Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ciała przygniecione murem zostały przykryte folią, by nie straszyły. Piłkarze musieli grać do końca

Choć to angielska piłka doszła tego wieczoru do ściany, to pod zawalonym murem na Heysel zginęli głównie włoscy kibice. To był finał niekompetencji UEFA, plemiennej głupoty kibiców i nienawiści podlewanej alkoholem. Równo 35 lat temu na stadionie zginęło 39 osób, a ponad 600 zostało rannych.
Zobacz wideo

Wielkie tragedie potrafią błyskawicznie przywłaszczyć sobie wszelkie skojarzenia z miejscem, w których do nich dochodzi. Oświęcim, Hiroszima, Czarnobyl i World Trade Centre. Z Heysel jest podobnie. Juventus wygrał tam Puchar Europy, ale po 35 latach pamięta się, że tak naprawdę wszyscy wtedy przegrali. Działacze, organizatorzy, politycy, policjanci, pseudokibice i pseudoeksperci od kontroli bezpieczeństwa, którym sprawdzenie całego 60-tysięcznego obiektu zajęło pół godziny.

Większość chce o tym wieczorze zapomnieć. UEFA się wstydzi, Anglicy mają wyrzuty sumienia, a i Włochom coś przeszkadza się tym sukcesem chwalić. Heysel już nie ma. Zostały zdjęcia. Powykrzywianych twarzy kibiców Juventusu, którzy za wszelką cenę próbują uciec przed uzbrojonymi w butelki, pręty i kamienie chuliganami z Liverpoolu. Butów, które uciekający pogubili na trybunie. I ciał, na które przed chwilą zawalił się mur. Zostały zniesione w jeden narożnik i przykryte folią, by nie straszyły podczas meczu. Bowiem piłkarze - jak orkiestra na Titanicu - mieli grać do końca i zagłuszyć śmierć.

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Na Heysel Liverpool bronił Pucharu Europy. Rok wcześniej po rzutach karnych pokonał AS Romę na jej stadionie. Pijani szczęściem i włoskim winem Anglicy tańczyli i kąpali się w fontannie Trevi. Zawiedzeni gospodarze nie mogli znieść tego widoku. Ruszyli po sprzęt - noże, kastety, pałki, wsiedli na skutery i atakowali kibiców Liverpoolu. To był ich rewanż za porażkę na boisku. - Mówią, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Po tym co spotkało naszych kibiców, chciałem zobaczyć chociaż jedną, która pozwalała bezpiecznie wyjechać z tego piekła. Większość ludzi wspominających tamten finał, wraca do chwiejnych ruchów Bruce’a Grobbelaara podczas karnych, ale każdy, kto tam był, powie, że to finał dymu, gazu łzawiącego i płomieni - mówił "Independent" Michael Robinson, były piłkarz Liverpoolu. 

Po roku rany jeszcze się nie zabliźniły, a Liverpool znów miał grać o puchar z włoską drużyną. A że fani Juventusu niewiele mieli wspólnego z tymi z Rzymu? Anglikom to nie przeszkadzało. Mieli szasnę odpowiedzieć na wydarzenia sprzed roku. Pobić Włochów bardziej niż oni pobili ich. Kibice z Wysp mieli wtedy opinię najgorszych w Europie, bo gdzie nie jechali, kończyło się rozróbami. A na finał w Brukseli kolejnymi statkami przypływały prawdziwe tłumy. Już kilka dni przed meczem w brytyjskich, włoskich i belgijskich gazetach pisano, że kibice Liverpoolu poprosili o wsparcie chuliganów innych angielskich klubów. Tłukli się z nimi co tydzień podczas ligowych meczów, ale wtedy nadszedł moment chorego zjednoczenia. Upatrywali pewnej nobilitacji w tym, że mogą reprezentować Anglię w walce z Włochami. Futbol zszedł na dalszy plan.

W korespondencjach przed finałem wielu z trzystu akredytowanych na to spotkanie dziennikarzy pisało, że w porcie w Zeebrugge kręcą się też kibice z flagami Luton, West Hamu i Newcastle. Ale ich relacji oficjalnie nikt nigdy nie potwierdził. Według niektórych atmosfera już od rana była niezwykle napięta, inni pisali z kolei o wspólnym pikniku angielskich i włoskich kibiców. Wszyscy są natomiast zgodni, że po południu, gdy kibice wlali już w siebie litry piwa, na placu Brouckera jeden z Anglików został dźgnięty nożem. To był sygnał do wszczęcia kolejnej wojny.

Zresztą, spodziewali się jej wszyscy z wyjątkiem działaczy UEFA, którzy mimo zapowiedzi chuligańskiego rewanżu, nie zmienili miejsca finału. Uparli się, że Liverpool zagra z Juventusem na wysłużonym, sześćdziesięcioletnim stadionie, który bardziej nadawał się już do rozbiórki niż goszczenia tak ważnego meczu. Brakowało mu wyjść ewakuacyjnych, przejścia między sektorami były wąskie, za to w niektórych miejscach dziury w murach były tak duże, że ludzie wchodzili na stadion bez biletów. Schody? Wystarczyło w nie kopnąć, by odłupać solidny kawał betonu. Bramy? Ledwie sześć na ponad 20 tysięcy kibiców Liverpoolu. - Pamiętam nasze obawy. Przed finałem sekretarz naszego klubu ostrzegał władze UEFA, żeby dokładnie sprawdziły obiekt i być może zdecydowały się przenieść finał na Camp Nou albo Santiago Bernabeu. Była taka możliwość - opowiada "GQ Magazine" Phil Neal, ówczesny kapitan Liverpoolu.

Ale przeprowadzone po tragedii śledztwo wykazało, że kontrola stadionu trwała trzydzieści minut. UEFA nawet nie próbowała zachować pozorów. Wszyscy dookoła trąbili, że Anglicy szykują się na Włochów, a federacja skazała ich na wspólne oglądanie meczu z trybuny za bramką. Były tam trzy sektory: X, Y i Z. Dwa pierwsze zostały przeznaczone wyłącznie dla kibiców Liverpoolu, natomiast na Z utworzono sektor neutralny. W założeniu - mieli tam usiąść wyłącznie Belgowie, którzy bardziej niż zwycięstwa którejś z drużyn pragnęli pięknego widowiska. UEFA sprzedając bilety na ten sektor była po prostu naiwna, bo owszem, kupowali je Belgowie, ale tylko po to, żeby przed finałem sprzedać je z kilkukrotną przebitką włoskim imigrantom, których w Brukseli nie brakowało. Najlepiej zarobił ten, kto kupił kilkadziesiąt biletów i od razu sprzedał je włoskim biurom podróży. Efekt był taki, że na neutralnym sektorze Z siedzieli niemal wyłącznie kibice Juventusu. Od fanów Liverpoolu oddzielała ich tylko metalowa siatka, którą można odgrodzić się od sąsiada, ale nie zatrzymać rozwydrzonych chuliganów.

"Krzyczałem "Roberto, Roberto!", szukałem syna"

Simone Stenti, obecnie dziennikarz, miał wtedy dwadzieścia lat i w ostatniej chwili w jednym z mediolańskich biur podróży zdołał kupić wejściówki na ten mecz. Wyboru nie było - tylko na sektor Z zostały ostatnie bilety. Kupił dwa - jeszcze dla ojca. Wkurzali się przy bramkach, bo przejście przez kołowrotki przeciągało się w nieskończoność. - Jedna na tylu kibiców?! - irytował się ojciec, Domenico. Mieli zapas czasu, do meczu pozostawały ponad dwie godziny, ale kolejka była taka, że zaczęli wątpić, czy zdążą przed pierwszym gwizdkiem. Godzinę przed meczem byli już na miejscach. Słyszeli wzajemne zaczepki kibiców i kasjerkę ze stanowiska z hot dogami, która darła się, że ktoś ukradł jej z kasy 600 franków. Równowartość dwóch bułek i piwa. Ośmiu policjantów zaczęło szukać złodziejaszka. Było kilka minut po 19.

- Zobacz, między kibicami został tylko jeden policjant - szepnął ojciec do syna. Kiedy ten spojrzał, kibice Liverpoolu akurat okładali go pięściami. Pozostali funkcjonariusze nie wrócili na czas. - Nastąpił pierwszy atak. Anglicy rzucali race w naszą stronę. Słychać było tylko jak tłukły się butelki. Rzucali czym się dało: pokruszonym betonem, puszkami, drobniakami z portfela - opowiadał po latach Simone Stenti w "GQ Magazine".

Włoscy kibice instynktownie wycofali się o kilka metrów. Kilka minut później, Anglicy bez trudu zerwali siatkę i dostali się na sektor Z. Uzbrojeni w butelki, metalowe pręty wyrwane z ogrodzenia, ośmieleni alkoholem, pchani żądzą rewanżu. Kibice Juventusu uciekali byle dalej od nich. Trafiali do narożnika - z jednej strony półtorametrowy płot oddzielający trybunę od boiska, z drugiej wysoki na trzy metry ceglany mur. Wybuchła panika. Ludzie biegali w różnych kierunkach szukając ucieczki. Wzajemnie się tratowali. Byli w pułapce, a nad ich głowami ciągle latały puste butelki. Kto bardziej wysportowany, próbował wspiąć się na ogrodzenie i przeskoczyć na boisko. Wielu kibiców wisiało na murze. 

- Jeden z Brytyjczyków chciał mnie zaatakować, wymachiwał mi przed twarzą metrowym prętem. Wyglądał jak zwierzę. Bestia. Ślina ciekła mu z ust, miał obłęd w oczach. Musiał być pod wpływem jakichś cholernych narkotyków. Myślałem, że to mój koniec - opowiadał Giampietro Donamigo w "La Republica".

Potężny huk, który jego uratował, w jednym momencie zabił ponad trzydzieści innych osób. Giampietro mógł uciec, bo nawet stojący przed nim Anglik na moment struchlał. O 19:35 stare cegły nie wytrzymały naporu kibiców. 35 osób zginęło na miejscu - uduszone lub zmiażdżone. Gruzami albo butami innych uciekających. Zawalił się też niższy płot i ludzie wylali się z trybuny na boisko. Byli oswobodzeni. Ale po chwili wracali, by ratować innych. Przęsła płotu robiły za nosze. Ranni za ratowników. Klubowi lekarze Liverpoolu i Juventusu za wyrocznie - kogo ratować, a komu nie da się już pomóc. Karetki przyjechały po kilkudziesięciu minutach, bo policjanci ze stadionu nie mieli kontaktu z bazą i długo nie mogli przekazać co się stało. Z przeciwległej trybuny biegli już kibice Juventusu gotowi rzucić się na Anglików i pomścić ofiary. Na szczęście policja zdołała ich w porę zatrzymać.

- Życie zawdzięczam mojemu ojcu. Czuł, co się dzieje i zaraz po tym, jak kibice uderzyli policjanta chwycił mnie za rękę i krzyczał, że wychodzimy. Chciałem zostać, ale zmusił mnie do wyjścia. Zostaliśmy dociśnięci do ściany toalety. Gdybyśmy wtedy się na nią nie wspięli, pewnie by nas udusili. Podniosłem tatę i udało mu się wskoczyć na dach tej oficyny. Ręce miał całe poprzecinane od drutu kolczastego, więc gdy zrobiło się luźniej, poszliśmy do namiotu Czerwonego Krzyża. Tam pierwszy raz zobaczyliśmy martwe ciała - wspominał Stenti. - Gdy wszyscy wbiegli na boisko, policjanci okładali pałkami kogo się dało. Piłkarze Juventusu wychodzili z szatni, żeby zobaczyć co się dzieje. Rozmawiałem z bramkarzem Stefano Tacconim. Próbował zrozumieć co się stało. Powiedziałem mu: "Słuchaj, to już nie jest mecz piłki nożnej. To tragedia" - relacjonował w "GQ Magazine". Później Tacconi opowiadał włoskim mediom, że ich szatnia wyglądała jak sala szpitalna.  

Otello Lorentini, dziadek z Arezzo, podobnie jak Simone Stenti, kupił bilety na sektor Z dla siebie, swojego syna Roberto oraz dwóch siostrzeńców Andrei i Gianniego w biurze podróży. Dla dzieciaków to miała być najlepsza atrakcja w życiu, dorośli cieszyli się z rodzinnego wypadu na mecz.

Roberto był lekarzem, więc gdy ludzie zaczęli upadać, pozostał z tyłu i pomagał rannym. - Ja uciekłem przez szczelinę w płocie na szczycie trybuny - opowiadał Otello Lorentini "GQ Magazine". - Później znalazłem się na boisku. Krzyczałem "Roberto, Roberto!", szukałem syna. Najpierw zobaczyłem mojego siostrzeńca, który siedział zapłakany z głową schowaną w dłoniach. Roberto leżał niedaleko na trybunie. Przyłożyłem ucho do jego piersi i usłyszałem, że jego serce bije. Nie biło. To moje serce dudniło tak głośno. On już nie żył. Ekipa telewizyjna mnie filmowała. Później widziałem siebie z martwym synem w wiadomościach.

Gdy Roberto już nie żył, czternastoletni Guiseppe, siostrzeniec Otello, walczył o życie. Czuł wstyd, bo żeby się uratować, musiał biec po leżących ludziach. - Ale przynajmniej nie miałem na sobie butów. Spadły mi - mówił przepraszającym tonem jednej z telewizji. Na meczu było ich 60. Wszystkie nadawały na żywo.

Dlaczego mecz się odbył? 

Piłkarze nie chcieli grać, większość była wstrząśnięta. Nalegali na to organizatorzy, którzy w porozumieniu z policjantami ustalili, że pod żadnym pozorem nie można dopuścić, by kibice wyszli teraz ze stadionu. Podejrzewali, że walki przeniosą się na ulice Brukseli i tym bardziej nikt nad nimi nie zapanuje. Mundurowych było 900. Kibiców - ponad 60 tysięcy. Kapitanowie Gaetano Scirea i Phil Neal dostali więc do ręki megafony i prosili o spokój. Policjanci zaganiali ludzi z powrotem na trybuny. Porządkowi zbierali w tym czasie pogubione podczas ucieczki buty. Ciała ofiar przykryto czarną folią. Mecz rozpoczął się z blisko dwugodzinnym opóźnieniem. Gdy piłkarze wyszli na boisko, na trybunach lekarze wciąż opatrywali rannych. 

Juventus wygrał 1:0 po bramce Michela Platiniego z rzutu karnego podyktowanego za faul na Zbigniewie Bońku. Tego wieczoru wszyscy podejmowali złe decyzje - sędzia nie zauważył, że Polak został kopnięty dobre dwa metry przed polem karnym. Dzięki temu Juventus zdobył pierwszy w historii Puchar Europy. Odebrał go w szatni, bez wielkiej celebry, na co później narzekał Platini. A gdy ludzie skrytykowali jego egoizm i brak jakiejkolwiek empatii, stwierdził, że nie wiedział do jakiej tragedii doszło. - Proszę nie wierzyć nikomu, kto mówi, że w tym całym zamieszaniu trudno było zorientować się dokładnie, co się stało. Wiedzieliśmy, na 99 procent, co się wydarzyło: śmierć, powaga sytuacji, wybuchowa atmosfera wisiały nad stadionem. Powtarzam: wiedzieliśmy wszystko. Nie chcieliśmy grać. Ani my, ani Liverpool. UEFA nam nakazała - kontrował Boniek na łamach "Gazety Wyborczej". 

Zbigniew Boniek podtrzymuje kobietę poszkodowaną w czasie zamieszekZbigniew Boniek podtrzymuje kobietę poszkodowaną w czasie zamieszek Fot. AP

Ponoć z czasem i dla Platiniego mecz na Heysel stał się tematem tabu. Gdy kończył czterdzieści lat, jego żona Christelle udzieliła wywiadu "France Football". - Heysel? Nigdy o nim nie wspomina. Ale na pewno nie zapomniał. Bardzo przeżył wiadomość, że jeden ze zmarłych był na tym meczu specjalnie dla niego. Marzył o tym, żeby zobaczyć go w akcji. Gdy Michel się dowiedział, był zdruzgotany - opowiadała.

Mark Lawrenson, obrońca Liverpoolu, już po kilku minutach finału musiał zejść z boiska. Zwichnął bark. Pojechał do najbliższego szpitala. Lekarze w karetce kazali mu się położyć. - Nie ma potrzeby. Wolę siedzieć - mówił. Nalegali. Lepiej, żeby kibice nie zauważyli, że obok jedzie piłkarz Liverpoolu. Był w stroju, miał herb na piersi, więc na oddział wprowadzili go bocznym wejściem. Jak twierdzi - dopiero wtedy zrozumiał skalę tragedii. Sale były pełne ofiar, brakowało dla nich łóżek. A jego i tak położyli osobno. Nie rozumiał. Dopiero, gdy przyszedł żołnierz z karabinem na wierzchu, wiedział o co chodzi. Pielęgniarki zamykały drzwi na klucz. Dookoła za dużo było ofiar i ich bliskich. Rozgoryczeni ludzie widzieli go w sali i pluli na drzwi. Wyzywali od mordercy. Następnego ranka dostał do ubrania rzeczy bez herbu i zjechał z oddziału windą towarową. Na szczęście nikogo nie spotkał. Nigdy nie wrócił już do tego meczu.

"Przyjaźń"

Następnego dnia "The Guardian" nazwał kibiców Liverpoolu pijanymi kretynami. "Sunday Times" narzekał, że angielski futbol jest "sportem slumsów, rozgrywanym na stadionach ze slumsów i coraz częściej oglądanym przez ludzi ze slumsów". Piłka na Wyspach dotarła do ściany. Ta zawalona na Heysel była tego symbolem. 

Margareth Thatcher, ówczesna premier Wielkiej Brytanii, nie zajmowała się problemem z kibicami, mimo że w marcu, dwa miesiące przed finałem w Brukseli, doszło do bijatyki kibiców Millwall i Luton, w której blisko 50 osób zostało rannych. Gdy dwa tygodnie przed finałem na Heysel kibice podpalili stadion Bradford City, zginęło 56 kibiców, ale rząd wciąż nie reagował. Od lat politycy omijali śmierdzące i straszące angielskie stadiony. Przymykali oko na gangi jednoczące się pod herbami klubów, by od tej pory bić się w ramach jakiejś idei. Dopiero po Heysel, Thatcher wypowiedziała kibicom wojnę. Naciskała, żeby angielska federacja wycofała wszystkie kluby z europejskich rozgrywek. UEFA i tak ukarała je zawieszeniem na nieokreślony czas i ponownie pozwoliła grać dopiero po pięciu latach - a w przypadku Liverpoolu - po sześciu. Rząd Margaret Thatcher przeznaczył ponad 317 tys. dolarów na specjalny fundusz pomocy rodzinom ofiar i wziął się za naprawę swojego futbolu. 

Thatcher podpisała ustawy pozwalające nakładać horrendalnie wysokie kary na kibiców, którzy wbiegną na boisko. Wszędzie montowano tabliczki informujące o konsekwencjach takiego zachowania. Zainwestowano w monitoring, wprowadzono sektory buforowe, oddzielające kibiców przeciwnych drużyn, wyremontowano stadiony i zakazano picia alkoholu na meczach. Angielski futbol musiał zostać wymyślony na nowo: spadła frekwencja, odeszły gwiazdy, kontrakty telewizyjne były niższe. - Można ułożyć taką formułę matematyczną: Heysel + Hillsborough + telewizja satelitarna = dzisiejsza Premier League - mówił "BBC" Rogan Taylor, były szef najwyższej angielskiej ligi.

Materiał dowodowy w sprawie Heysel liczył 42 tysiące stron. Na podstawie nagrań zatrzymano 29 kibiców - 26 Brytyjczyków i trzech Belgów. Wszyscy mieli być sądzeni w Belgii, co podzieliło polityków na Wyspach. Część mediów przedstawiała ich jako męczenników, którzy zostali zatrzymani, bo presja społeczna była tak duża, że władze musiały wskazać winnych, choć nie do końca potrafiły ich znaleźć. Telewizje pokazywały zrozpaczonych rodziców aresztowanych. Gazety pisały o nich ze współczuciem.

Powołano 400 świadków, przeanalizowano mnóstwo zdjęć i nagrań. Mimo to, proces ciągnął się kilka lat. Dwukrotnie był wznawiany. W tym czasie zdążono zburzyć Heysel, bo "źle się kojarzył i trzeba było zatrzeć z ludzkiej pamięci tragiczne wydarzenia" - jak pisano w uzasadnieniu decyzji - i w jego miejscu zbudować nowoczesny, bezpieczny stadion do dziś będący domem reprezentacji Belgii. Ostatecznie sąd za nieumyślne spowodowanie śmierci skazał 14 brytyjskich kibiców, ale połowę wyroków wydał w zawieszeniu. Najwyższa kara wynosiła cztery lata więzienia. Jedenaście osób uniewinniono z braku dowodów. Albert Roosens, były sekretarz generalny Belgijskiego Związku Piłki Nożnej, otrzymał sześciomiesięczny wyrok w zawieszeniu za karygodne zaniedbanie. Dwóch najwyższych funkcjonariuszy policji otrzymało podobne kary. Jacques Georges, ówczesny szef UEFA uciekł od odpowiedzialności. Przed śmiercią napisał w liście, że ciężar tamtych zdarzeń zabiera ze sobą do grobu.

Liverpool długo przepraszał rodziny ofiar. Trener Kenny Dalglish z własnej inicjatywy chodził na pogrzeby, by pocieszać żałobników. Jednego dnia był na czterech uroczystościach. Symbolicznie, po równo dwudziestu latach, kibice Liverpoolu przeprosili fanów Juventusu. Oba kluby po raz pierwszy od tragedii spotykały się w Lidze Mistrzów. Przed pierwszym ćwierćfinałowym meczem, na Anfield, kibice stworzyli mozaikę "Amicizia", czyli przyjaźń. Część fanów Juventusu biła brawo, część ostentacyjnie się odwróciła.

Więcej o: