Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Terroryści na trybunach, w hotelu policyjni tajniacy. Po meczu kobiety wyszły na ulice i piły wino z mężczyznami

Magazyn "FourFourTwo" uznał ten mecz za najbardziej upolityczniony w historii mistrzostw świata. Na trybunach siedzieli przedstawiciele organizacji terrorystycznej, na boisku był problem, kto komu poda rękę. Ale piłkarze USA i Iranu wznieśli się ponad politykę i w 90 minut zrobili więcej niż dyplomaci przez 20 lat.

Tydzień z... to cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 1 do 7 czerwca piszemy o przenikaniu się polityki i sportu.

Zobacz wideo

- To spotkanie jest najlepszym dowodem, że sport i polityka są ze sobą trwale powiązane. FIFA i amerykańska federacja prosiły mnie przed wyjazdem na mistrzostwa, żebym nie upolityczniał dodatkowo tego meczu. Atmosfera i tak była napięta: w naszym hotelu kręciło się mnóstwo policyjnych tajniaków, słyszeliśmy w mediach o możliwych zamachach. Nie chcieliśmy dodatkowo podburzać ludzi do przemocy - opowiadał po dwudziestu latach od meczu Iran - USA trener Amerykanów Steve Sampson. - Dostosowaliśmy się do wskazówek i nie dotykaliśmy polityki. Za to rząd Iranu odwrotnie: robił wszystko, żeby ten mecz miał przede wszystkim polityczny wymiar. Gdybym dzisiaj mógł rozegrać to spotkanie jeszcze raz, przywołałbym historię obu krajów i wykorzystał ją jako narzędzie motywacyjne do osiągnięcia wyniku. Wtedy tego nie zrobiłem - mówił "Guardianowi".

Stany Zjednoczone przegrały z Iranem 1:2 i zajęły ostatnie miejsce w grupie F mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Ale akurat o wyniku mówiło się po tym meczu najmniej.

Ani słowa o polityce

Dla Jalala Talebiego, selekcjonera Iranu, był to wyjątkowy mecz. Urodził się w Teheranie, ale od 17 lat mieszkał w Północnej Kalifornii. Jego żona prowadziła popularną restaurację z wegetariańskim jedzeniem, dwóch starszych synów uczyło się w college'u, a najmłodszy zakochał się w futbolu amerykańskim. Prysnęli z Iranu w 1980 roku, po wybuchu rewolucji islamskiej, która doprowadziła do przekształcenia kraju z monarchii konstytucyjnej w republikę islamską, czyli ustrój oparty o religię muzułmańską. - Tam znaleźliśmy lepsze życie. Wprowadzone w Iranie ścisłe fundamentalistyczne zasady zakazywały gry w piłkę nożną, więc wyjechałem trenować do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Malezji. Później pracowałem na dwóch uczelniach w Północnej Karolinie. Nie jesteśmy obywatelami Stanów Zjednoczonych, ale jesteśmy tam legalnie - opowiadał "New York Times" przed mundialem 1998. 

W tym czasie napięcie między USA a Iranem było olbrzymie. Od 1979 roku, gdy w Iranie został obalony proamerykański szach, relacje między krajami zostały zerwane. Na ulicach Iranu popularny był już okrzyk "śmierć Ameryce!" i nazywanie Stanów Zjednoczonych "wielkim szatanem". W ambasadzie USA w Teheranie młodzi irańscy ekstremiści schwytali 60 Amerykanów i przetrzymywali ich przez 444 dni. Nowe władze robiły wszystko, żeby obrzydzić Amerykanów swoim obywatelom. Zadanie nie było trudne, bo społeczeństwo miało dość wieloletniej ingerencji Stanów w swoim kraju. Propaganda tylko podsycała nienawiść. Z kolei amerykańskie władze bały się rozprzestrzeniania rewolucji islamskiej i wspierały Irak w dążeniu do wojny z Iranem.

Tak było na górze. A na dole? Talebi i Sampson, selekcjonerzy obu reprezentacji, byli przez moment wuefistami na tym samym uniwersytecie w Palo Alto. Kilka lat przed mundialem mogli się mijać na szkolnych korytarzach, a teraz próbowano z nich zrobić śmiertelnych wrogów. - Irańczycy i Amerykanie mogli oglądać ten mecz w mojej restauracji. Razem! - mówiła "New York Times", Sira Talebi, żona selekcjonera Iranu. - W Stanach było wtedy wielu Irańczyków, którzy tak jak my wyemigrowali po rewolucji islamskiej. Ale nie wystawiłam w lokalu żadnych zdjęć naszej reprezentacji ani nie wywiesiłam flagi, żeby nie podsycać politycznych napięć. To miał być spokojny mecz. Wielu naszych amerykańskich przyjaciół trzymało było tego dnia rozdartych: z jednej strony ich reprezentacja, z drugiej Jalal - opowiadała.

Kto komu poda rękę?

FIFA zdecydowała, że osobą odpowiedzialną za kontakt z mediami i organizację meczu będzie urodzony w Iranie Mehrdada Masoudi. Problemy zaczęły się jeszcze przed meczem. A chodziło o zwykłe przywitanie obu zespołów. Losowanie grup mistrzostw świata zadecydowało, że to USA będzie drużyną A, a Iran drużyną B. Według regulacji FIFA to zespół B podchodzi do A, by przywitać się przed meczem. Normalna sprawa. Miła tradycja. Ale najwyższy przywódca Iranu Ali Chamenei wydał piłkarzom Iranu jasny rozkaz - żadnego podchodzenia do Amerykanów. To byłaby zniewaga dla Iranu. Płaszczenie się przed wrogiem, uznanie jego wyższości. Masoudi zdołał przekonać USA, aby to ich piłkarze podeszli do swoich rywali. Pierwszy problem został zażegnany. 

Kolejny? Siedem tysięcy biletów na ten mecz zostało zakupionych przez Ludowych Mudżahedinów, irańskiej organizacji lewicowej, wspieranej finansowo przez Saddama Husajna, która była opozycją dla islamistycznego reżimu. Mieli urządzić na stadionie polityczny manifest i przerwać mecz. Nie do końca było wiadomo, czego się po nich spodziewać, więc zakładano najgorsze. Francuzi przysłali na ten mecz dwa razy więcej policji, wyczulili ochroniarzy przeszukujących kibiców przed meczem i poprosili media o unikanie terrorystów w przekazie. - Wiedzieliśmy, że będą głównym problemem na trybunach. Ostrzegliśmy operatorów kamer oraz fotografów, których miejsc i jakich treści na trybunach muszą unikać. Mecz był transmitowany na cały świat i ostatnią rzeczą, jakiej chcieliśmy, było to, żeby stał się polityczną manifestacją - tłumaczył Masoudi. Udało się uniknąć skandalu: większość zakazanych flag i banerów skonfiskowano przy wejściu, a policja poradziła sobie z próbami wbiegnięcia na murawę. Telewidzowie nie zauważyli niczego niewłaściwego.

Amerykanie przed meczem rzeczywiście starali się unikać politycznych odniesień. - Większość naszych piłkarzy jest tak młoda, że nie ma pojęcia o cierpieniu amerykańskich zakładników, którzy zostali schwytani w ambasadzie. Nie sądzę, by przejmowali się przed tym meczem polityką. Nie słyszałem, żeby któryś z nich powiedział: "Pokonajmy Iran, zróbmy to dla Billa Clintona" - bagatelizował selekcjoner Sampson na konferencji prasowej. Dziennikarze dalej drążyli tylko ten temat. On próbował mówić coś o taktyce, ale sprawy piłkarskie przed tym meczem nikogo nie interesowały. Dzień wcześniej podczas specjalnych orędzi dyplomaci z obu krajów apelowali o pojednanie. Ale i tak przysłoniła ich francuska telewizja, która wyemitowała amerykański film "Tylko razem z córką", który opowiada historię Amerykanki Betty związanej z Moddym - lekarzem irańskiego pochodzenia. Żyją spokojnie w Stanach, ale pewnego dnia mężczyzna namawia żonę na wakacje w Iranie. Lecą razem ze swoją córeczką. Na miejscu Moddy staje się tyranem, znęca się nad żoną i dzieckiem. Betty słyszy, że nigdy nie upuści Iranu. Jest Amerykanką wśród ludzi, którzy nienawidzą Amerykanów. Żoną fanatycznego Irańczyka, który traktuje ją jak niewolnicę. Historia jest autentyczna, a prawdziwa Betty Mahmoody opisała ją w bestsellerowej książce.

Irańscy piłkarze protestowali przeciwko wyświetlaniu tego filmu w tak gorącym okresie. Selekcjoner Tabeli nazwał go obraźliwym i oskarżył francuską telewizją o umyślne podgrzewanie atmosfery przed meczem. W Teheranie mówili o skandalu. Władze napisały w oświadczeniu, że "film pokazuje nieprawdziwe informacje o kulturze Iranu" i nazywały oburzającym pokazanie tego filmu podczas mistrzostw świata "gdy wszyscy dookoła mówią o jedności, miłości i wspólnocie". - Przyjechaliśmy tutaj pokazać wszystkim, że nie ma problemu między obywatelami tych dwóch krajów - podkreślał Tabeli. Ale później mikrofon dostał najlepszy irański napastnik Khodadad Azizi i mówił tylko o polityce. Twierdził, że Stany Zjednoczone dla własnych celów rozpętały ośmioletnią wojną Iran-Irak. Że to przez Amerykanów zginęło lub zostało rannych ponad 500 tysięcy Irańczyków. - Wygramy ten mecz dla nich. Rodziny męczenników oczekują od nas zwycięstwa. Z tego powodu to dla nas najważniejsze spotkanie w życiu - przekonywał.

Kobiety wyszły na ulicę i piły wino razem z mężczyznami

Z czysto sportowego punktu widzenia mecz USA z Iranem również był ważny - obie reprezentacje przegrały pierwsze spotkania na mundialu i walczyły o zachowanie szans na wyjście z grupy. Piłkarze zadbali o polityczne gesty pojednania: Irańczycy przywitali Amerykanów białymi różami, symbolizującymi pokój. Prezes federacji wpadł na ten pomysł dzień przed meczem, a kwiaty kupił kitman odpowiedzialny za przygotowanie strojów. Nie było też tradycyjnych dwóch zdjęć obu reprezentacji, a jedno wspólne. - To zdjęcie zapamiętam do końca życia. Pokazało, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Nie wrogami. Możemy razem grać w piłkę, szanować się nawzajem, uścisnąć dłoń, pogratulować zwycięstwa. Pokazaliśmy, że mamy swoją dumę, swoją historię, ale nie chcemy ze sobą walczyć. Chcieliśmy tylko uprawiać sport - mówił po tym meczu selekcjoner Irańczyków Jalal Talebi.

Iran wygrał 2:1 po golach strzelonych w drugiej połowie i wyeliminował USA z mistrzostw. Oczywiście Ajatollah Ali Chamenei, duchowy przywódca narodu, powiedział zaraz po meczu: "Dziś wieczorem silny i arogancki przeciwnik znów poczuł gorzki smak porażki z naszych rąk". Ale podobnych wypowiedzi było niewiele. Polityka wylądowała w kącie. Najlepiej było to widać w Teheranie, gdzie tysiące ludzi wyszło na ulice świętować. Kobiety i mężczyźni. Już po awansie na ten mundial pięć tysięcy kobiet weszło na stadion, żeby powitać piłkarzy wracających po zwycięstwie nad Australią. Wtedy ich prawa na chwilę wyrównały się z prawami mężczyzn. Po zwycięstwie nad USA było podobnie. Niektóre zdjęły chusty, bawiły się na ulicach i piły wino razem ze swoimi mężami. I choć to nielegalne, policjanci nic z tym nie robili. Tańczyli razem z nimi. Tego wieczoru też byli przede wszystkimi kibicami. - Po raz pierwszy od czasu rewolucji irańskie społeczeństwo pokazało inną, radosną twarz. Dla rządu to był szok. Politycy chcieli mówić o polityce, ale ludzie mieli ją gdzieś. Rządzący nie zdawali sobie sprawy, że futbol jest u nich w kraju tak popularny. I że wiele osób chce żyć inaczej - mówił "The Guardian" irański reżyser Ayat Najafi.

Nawet przegrani Amerykanie szukali po tym meczu pozytywów. - W 90 minut zrobiliśmy więcej niż dyplomaci przez dwadzieścia lat - powiedział obrońca Jeff Agoos.

W kolejnym meczu Iran przegrał z Niemcami 0:2 i też odpadł z turnieju. Półtora roku później USA i Iran zagrały ze sobą raz jeszcze. Tym razem towarzysko w Pasadenie w Kalifornii. - Pod wieloma względami ten mecz był jeszcze bardziej znaczący, bo był towarzyski, więc żeby do niego doszło potrzebna była współpraca obu stron - twierdzi Mehrdad Masoudi, który odpowiadał za organizację mundialowego spotkanie. - Ale mogło do niego dojść tylko dlatego, że mecz na mistrzostwach świata we Francji okazał się sukcesem.

Więcej o: