Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Cała Polska czekała na pomysły Rockiego. "Wygłupy? To dawało nam motywację"

"On wiedział, że piłka ma dawać ludziom radość". Cieszynki, które wymyślał, nie były tylko rozrywką. - One nam dawały dodatkową motywację. Pomagały w grze, dodawały smaczku, chcieliśmy strzelać, wygrywać i prezentować to, co przygotowaliśmy - opisuje Piotra Rockiego w rozmowie ze Sport.pl Dariusz Dudek, jego przyjaciel. 46-letni Rocki zmarł we wtorek w wyniku pęknięcia tętniaka.

"Piotrek, walczyłeś dzielnie, ale niestety ten przeciwnik okazał się zbyt wymagający. Spoczywaj w pokoju "Rocky" i zabawiaj tam u góry wszystkich swoimi charakterystycznymi cieszynkami" - napisała po śmierci Piotra Rockiego Polonia Bytom.

Zobacz wideo "Poczekajmy z gratulacjami dla Legii. Piast wie, jak ograć Legię na finiszu"

To jeden z kilkunastu klubów, który wspominał gracza, swego byłego zawodnika. Piłkarz najbardziej zapamiętany będzie jednak nie z Bytomia, Radzionkowa, Stróży, Tychów, Podbeskidzia, Zabrza, Zamościa czy Warszawy - choć i tu CV ma bogate, bo zaczynał karierę w Polonii, a dotarł też do Legii – lecz z Wodzisławia i Grodziska Wielkopolskiego. W pierwszym klubie ogrywał ligowych faworytów i bawił kibiców, w drugim odnosił największe sukcesy w karierze i miał spory wpływ na szatnię.

"Wiedział, że piłka ma dawać ludziom radość"

"Piotrek Rocki wiedział, że piłka ma dawać ludziom radość, zabawę, dobrą energię, wywoływać uśmiech na twarzy. Jego cieszynki przeżyją nas wszystkich" - skomentował informację o śmierci zawodnika dziennikarz Canal+ Andrzej Twarowski. Rocki właśnie taki był: uśmiechnięty, energiczny, koleżeński. Tym humorem i rozrywką dawał swoim drużynom coś bardzo ważnego, co najmocniej uwidoczniło się właśnie w Odrze. Na początku XXI wieku mały klub z południa Polski często odbierał punkty faworytom i bił się o podium ligowej tabeli. Grę zawodników z Wodzisławia oglądało się z zaciekawieniem. Również dlatego, że po swoich golach prezentowali całej Polsce oryginalną radość. W Odrze głównym reżyserem tych scen był właśnie Rocki. Jeśli treningi służył przygotowaniu do meczu od strony motorycznej i taktycznej, to w Wodzisławiu - głównie w poniedziałki - podczas zajęć regeneracyjnych zawierały jeszcze jeden ważny i wyczekiwany punkt.

- Spotykaliśmy się wcześniej. W szatni często zbieraliśmy pomysły, potem po treningu były one sprawdzane - mówił kilka lat temu Rocki w magazynie Canal+ "Ekstraklasa po godzinach". Nie opowiadał o wariantach rozegrania rzutu wolnego, a o kulisach cieszynek.

- Do Wodzisławia jeździliśmy razem na treningi, ja z Knurowa on z Zabrza. To była wspólna godzina w samochodzie. Wszystkie rzeczy, które przychodziły Piotrkowi do głowy, miałem zatem z pierwszej ręki, to o nich w tym aucie często dyskutowaliśmy. Oczywiście czasem któryś z kolegów dodawał i proponował potem coś od siebie na zajęciach, ale Piotrek myślał zawsze najszybciej - wspomina w rozmowie z nami Dariusz Dudek, który z Rockim na boisku rozegrał kilkadziesiąt meczów.

"Wygłupy? To dawało nam dodatkową motywację"

- To nie były zwykłe wygłupy, ale inteligentne rzeczy. One nam w tych meczach dawały dodatkową motywację. Czekaliśmy, co on wymyśli, a potem to już miało często wymiar mentalny. Pomagało w grze, dodawało smaczku, chcieliśmy strzelać, wygrywać i prezentować to, co przygotowaliśmy - opowiada Dudek. Dodaje, że kilka fajnych pomysłów nie ujrzało światła dziennego.

- Najgorsze było 0:0. Rocki się czasem nakręcał, że musi dobrze zagrać, musi coś strzelić, bo ma fajny pomysł na radość, ale nie było do niej okazji – dodaje Dudek.

To właśnie przez kreatywność Rockiego powstała słynna Lokomotywa po meczu z Lechem Poznań czy Krakowiak po starciu z Cracovią.

Był też Dyskobol po starciu z drużyną z Grodziska. Było również pasowanie na rycerzy, kiedy Odra po rundzie jesiennej sezonu 2001/02 została rycerzami najwyższej klasy rozgrywkowej i mistrzem pierwszej części sezonu. Czasem wodzisławskie cieszynki wymagały rekwizytów i skoordynowanej pracy grupowej. Tak było choćby przy Lajkoniku podczas meczu z Wisłą Kraków.

Łukasz Sosin załatwił drewnianą głowę konia, a Rocki przybił do niej dodatkową listwę, żeby eksponat był bardziej okazały. Przed meczem wszyscy zawodnicy pomalowali też głowy na czerwono, co oczywiście było dużym przedsięwzięciem. Farbowanie to też była inicjatywa Rockiego. Co ciekawe na jedną z najbardziej znanych cieszynek w polskiej ekstraklasie kibice musieli trochę poczekać. Wodzisławianie nie chcieli prezentować jej ani po pierwszym, ani po drugim golu przeciw mocnej wówczas "Białej Gwieździe". Bali się denerwować rywali. Lajkonik pojawił się na boisku dopiero przy bezpiecznym 3:0.

- Wiem, że gdzieś kiedyś była też zaprezentowana łódka, którą "Rocky" razem z drużyną płynął po Odrze. Samego meczu i nawet tego, czy ja w nim grałem, czy widziałem to już w telewizji, teraz nie pamiętam - uśmiecha się Bartosz Ślusarski, który sam był kiedyś pełen podziwu dla pomysłów Rockiego. Nie tylko dla nich. Były gracz m.in. Lecha Poznań czy Cracovii, który z Rockim przez kilka sezonów grał w Dyskobolii, podkreśla też wartość sportową i mentalną, którą do drużyny wnosił w Grodzisku ten doświadczony gracz.

- To był charakterny gość. Często wykłócał się z arbitrem. Czasem wydawał mi się nawet nerwusem. Ja też miałem z nim kiedyś jakieś spięcie. Tyle że jego nie dało się nie lubić. On to wszystko robił dla drużyny. W szatni buzia mu się nie zamykała. Zaczepiał, żartował, ale i pomagał. To była mrówka do pracy. Takich zawodników się ceni. Rocki biegał za dwóch, miał ten swój gaz, a do tego nie był samolubem, często podawał. Choć graliśmy na podobnych pozycjach, to mi się z nim bardzo dobrze współpracowało. Był uniwersalnym graczem – wspomina swojego kolegę Ślusarski. To z nim w składzie Dyskobolia wygrywała Puchar Polski i dwa Puchary Ligi. Ślusarski podkreśla też, że doświadczony napastnik robił dobrą atmosferę i miał świetny kontakt z młodymi graczami.

- Do Groclinu wchodzili wtedy m.in. młodzi Radosław Majewski czy Tomasz Zahorski. On się czuł dla nich takim nauczycielem, może trochę tatą. Jak na moje oko mieli znakomity kontakt – przypomina sobie Ślusarski.

Majewski przyznaje nam, że to właśnie Rocki uformował go jako człowieka i piłkarza, że wpłynął na jego charakter. Że to przy Rockim siedział w szatni, z nim dzielił pokój na wyjazdach, że to do niego chodził na sylwestra. Że to z nim grał w PlayStation na telewizorkach, które teraz ogląda się już bardziej w muzeach, i że właściwie do tej pory utrzymywał z nim mniejszy lub większy kontakt. O tym wszystkim teraz mówić nie chce. Śmierć kolegi silnie na niego wpływa. Hołd postara się oddać mu na pogrzebie i wesprzeć rodzinę, z którą ostatnio trochę rozmawiał.

"Jak będziesz szukał asystenta, weź mnie"

46-letni Piotr Rocki zmarł z powodu pęknięcia tętniaka. Zostawił żonę i dwójkę dzieci. 22-letni Denis i 19-letni Kevin potwierdzili smutną informację w mediach społecznościowych, gdzie podziękowali za wszelkie wyrazy wsparcia.

Ich ojciec był z nich dumny. Choć do niczego nie namawiał, synowie poszli w jego ślady. Teraz też grają w piłkę.

- Pamiętam jeszcze, jak zabierał dwa małe grzyby na mecze w Grodzisku – wspomina Ślusarski. - Siedzieli na trybunach, chodzili po murawie. Fajnie się na to patrzyło - dodaje, nie mogąc się nadziwić jak te "dwa grzyby" teraz wyrosły.

- Tak samo było w Wodzisławiu. Rocki to był bardzo rodzinny człowiek. Uwielbiał swoich chłopaków i żonę Ewę - wspomina Dudek. - Jego starszy syn to chodząca encyklopedia piłkarska. Pamięta wszystkie nazwiska graczy, daty urodzin. Jego dzieci zawsze dawały mu ogromną radość - mówi Dudek, który z Rockim się przyjaźnił i dzielił pokój na zgrupowaniach Odry. Też słychać, że do tych momentów wraca mu się trudno.

- Trudno mi uwierzyć, że odszedł. To był człowiek, który nigdy nie odpuszczał, którego nigdy nic nie bolało. On na mecz mógł wyjść z urwaną nogą. Wspaniała osoba i człowiek-orkiestra. Taki dobry duch każdego zespołu - podsumowuje Dudek.

- Ostatni raz spotkałem się z nim niedawno, tuż przed pandemią koronawirusa, na meczu Górnika Zabrze. Sporo rozmawialiśmy o tym, jak się rozwijają jego synowie i o zawodzie szkoleniowca. Mówił mi: jak będziesz szukał asystenta, weź mnie. Chciał się dalej uczyć tego fachu - opisuje niedawny trener Zagłębia Sosnowiec. - Bardzo współczuję jego najbliższym - dodaje.

Przeczytaj także: