analizą. Chciałem lepiej poznać piłkę nożną, zrozumieć grę. Po jakimś czasie zacząłem przygotowywać analizy w akademii. Na początku robiłem to za darmo, a od 1 sierpnia 2015 roku na pełen etat. To był bardzo ważny moment, bo wreszcie przebiłem największy mur. Rozpocząłem typowo piłkarską pracę.

W lutym 2018 roku zadzwonił do mnie Les Ferdinand, który powiedział, żebym spróbował sił w pierwszej drużynie. Oczywiście się zgodziłem, chociaż miałem już wtedy wykupione wakacje i bilet na derby Mediolanu. Jedno i drugie musiałem sprzedać. Od tamtej pory moje życie w pełni koncentruje się na piłce nożnej i pracy, a wakacje zaczynają się dopiero po ostatnim gwizdku sędziego w ostatnim meczu sezonu.

Na czym polega twoja codzienna praca?

- W sztabie role są konkretnie podzielone. Ja odpowiadam za przygotowanie treningów, stałe fragmenty gry i niektóre rzeczy związane z grą przeciwnika. Codzienność bywa brutalna, bo często trzeba wstać o 5:30. Mark Warburton (trener QPR - red.) lubi budzić się jeszcze wcześniej i przyjeżdżać do klubu około 6 rano. Pracę kończę późno, czasami bardzo późno, tu nie ma mowy o określonych godzinach. Bardzo często obowiązki zabieram też do domu.

To zawód, w którym rzadko możesz coś zaplanować. Możesz mieć pomysł na poukładanie obowiązków na dzień, a rano przyjdzie trener, który zmieni plany i wywróci wszystko do góry nogami. Wtedy musisz się dostosować, zrobić mnóstwo innych rzeczy, a te zaplanowane przez ciebie zostają odłożone do wykonania na później albo wczesnym rankiem kolejnego dnia. Najważniejsze jest jednak to, by trener i zawodnicy mieli pewność, że jesteś tam dla nich i że zawsze mogą na tobie polegać. To wiąże się z tym, że często pół wolnego dnia spędzam przy komputerze.

Jak wygląda tworzenie analizy?

- Mamy do tego specjalny program, który klub zapewnił nam od początku zakończonego właśnie sezonu. Pozwala on na stworzenie kilku krótkich filmików w czasie oglądania całego meczu. Z wyciętych i odpowiednio skróconych filmików robię coś na kształt prezentacji, w której można tworzyć rysunki, zaznaczać uwagi, wrzucać obrazki itd. To bardzo dobry program, który znacznie przyspieszył naszą pracę. Dzięki niemu, w przyspieszonym tempie, jestem w stanie ogarnąć nawet pięć meczów przeciwnika, zwracając uwagę np. na jego stałe fragmenty gry czy wyprowadzenie piłki. To wszystko trafia do zawodników i trenerów, którzy miewają różne zachcianki.

To bardzo czasochłonna praca. Musimy przeglądać mnóstwo materiałów wideo i wyłapywać ściśle określone rzeczy. Czasami wstaję od komputera tylko po to, by się chwilę poruszać, idąc po kawę czy herbatę. To też praca, w której nie ma przerwy. Kiedy kończymy analizę jednego rywala, ja zaczynam już pracę nad dwoma kolejnymi. Wszystko po to, by odpowiednio przygotować się do sytuacji, w której mecze gramy co trzy dni. Nie ma innego wyjścia. Jeszcze intensywniej będzie w kolejnym sezonie, gdy liczba meczów będzie taka sama, a sezon krótszy przez obecną sytuację i przyszłoroczne Euro. To sprawi, że aż 15 razy będziemy grali w systemie sobota-środa-sobota. Już wiem, że będę musiał mieć dużo kawy w domu.

I przygotować się na bezsenne noce.

- Przez tę pracę i tak niewiele śpię, ale już się do tego przyzwyczaiłem. Zresztą to mój wybór, moja pasja, więc jestem szczęśliwy.

Od maja 2018 do kwietnia 2019 roku trenerem QPR był Steve McClaren, czyli były asystent sir Alexa Fergusona i były selekcjoner reprezentacji Anglii. Jaki to trener?

- Miał inny styl niż Warburton, bo lubił przekazywać część obowiązków asystentom, którzy odpowiadali za tempo naszej pracy. McClaren częściej przychodził na gotowe, był bardziej od zarządzania wszystkim, co związane z pierwszą drużyną. Inny był też Ian Holloway, który bazował na emocjach i indywidualnych rozmowach. Osobowość i podejście pierwszego trenera kształtują moją pracę.

Pracę ciężką i czasochłonną, ale też taką, która wynagradzana jest nie tylko pieniędzmi, ale też możliwością kontaktu z piłką na najwyższym poziomie.

- Gdy jeszcze pracowałem w akademii, Chelsea zaproponowała sparing z naszym zespołem U-23. Przyjeżdżamy na miejsce, a tam w ramach rozgrzewki piłkę kopią Eden Hazard, Alvaro Morata i Cesc Fabregas. Antonio Conte wybrał nas, bo stylem przypominaliśmy mu Tottenham, z którym Chelsea grała kilka dni później. W tym meczu nie zagrali chyba tylko Thibaut Courtois i David Luiz. Nasi młodzi zawodnicy wyglądali jak goście, których nie interesuje mecz, tylko to, do kogo ruszą po koszulkę. Tam zobaczyłem też podejście klubu do akademii. W ośrodku Chelsea rozkopane były dwa boiska, które klub budował na nowo. Murawa miała specjalny system nawadniania, drenaż, oświetlenie. Koszt? 800 tysięcy funtów.

W QPR papiery trenera robił Sol Cambpell, przy okazji kręcenia w klubie reklam nowoczesnych butów mogłem zamienić kilka zdań z Edenem Hazardem czy Christianem Eriksenem. Na naszych boiskach trenowało dużo reprezentacji czy drużyn z Ligi Mistrzów. Dzięki temu miałem kontakt m.in. z Cristianem Zapatą, Jamesem Rodriguezem, Didierem Drogbą, Wesley'em Sneijderem czy Roberto Mancinim. Ten świat jest niezwykle mały, choć wydaje się, że to ludzie, których można zobaczyć tylko w telewizji.

Najlepszym przykładem na to niech będzie sytuacja, którą miałem na głównej ulicy handlowej w centrum Londynu. Chodząc po sklepach, spotkałem Lukę Antoniniego i Ignazio Abate z Milanu, którzy przylecieli na zakupy. Oczywiście nie przepuściłem okazji i zrobiłem sobie z nimi zdjęcie na pamiątkę. Z Antoninim kilka lat później piłem kawę, bo spotkałem go na meczu QPR.

Szczęściu trzeba tylko trochę pomóc. Gdybyś 20 lat temu powiedział mi, że odwiedzę ośrodek treningowy Milanu, to nigdy bym ci nie uwierzył. A to jednak się wydarzyło. Na Linkedinie połączyłem się z trenerem z akademii Milanu i zapytałem, czy nie mógłbym przyjechać i zobaczyć, jak się u nich pracuje. Zgodził się. Pojechałem tam razem z kolegą z Włoch, który też dostał pozwolenie.

Po zwiedzeniu akademii okazało się, że ten kolega rozmawiał z pracownikiem pierwszej drużyny, z którym kiedyś pracował. Następnego dnia byłem już w Milanello, gdzie spotkałem Paolo Maldiniego, który podpisał mi się na koszulce. Dla mnie, dzieciaka, który uwielbiał tego zawodnika, oglądając go w telewizji, to było uczucie nie do opisania.

Skąd twoja miłość do Milanu?

- Wszystko zaczęło się w 1994 roku, kiedy w niesamowity sposób rozbili 4:0 faworyzowaną, buńczuczną Barcelonę w finale Ligi Mistrzów. Trzy lata później po raz pierwszy byłem we Włoszech i kupiłem sobie koszulkę Roberto Baggio z numerem 18. I tak już zostało do dziś. Spełnieniem marzeń byłaby praca w Milanie. Chciałbym, by QPR było kiedyś ze mnie dumne, że jego pracownik rozwinął się na tyle, że trafił do tak wielkiego klubu. Na razie w QPR jednak śmieją się ze mnie, kiedy Milan przegrywa.

A co powiedziałbyś na powrót do Polski?

- Przemyślałbym to, gdyby ktoś zaproponował mi atrakcyjną pracę, długofalowy projekt. Na pewno od razu bym nie odmówił, ale wiem, że wiele rzeczy musiałoby się zgrać, bym wrócił do kraju. I naprawdę nie mówię tu tylko o pieniądzach.

Nie miałem jednak żadnych ofert, sam wysłałem kilka maili do polskich klubów, ale kontaktu nie było. Jedyną rzeczą, jaką zrobiłem dla polskiej piłki w ostatnich latach, były analizy Irlandii Północnej przed Euro 2016. Miałem sporo styczności z jej zawodnikami, więc wysyłałem raporty do trenera Adama Nawałki i Huberta Małowiejskiego, który się do mnie odezwał. Bardzo przyjemny czas, za który dostałem zaproszenie na mecz z Ukrainą w Marsylii. Bilet mam do dzisiaj, zalaminowałem go i służy mi za zakładkę do książek i przypomina, że w życiu warto ciężko pracować.

Jak patrzysz na polską piłkę z perspektywy zachodniego klubu i jego realiów?

- Chciałbym, by się ona rozwijała i z roku na rok była coraz lepsza. Kiedyś nie było stadionów, dzisiaj są. Otoczka wokół ligi była fatalna, dzisiaj jest nieporównywalnie lepsza. To przykłady, które pokazują, że jeśli czegoś naprawdę się chce, to można to zrobić. Chciałbym więc, by za 5-10 lat każdy klub w ekstraklasie miał chociaż połowę takiej akademii, jaką otworzyła ostatnio Legia Warszawa. U nas, dopóki nie będzie przymusu otwarcia akademii, to wciąż będziemy rozmawiać tylko o Legii, Lechu i Zagłębiu Lubin. Nie wiem, kto powinien to zarządzić, ale skoro nawet trzecioligowe kluby w Anglii mogły wybudować szkółki, to naprawdę znaczy, że można. Trzeba tylko chcieć.

Ja nie mówię, że każdy ma od razu wzorować się na Legii i budować tak imponujący ośrodek. Nie, twórzmy na miarę możliwości. Zrezygnujmy z dwóch-trzech słabych i przepłaconych obcokrajowców rocznie, postawmy na swoich zawodników, a zaoszczędzone pieniądze zainwestujmy w akademie. Naprawdę nie trzeba wiele, by stworzyć dobre warunki do szkolenia. Wystarczy przecież budynek i kilka boisk. Nikt nie każe budować od razu 15 boisk jak Chelsea. Zacznijmy od czterech, za rok dołóżmy dwa, w kolejnym następne dwa.

Marzy mi się, by za kilka lat ludzie ze środowiska zaczepiali mnie i chwalili nas za szkolenie. Nie widzę żadnego powodu, by Legia czy Lech nie mogły robić tego na poziomie Dinama Zagrzeb. Szkolić, sprzedawać, zarabiać, inwestować, rozwijać się. Na razie jednak rzeczywistość jest taka, że skauci wolą jeździć do Czech, Chorwacji, na Słowację czy nawet do Słowenii niż do Polski. Wiem to, bo z wieloma na ten temat rozmawiałem.

Marnujemy wielki potencjał. Największe kluby w Polsce mają setki tysięcy kibiców, w tym pewnie dziesiątki tysięcy dzieci, które marzą o tym, by w nich zagrać. Czy jesteśmy na tyle bogaci piłkarsko, by z tego rezygnować? Nie. Musimy coś jednak zmienić, bo wiemy już, że stawianie na zagranicznych piłkarzy z wątpliwą przeszłością nie jest odpowiednią drogą.

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Więcej o: