Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zrewolucjonizował politykę, telewizję, piłkę, a później dał się im pożreć. "Półnagie panie zamiast nudziarzy pod krawatem"

Gdy Johan Cruyff zmieniał futbol na boisku, Silvio Berlusconi robił to poza nim. W latach osiemdziesiątych wymyślał to, co kochamy i czego nienawidzimy w dzisiejszej piłce. Zrewolucjonizował też politykę i telewizję. Aż w końcu dał się tym rewolucjom pożreć.
Zobacz wideo

Tydzień z... to cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 18 do 24 maja piszemy o najbarwniejszych postaciach w historii sportu.

Wyborcom na początku, tak zresztą jak wcześniej kibicom Milanu, jawił się jako mesjasz. Kiedyś sam określił się Jezusem Chrystusem polityki, co we Włoszech wywołało niemały skandal, bo wcześniej nazwał swojego przeciwnika Romana Prodiego fiutem, całą Partię Emerytów sekcją menopauzy, a Baracka Obamę opalonym. Wyznał też, że Martin Schultz, niemiecki polityk, mógłby być kapo w obozie koncentracyjnym. Oczywiście tak Silvio Berlusconi wyrażał się tylko, gdy na chwilę stracił cierpliwość albo akurat się zapomniał. Podążający za nim krok w krok specjaliści od wizerunku doradzali mu zupełnie inne słownictwo.

Chcieli, by w kampaniach wyborczych wykorzystał miłość Włochów do futbolu. Dlatego, gdy pierwszy raz został premierem, ogłosił, że "wchodzi na boisko". Swój rząd określał "drużyną", a wrogom z lewicy wmawiał, że są na spalonym. Nawet partię nazwał stadionowym zawołaniem "Forza Italia". Obiecał odbudować cały kraj tak, jak odbudował AC Milan. Ludzie uwierzyli mu trzy razy. Mimo ponad 20 procesów, które przeciwko niemu wytoczono, niewyjaśnionych powiązań z mafią, oskarżeń o łapówkarstwo, kolejnych afer - z bunga bunga na czele - Berlusconi wciąż rządził. Najdłużej ze wszystkich włoskich premierów po drugiej wojnie światowej. Jednych irytował, drugich uwodził. I dopiero w ostatnich latach trochę Włochom zobojętniał. Ale wystarczyło, że w czasie pandemii koronawirusa portale plotkarskie napisały o jego rozstaniu z 34-letnią Francescą Pascale i nowym związku z cztery lata młodszą Martą Fascine, by przez chwilę znów nie mówiono o nikim innym.

Silvio Berlusconi - polityk, magnat telewizyjny, prezes Milanu

Już jego gabinet pokazuje jak bardzo polityka jest u niego połączona z futbolem i z telewizją. Między pucharami Ligi Mistrzów stoją zdjęcia z Władimirem Putinem i Georgem Bushem. Dalej stary, maleńki telewizor z wypukłym ekranem - prezent od Królowej Elżbiety. Rocznik 1936 - ten sam co Berlusconi. Nagroda Emmy - za odegranie ważnej roli w rozwoju międzynarodowych mediów. Dyplom z dwiema flagami Stanów Zjednoczonych - na pamiątkę przemówienia w kongresie. - Dostałem najdłuższe brawa w historii - podkreśla dumny Berlusconi, gdy na potrzeby filmu dokumentalnego "My Way" oprowadza po gabinecie swojego biografa, Alana Friedmana. Chwali się, że nagród ma ponad tysiąc. Na dębowych meblach stoją jeszcze drewniane modele jego wszystkich samolotów i helikopterów. Rzeźby od Muammara Kaddafiego, replika Złotej Piłki Andrija Szewczenki, różaniec od Jana Pawła II, figurka Paolo Maldiniego i zdjęcie z całującym go w policzek Carlo Ancelottim. A gdy pójdzie się schodami w dół, trafi się do pomieszczenia z obrazami, które namalowali dla niego wielbiciele. - Mam trzysta swoich portretów. Chyba kiedyś zrobię wystawę - mówi. Na jednym jest przedstawiony jako Superman, na drugim pozuje jak Benito Mussolini na tle Koloseum, na kolejnym do ciała Jezusa domalowana jest jego twarz.

Właśnie taki wizerunek starał się wykreować. Kogoś niesamowitego, mogącego wszystko i zstępującego z nieba. Pochodził ze zwykłej rodziny - ojciec księgowy, matka gospodyni. Ciotki wróżyły mu, że zostanie biskupem, bo gdy był ministrantem, śpiewał i recytował piękniej od innych chłopców. Ale on wolał wokalny talent spieniężyć na statkach pasażerskich. Śpiewał w pokładowej orkiestrze, najchętniej piosenki Franka Sinatry, a gdy cała załoga wpływała do portu, stawał się ich przewodnikiem. Czasami po miastach, w których sam był pierwszy raz. Nadrabiał oczytaniem i inteligencją. Zawczasu szukał informacji o wszystkich zabytkach, wkuwał podstawowe fakty, by następnie ze swadą łączyć je w całe historie przed turystami. Tak zarabiał na studia prawnicze. Kierunek: prawo handlowe.

Gdy w 1986 roku kupował Milan, był już znanym biznesmenem, magnatem telewizyjnym, który przerwał państwowy monopol i stworzył swój własny. Kochał futbol, ale nie była to miłość bezinteresowna. Szukał w niej jeszcze większej rozpoznawalności, absolutnego oddania kibiców i statusu kogoś wyjątkowego. Milionerów było wielu, ale ilu z nich miało klub? Berlusconi przewidywał trendy. Wiedział, że zmieni futbol w rozrywkę. Piłkarzy w gwiazdy. I sam na tym najbardziej skorzysta. Bo który z jego politycznych rywali będzie gościł na ekranach częściej od niego? A już wtedy zwykł mawiać, że jeśli czegoś nie ma w telewizji, to nie istnieje.

Milan miał wielką historię, ale i olbrzymie długi. Chwilę wcześniej dźwignął się z Serie B. Berlusconi miał przerwać ten czarny okres. "Silvio, zbaw nas od tego wstydu" - pisali kibice na transparentach. Skoro oczekiwali Mesjasza, tak też im się przedstawił. "Czas apokalipsy" był już wtedy filmem kultowym. Scenę nalotu helikopterów przy głośnych dźwiękach "Cwału Walkirii" Wagnera znał każdy Włoch. Berlusconi ją odwzorował. Czuł, że to wystarczająco spektakularne i symboliczne. Trzy helikoptery, przy puszczonej z głośników charakterystycznej muzyce, leciały z oddali. Wylądowały na środku boiska. Z pierwszego wysiadł kapitan Franco Baresi. Z drugiego - dyrektorzy i trenerzy. A z ostatniego - on. Nowy właściciel i sprzedawca marzeń. Chwycił za mikrofon: - Jestem miliarderem, ale nie różnię się od żadnego z was. Piłka nożna jest prostą grą. A ja chcę tylko, żebyśmy grali pięknie - mówił.

W istocie, futbol jest prosty, gdy stać cię na to, by Marka Hateleya z dnia na dzień zastąpić Marco van Bastenem, a Raya Wilkinsa Ruudem Gullitem. Gra zaczęła być dodatkowo piękna, gdy dołączył do nich Arrigo Sacchi. Był autorskim pomysłem Berlusconiego. Wystarczyło, że prezes zobaczył, jak gra prowadzona przed niego w trzeciej lidze Parma i chciał go mieć u siebie. Spotkali się w restauracji, zamówili tortellini i zaczęli rozmowę na temat pracoholizmu. - Wiem, że pan, panie Sacchi, dużo pracuje. Jest pan pracoholikiem - zaczął Berlusconi. Trener uciekł w banał, że niczego nie da się osiągnąć bez ciężkiej pracy. - Ja śpię po trzy godziny na dobę i jestem bardzo wkurzony, bo Napoleon spał dwie! - odpowiedział prezes jego przyszłego klubu.

Rozmawiali dalej, ale Sacchi był już po słowie z Florentiną. A słowo u niego ważniejsze od pieniędzy. - Chcę stworzyć w Mediolanie coś nowego. Przesunąć granicę współczesnego futbolu, do której inne drużyny nawet się nie zbliżą. Dzisiaj piłka jest nudna, wszyscy dbają o wynik, brakuje w tym emocji, styl jest nieważny, zarządza się po staremu. A ja widzę to inaczej. Milan mają znać na całym świecie. Podejdziemy do tego naukowo i postawimy na piękno - roztaczał wizje Berlusconi. - Proszę zapomnieć o ostatnich 20 latach włoskiego futbolu. Napiszemy nową historię - przekonywał. - Ale Florentina… - przerywał Sacchi. - Rachunek jest uregulowany, do zobaczenia. Napiszemy nową historię. Niech pan pamięta! - tak Sacchi w swojej autobiografii wspomina kluczową rozmowę.

Wizjoner

Berlusconi wyprzedzał swoje czasy. Myślał w innej skali, był wizjonerem. Najpierw, gdy Włochy przechodziły okres intensywnego rozwoju gospodarczego, postawił osiedle "Milano 2". Żłobki, przedszkola, szkoły, miejsca pracy, sklepy, kina, bary i wszystko czego potrzeba, było w jednym miejscu. Żeby uniknąć jeżdżenia przez pół miasta i wszystkie sprawy załatwiać w kilkanaście minut bez odpalania samochodu. Wygoda. Berlusconi przewidywał, że życie przyspieszy i że czas stanie się cenniejszy niż kiedykolwiek. Tak w latach 60. i 70. budował osiedla i swoją fortunę. A gdy "Forbes" uznał go najbogatszym człowiekiem na Półwyspie Apenińskim, oddał firmę bratu. W głowie miał już pomysł na rewolucję telewizji.

Kupił lokalną stację na zbudowanym przez siebie osiedlu. Jednym z pierwszych programów, które kazał wyemitować, był quiz telefoniczny. Rozpoczął się późnym wieczorem. Zgrabna prezenterka po każdej poprawnej odpowiedzi zdejmowała część garderoby. Następnego dnia lokalni przedsiębiorcy złożyli do telewizji Berlusconiego skargę, że wielu pracowników zaspało do pracy. Od telewizorów odeszli późną nocą. Teleturniej okazał się absolutnym hitem.

Taki był pomysł Silvio: rozrywka w miejsce polityki i serwisów informacyjnych. Półnagie panie zamiast nudziarzy pod krawatem. Zabawa zamiast intelektualnego wysiłku. "Dynastia" zamiast prawdziwego życia. Jego stacja "Telemilano 58" zyskiwała coraz większą widownię, ale prawo nie pozwalało jej nadawać w całym kraju. Ten przywilej miał tylko publiczny nadawca. Berlusconi doprowadził zatem do tego, że prawo zostało zmienione. Jak? Łapówką dla premiera Bettino Craxiego albo - jak twierdzi Silvio - prosząc po koleżeńsku. Sędzia podczas procesu uznał, że jednak łapówką, ale sprawa się przedawniła i Berlusconiemu się udało. Zaczął podbijać całe Włochy. Spłycił gusta rodaków i cieszył się z rekordowych oglądalności. Otwierał nowe stacje, aż w końcu skupiał 90 proc. rynku telewizyjnego.

Gdy przejął Milan, chciał zmienić futbol w rozrywkę dla całych rodzin. Pójście na stadion miało być alternatywą dla kina, teatru czy zakupów. Berlusconi właściwie nie odchodził od kamery. Wciąż opowiadał w swoich telewizjach, jaki klub zamierza stworzyć. Zanim ruszył sezon, Milan sprzedał rekordowe 60 tys. karnetów, a prezes żartował, że tylko kobiety przyjmują go bardziej entuzjastycznie niż kibice.

Wykorzystywał swoje stacje do emitowania reklam produktów z herbem Milanu. Kibice już wtedy mogli wypić kawę z klubowego kubka i przypiąć do kluczy wyjątkowy breloczek. Berlusconi kreował markę. Piłkarzy ubrał w jednakowe garnitury, wymyślił ośrodek treningowy Milanello, zatrudnił w klubie psychologa, stworzył Milan Lab, czyli pierwsze klubowe centrum medyczne. Zachwycił się, gdy specjaliści przekonali go, że dzięki komputerom da się zmniejszyć liczbę kontuzji o połowę i wyłożył na to pięć milionów euro. Zaczął wysyłać drużynę do Azji, by kolejni kibice mogli zakochać się w Milanie i sięgnąć do kieszeni. Z trybuny honorowej San Siro zrobił miejsce spotkań najbardziej wpływowych ludzi w Mediolanie, a kibicom proponował lekturę magazynu "Forza Milan". To, co dziś w największych klubach jest standardem, Berlusconi wprowadzał przeszło trzydzieści lat temu. Poza tym, roztaczał wizję europejskich rozgrywek na najwyższym poziomie. Mówił o Lidze Mistrzów, którą znamy, bez podawania jej nazwy. Przewidywał, że futbol klubowy przegoni ten reprezentacyjny.

W latach 90. kwitło plotkarstwo, więc Berlusconi co niedzielę proponował telewidzom piłkarski program z sensacjami: kto się z kim spotyka, kto ma nową dziewczynę, z kim dany piłkarz się lubi, kogo w szatni unika, kto się upił, a kto kupił nowe auto. Zawodnicy stali się popkulturowymi gwiazdami. A Milan codziennie mógł liczyć na kilka godzin darmowej reklamy w telewizjach Berlusconiego.

Sam prezes też chętnie pojawiał się przed kamerą. W 2000 roku, kiedy Włosi niemal zdobyli mistrzostwo Europy, pouczał selekcjonera Dino Zoffa, że trzeba było oddelegować jednego z obrońców, by indywidualnie krył Zinedine’a Zidane’a. "Aż trudno uwierzyć, że Zoff tego nie dostrzegł" - mówił. A Zoff poczuł się tak dotknięty krytyką, że podał się do dymisji. Innym razem, w 2004, podpowiadał Carlo Ancelottiemu, że do końca sezonu powinien grać dwoma napastnikami. Berlusconi prosto rozumiał futbol - więcej napastników, więcej goli. I rzeczywiście, Ancelotti - choć raczej nie pod wpływem podpowiedzi prezesa - zdobył w takim ustawieniu mistrzostwo Włoch. Choć Berlusconi niespecjalnie znał się na piłce, to bardzo chętnie podpowiadał swoim trenerom. Kiedyś Ancelotti, który pracował dla niego najdłużej, śmiał się, że gdyby grał tak jak mu kazał, to na boisku miałby siedmiu napastników.

To jego wtrącanie się widać nawet w filmie "My Way". Do Milanello jak zwykle przyleciał helikopterem. Trenerem Milanu był wtedy Filippo Inzaghi. Berlusconi wszedł do szatni, przywitał się z każdym piłkarzem, zapytał co u niego, co u jego żony i zaczął przemawiać do całej grupy. Prosił, żeby piłkarze zawsze atakowali. Nawet jak wygrywają 1:0 na kwadrans przed końcem. Pytał trenera: "Co wtedy powinieneś im krzyczeć?". - Atakujcie! Atakujcie! - wyręczył Inzaghiego po chwili ciszy. A później zrobił test, by przekonać się, że były napastnik potrafi wydawać polecenia odpowiednio głośno. Inzaghi poległ. Berlusconi za każdym razem darł się głośniej od niego.  

Jego wizyty w ośrodku wspominał w swojej biografii Andrea Pirlo: "Hałas zbliżającego się helikoptera zawsze był dla nas zastrzykiem dobrej energii. Prezes rozmawiał z całą drużyną, motywował, a później zapraszał na spotkania w cztery oczy. Kochał te indywidualne rozmowy. Był człowiekiem, którego nasze zwycięstwa w Lidze Mistrzów doprowadzały do szaleństwa. Przychodził do szatni, brał gitarę i śpiewał. Cały czas żartował" - wspomina środkowy pomocnik w "Myślę, więc gram".

O jednej z takich wizyt opowiedział Kevin-Prince Boateng. - Graliśmy mecz z Arsenalem w Lidze Mistrzów. Trener powiedział nam, że dla prezesa to bardzo ważne spotkanie i pojawi się na stadionie, mimo natłoku obowiązków. I rzeczywiście, przed meczem Berlusconi przyszedł do szatni w doskonałym humorze. Zaczepiał każdego. Rozmawiał o samochodach, dzieciach, wakacjach. Aż zwrócił się do wszystkich. - "Dobra, dosyć bzdur. Przyszedłem wygłosić mowę motywacyjną. Jesteście Milan i macie to wygrać" - nie przeciągał przemówienia. Później zadał jeszcze jedno pytanie: "Ile razy w ciągu jednej nocy jesteście w stanie zaspokoić swoje kobiety?". Robinho powiedział, że kilka na pewno. Ja stwierdziłem, że na pewno więcej razy niż Robinho. W końcu prezes spojrzał na Alexandre Pato. Wszyscy się śmiali. On był wtedy związany z jego córką - Barbarą Berlusconi. Prezes rzucił na koniec, że jego rekord to 49, więc wszyscy jesteśmy słabi. I wyszedł - cytuje Boatenga fanpage "2AngryMen: Święcicki i Kapica".

Polityka, czyli populizm i manipulowanie sondaże 

W tym samym biurze, po którym oprowadzał ekipę kręcącą "My Way", w 1994 roku nagrywał na kasetę pełne obietnic pierwsze wystąpienie po założeniu partii Forza Italia. Później wysyłał je do wszystkich telewizji w kraju, dzięki czemu trafił do każdego włoskiego domu. W tym samym czasie inni politycy chcąc coś przekazać, zwoływali konferencje prasowe lub organizowali wiece i przemawiali bez szansy na powtórzenie, dobranie lepszego słowa, otoczeni mikrofonami, przy przekrzykujących się dziennikarzach, którzy zawsze mogli zadać im niewygodne pytanie. Berlusconi siedząc samemu za biurkiem stwarzał atmosferę intymności, kierował słowa prosto do tej jedynej kamery, która go nagrywała. Za nią stali ludzie analizujący każde słowo i każdy gest, by szef wypadł przyjaźnie, pewnie i dał się polubić. Przypominał aktorów zachwalających każdy produkt w telezakupach. Tak zaczynał swoją kampanię.

Trampoliną były sukcesy Milanu. Włochy to kraj, w którym najbardziej poczytnym dziennikiem jest gazeta w całości poświęcona sportowi, głównie piłce, i na której łamach co tydzień toczą się dyskusje o błędach sędziów w danej kolejce. A bywało, że kłócili się o nie nawet politycy w parlamencie. Tam kierowanie jednym z największych klubów oznacza ciągłą ekspozycję. Berlusconiego w latach 90. znał już każdy. Miał trzy stacje telewizyjne, więc nie dało się go nie dostrzec. Sukcesy Milanu go uwiarygadniały. Obiecywał naprawić cały kraj tak jak mediolański klub. Postawił na prosty - momentami prostacki - język. Był agresywny i populistyczny. Był wszędzie. Przedstawiał się jako człowiek sukcesu. Macho. Casanova otoczony wianuszkiem znacznie młodszych od niego kobiet. I znów - jak w deweloperce - wykorzystał moment. Kolejni skorumpowani politycy trafiali za kraty, więc mówił, że jest spoza układu i wie, jak uporządkować panujący w kraju chaos.

Był przy tym kreatywny. Kilka dni przed wyborami poszedł do popularnego talk-show z przygotowaną listą swoich obietnic. Przeczytał je punkt po punkcie, po czym na oczach milionów widzów złożył pod nimi wyraźny podpis. Nikt tak nie robił. Chodziło o symbol. Poparcie skoczyło. Do każdego domu wysłał też książeczkę z historią swojego życia. Minimum tekstu - jak najwięcej zdjęć. Już wtedy - w 1994 roku, jak na Instagramie - przemawiał obrazkami: zdjęciami z dziećmi i z żoną, w ogrodzie, gdy zachwyca się zapachem kwiatów, na stadionie, gdy unosi puchar, na spotkaniu z Billem Clintonem, gdy wymieniają szczere uśmiechy. Do tego czarno-białe zdjęcia z rodzicami. Wszystkie przemyślane, niosące określony przekaz. Każdą fotografię zatwierdzał osobiście. To jego obsesja. Kiedyś tabloid "Oggi" opublikował skrywane przez niego zdjęcia z pierwszego ślubu w 1965. Miał wtedy nadwagę, nie wyglądał tak, jak powinien wyglądać potentat budowlany. Od tamtej pory nie ukazały się już nigdy więcej. Usunięto je ze wszystkich archiwów. 

Przed Berlusconim nie było polityka, który tak bardzo przejmowałby się sondażami. Wtedy ich wartość raczej bagatelizowano. On, wbrew temu, bardzo na nich polegał. Sprawdzał wszystko. Zanim za czymś się opowiedział, specjaliści przewidywali, jak może się to przełożyć na poparcie. Oczywiście kupował też wyniki sondaży, które trafiały do opinii publicznej, by niskim lub wysokim wynikiem motywować swoich wyborców albo zniechęcać przeciwników. Manipulował prognozowanymi wynikami wedle potrzeby. I aż trzy razy doprowadziło go to do sukcesu. Pierwsze wybory wygrał po zaledwie dwóch miesiącach kampanii.

Jego kolejne rządy upadały - pierwszy już po sześciu miesiącach, on wydawał się skompromitowany, po czym wstawał, otrzepywał się i wygrywał raz jeszcze. Gdy w 2008 roku po trzeci raz został premierem, dziennik "Corriere della Sera" napisał: "to dowód, że Włosi mogą uwierzyć we wszystko". Marco Travaglio poświęcił Berlusconimu książkę, w której opisał wszystkie jego procesy. Ma kilkaset stron. A dziennikarz pominął przy tym wszystkie kompromitacje, jak choćby chowanie się przed kanclerz Angelą Merkel i wyskakiwanie znienacka z okrzykiem "a kuku!", czy skandale obyczajowe, za które jednak nie stawał przed sądem. Korupcja, seks z nieletnią prostytutką, przekupywanie świadków, oszustwa podatkowe i nadużywanie władzy, to tylko kilka najpoważniejszych oskarżeń, które Travaglio opisał. Kilka spraw uznano za przedawnione, z kilku wyciągnęli go prawnicy, którzy składali kolejne apelacje i przeciągali procesy. Skazano go dopiero w 2012 roku za oszustwa podatkowe. Miał trafić na cztery lata do więzienia, ale miał już wtedy skończone 70 lat, więc karę zamieniono na prace społeczne w domu spokojnej starości. Włoskie prawo zakłada bowiem, że osoby powyżej tego wieku nie mogą być osadzane w więzieniu. Dopiero to strąciło go ze stołka premiera i na kilka lat wykluczyło z polityki. Odchodząc, stwierdził: "Chcę teraz spędzać czas z moimi dziewczynami. I tak premierem byłem tylko w wolnych chwilach".

Rewolucje pożarły własne dziecko

Symboliczny jest zwłaszcza przykład Milanu. Berlusconi w latach 90. wymyślił klub z XXI wieku. Wprowadził do futbolu znacznie większe pieniądze, skomercjalizował cotygodniowe mecze, zaczął traktować klub jak przedsiębiorstwo, otwierał się na obce rynki, przekraczał granice, aż padł ofiarą swoich pomysłów. Pojawili się bogatsi od niego. I chociaż jeszcze w 2016 roku zarzekał, że nie sprzeda Milanu Chińczykom, bo "chińscy komuniści zjadali własne dzieci", niecały rok później, musiał wziąć od nich 740 milionów euro i się pożegnać. Tłumaczył wtedy, że w tych czasach jedna osoba nie utrzyma wielkiego klubu. W czasach, w których zameldował się pierwszy i zaczął wprowadzać resztę.

Z polityką było podobnie. Bo chociaż próbował wrócić raz jeszcze, to na jego gadki nikt już się nie nabierał. Pojawili się nowi populiści, utkani na jego wzór, którzy znacznie sprawniej poruszali się w internecie. Bo dziś to tam musisz być, by istnieć. Telewizja zestarzała się razem z Berlusconim. Wystarczyła jednak, żeby w 2019 roku dostał się do europarlamentu i już na pierwszym posiedzeniu plenarnym rozdawał innym posłom autografy. Był w centrum zainteresowania - tak, jak lubi.

Pisze też kolejną futbolową opowieść. Tym razem romantyczną. Od niespełna dwóch lat jest właścicielem trzecioligowej SS Monzy i chce, by grali w niej tylko młodzi Włosi. Bez tatuaży, kolczyków i dziwnych fryzur. Chce, żeby przepraszali rywali za każdy ostry faul, szanowali sędziego i pisali autografy czytelnie, a nie gryzmołem od niechcenia. Ma to być klub etyczny, choć jego właściciel akurat z etyką niespecjalnie się kojarzy. Ale tak sobie to z Adriano Gallianim, wieloletnim współpracownikiem w Milanie, wymarzyli. Ich hasło: "Będzie romantycznie" - kazali wymalować na ścianach klubowych korytarzy. Byli na pierwszym miejscu w Serie C, ale rozgrywki przerwała pandemia. Nie wiadomo, co będzie z awansem. Plan był taki, żeby w tym roku awansować, w kolejnych latach wzmocnić się na zapleczu najsilniejszej ligi i z czasem zaatakować elitę. Uwaga, Berlusconi może jeszcze wrócić.