Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Problem z zapanowaniem nawet nad garstką widzów". Zdjęcia mówią same za siebie

Jeszcze niedawno mieli godzinę policyjną i 28 dni kwarantanny. Teraz Serbia przywróciła rozgrywki sportowe, a od 1 czerwca rząd częściowo otworzy tam trybuny. Z kibicami grają już Węgrzy. Czy ich przykład może być pomocny dla przygotowującej się na powrót sportowych fanów Polski? Na pewno pokazuje, że z zapanowaniem nawet nad garstką widzów może być problem.

Węgrzy otworzyli się na kibiców już w ostatni weekend maja. Serbowie będą mogli uczestniczyć w sportowych imprezach na świeżym powietrzu od 1 czerwca. Rządy tych krajów uznały, że sytuacja epidemiologiczna jest tam na tyle dobra, że luzowanie kolejnych restrykcji nikomu nie powinno zaszkodzić.

Zobacz wideo Cezary Kucharski: Będzie większa presja na bezgotówkowe transfery

W Serbii liczbę fanów na trybunach jednak ograniczono - do tysiąca. To sporo mniej niż w Polsce, gdzie rząd od 19 czerwca pozwoli, by widownie wypełniały się w 25 procentach. W Poznaniu, Gdańsku czy Wrocławiu oznacza to otwarcie się na 10 tysięcy fanów. Dlatego schematy zastosowane w Serbii może być trudno wykorzystać nad Wisłą. Na Bałkanach kluby zresztą jeszcze nie znają szczegółów, jak powrót kibiców będzie przebiegał. Na Węgrzech już mogliśmy to obserwować.

Serbia: kibice metr od siebie, ale dalszych konkretów brak

Otwarcie na kibiców było nieco zaskakujące zarówno w Polsce, jak i w Serbii. W naszym kraju prezes Zbigniew Boniek pertraktował z premierem Mateuszem Morawieckim w sprawie zgody na organizowanie zawodów przy maksymalnie 999 osobach na widowni (nie jest to wtedy impreza masowa), a skończył rozmawiać z informacją, że rząd jest skłonny na zdecydowanie większe ustępstwa.

W Serbii miesiąc temu państwo funkcjonowało niemal tak, jakby było w stanie wojny, choć wprowadzanie pierwszych restrykcji kraj ten zaczął tydzień po Polsce.

- Czuć było pewne lekceważenie tematu ze strony państwa. A potem poszło to w drugą skrajność. Przez początkowe zaniedbania była potem większa panika, więc i ograniczenia większe - mówił w rozmowie ze Sport.pl serbski trener Legii Aleksadar Vuković.

W 7-milionowym państwie wprowadzono weekendowe godziny policyjne, 28-dniową kwarantannę dla przyjezdnych oraz poranki dla seniorów. Z osobami, które nie stosowały się do zasad -  szczególnie w kwestii kwarantanny - postępowano dość zdecydowanie. Na początku kwietnia w serbskich aresztach było ponad 100 osób przyłapanych na nieprzestrzeganiu rządowych zasad. Pierwsze z nich dostały wyroki trzech lat więzienia.

W maju sytuacja koronawirusowa zaczęła się jednak poprawiać. Zniesiono stan wyjątkowy, zaczęto otwierać restauracje, szkoły i centra handlowe. Ogłoszono też, że sport zacznie wracać pod koniec miesiąca. W ostatnim tygodniu maja w Serbii można było też swobodnie przekraczać granice, bez obowiązkowych testów na koronawirusa i okazywania specjalnych przepustek. Rząd kraju, w którym liczba zainfekowanych zbliżyła się do 11,5 tysiąca (zgonów jest niemal 250), a dobowy przyrost zainfekowanych zmniejszył się do kilkudziesięciu dziennie, dość szybko uznał, że nadszedł już czas na ponowne otwarcie stadionów dla kibiców. Stało się to w momencie, gdy wszyscy byli gotowi na grę w ciszy, a władze ligowe ustaliły, że w tym sezonie nikt z Superligi nie spadnie, nie zakończy się ona play-offami, w następnym sezonie zagra w niej 20 drużyn, a tytuł właśnie wywalczyła Crvena Zvezda Belgrad. Udało jej się to w czwartej kolejce przed końcem ligi. Kibice, którzy właśnie dostali możliwość wejścia na trybuny od 1 czerwca, załapią się zatem na trzy ostatnie ligowe kolejki, w których rozstrzygną się jedynie losy europejskich pucharów.

"W naszej lidze nieczęsto zdarza się, że trybuny się zapełniają, więc brak widowni nie powinien mocno zmieniać okoliczności meczów. Nasze drużyny są przyzwyczajone do gry w teatralnej atmosferze, z małymi wyjątkami" - pisały serbskie "Novosti" przed wznowieniem ligi.

Na jednej z ostatnich sesji serbskiego sztabu kryzysowego, której przewodniczy premier Ana Brnabić, ogłoszono jednak, że organizatorzy sportowych zawodów na świeżym powietrzu mogą zaprosić na trybuny do 1000 osób. Ucieszył się z tego m.in. Novak Djoković, który organizuje w kraju tenisowy turniej Adria Tour i bardzo chciał, by na żywo zobaczyli go kibice. Władze klubów Superligi były tą decyzją nieco zaskoczone.

- Nadal nie otrzymaliśmy oficjalnych informacji w tej sprawie, ale jeśli rząd uznał, że można rozgrywać mecze z udziałem części kibiców, to są to dla nas dobre wieści - komentował Milos Vazura, dyrektor generalny FK Partizan. - Piłka nożna z fanami i bez nich to dwie różne dyscypliny. Mamy okazję oglądać rozgrywki niemieckiej Bundesligi bez fanów i czegoś ewidentnie w nich brakuje. Wsparcie kibiców nam się przyda, choć wiem, że będą obowiązywały dla nich jakieś specjalne zasady - dodał jeden z ważniejszych ludzi w Partizanie.

Jakie to zasady? Na razie szczegóły nie zostały podane, a może jeszcze gotowe nie są. Wiadomo jedynie, że warunkiem uczestnictwa widzów w meczu, będzie utrzymanie między każdą osobą co najmniej metrowego odstępu. Co może być trudne w realizacji, jeśli w danym sektorze pojawi się na przykład kilkuset krewkich fanów Partizana. Sam protokół wznowienia ligi serbskiej, choć podobny do tego w Polsce, wydawał się nieco łagodniejszy. W Serbii kluby mogą korzystać z chłopców do podawania piłek, a na trybunach może być więcej dziennikarzy. Tak jak i u nas obowiązuje tam podział stadionu na kilka stref. Ta główna - z boiskiem i szatniami została ograniczona tylko dla piłkarzy, sztabów sędziów i niezbędnej obsługi.

Węgrzy z kibicami gości. Społeczny dystans trudny

Jak wygląda powrót kibiców na trybuny, można było zobaczyć w ten weekend na Węgrzech. Przynajmniej w części. Tam również liczba osób na stadionach była limitowana. W jaki sposób? Nie jest to wyjaśnione w żadnych komunikatach i rozporządzeniach. O tym, czy kibice wejdą na trybuny, decydował klub, wydaje się, że to on też decydował, ilu ich tam było. Przeglądając dane z meczów, zauważyć można, że na żadnym obiekcie liczba widzów nie przekroczyła 25 proc. procent pojemności stadionu. Być może polski rząd idzie sportową ścieżką przecieraną właśnie przez Węgrów?

Na meczu Kisvardy z Ujpestem było 820 osób (pojemność obiektu 3300), Starcie Diosgyor z Mezokovesd śledziło 2250 osób (15000), mecz Paksi z Fehervarem oglądało 600 osób (4950), a Kaposvari z Zalaegerszegi 500 fanów (7000). W dostępnych informacji wynikało, że na stadionach obowiązywała zasada przydzielania jednego fana na 4 krzesełka, tak by trzy siedziska obok każdej osoby były puste. Żaden fan w teorii nie mógł siedzieć bezpośrednio za lub przed inną osobą. Być może podobny model zostanie przyjęty też w Polsce. W praktyce na meczu Kaposvaru wyglądało to tak. Przynajmniej na głównej, spokojniejszej trybunie.

Tyle że węgierski protokół nie zabrania przyjazdu na spotkania kibicom drużyn przeciwnych. Na sektorach zajmowanych przez najbardziej zagorzałych fanów trzymania społecznego dystansu raczej nie było widać. Choć liczba stojących tam i cieszących się z goli osób nie była też duża. Na tych sektorach nie było wielu ochroniarzy, którzy tak jak na trybunie głównej dbali o rozmieszczenie widzów.

KibiceKibice Kacper Sosnowski

Zresztą podobnie wyglądała też trybuna najbardziej zagorzałych fanów Diosgyoru. Tam, oprócz najbardziej oddalonych od boiska sektorów, społeczny dystans zauważyć było trudno.

Liga węgierskaLiga węgierska DVTK

Kiedy jakiś czas temu pytaliśmy prof. Włodzimierza Guta, specjalistę w dziedzinie mikrobiologii i wirusologii, doradcę Głównego Inspektora Sanitarnego o chęć wpuszczania na szwedzkie stadiony kibiców pod określonymi warunkami, był do tego pomysłu nastawiony sceptycznie.

- Można chcieć rozsadzać kibiców na trybunach. Tyle że w przypadku tej grupy społecznej mam spore wątpliwości, czy i jak to się uda - mówił.

- Ilu kibiców miałoby być na trybunach? Jeśli 50, to można ich porozsadzać niemal tak, że nie będą się widzieć. Tyle że to specyficzna grupa, w której jeden ciągnie do drugiego. Jak wpuści się na stadion iluś tam kibiców, to oni usiądą sobie, jak chcą. No, chyba że każdemu przydzieli się też jednego nadzorcę - komentował.

Dodawał, że do wszelkich rozporządzeń i pomysłów trzeba podchodzić odpowiednio przygotowanym. - Jeśli ktoś ma podejść do tego poważnie, to musi stworzyć procedurę, która nie będzie ośmieszała samego zjawiska. Jeśli się wprowadza jakieś normy bezpieczeństwa, trzeba wiedzieć, jak je wyegzekwować - przestrzegał.

Węgierski Związek Piłki Nożnej zapowiada też sprzedaż limitowanej liczby biletów na finał pucharu kraju, który zostanie rozegrany 3 czerwca na stadionie narodowym w Budapeszcie. Dostępnej liczby miejsc na razie nie ujawniono. Na finał zapraszani są zarówno kibice Honvedu jak i Mezokovesd. Jeśli Puskas Arena wypełni się w około 20 procentach, finałowe starcie może zobaczyć tam nawet około 13 tys. widzów.

W mediach i na związkowych stronach nie są dostępne informacje dotyczące środków bezpieczeństwa podejmowanych przy wpuszczaniu kibiców na węgierskie obiekty oraz szczegółowe zasady na nich panujące. Jeśli chodzi o sytuację związaną z koronawirusem, to w niemal 10-milionowym państwie choroba wydaje się wygasać. Do tej pory odnotowano tam prawie 3900 przypadków infekcji, zmarło ponad 500 osób. Codziennie przybywa około kilkunastu nowych zakażonych (ok. 0,7 proc.). Dla porównania w Polsce mieliśmy ponad 23,5 tys. Zainfekowanych, ponad tysiąc zgonów, a dzienny przyrost chorych wynosi około kilkuset osób (tj. mniej niż 2 procent)

Od 21 czerwca grać przy dopingu publiczności planuje też rosyjska Premier Liga, choć wcześniej zakładano, że ruszy ona wtedy na zamkniętych stadionach. Teraz zdecydowano się jednak, by kibice zajęli na nich maksimum 10 procent miejsc. W 145-milionowej Rosji zanotowano 400 tys. infekcji, 4,5 tys. osób zmarło. Dziennie liczba zakażonych zwiększa się o ok. 2,5 procent.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .

Więcej o: