Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piłka nożna w Czarnobylu. Pracownicy elektrowni po 30 latach rozegrali zaległy mecz z dnia katastrofy

34 lata temu radio "Voice of America" podało: "W Czarnobylu doszło do bardzo poważnego wypadku, a mimo to wciąż grają tam w piłkę". Wybuch sprawił jednak, że nowy stadion w Prypeci nigdy nie został oficjalnie otwarty. - Dziś wygląda jak po wojnie. Bo to była wojna, choć nikt nie strzelał - mówi Walentyn Litwin, kapitan Budowlanych Prypeć, zespołu z atomowego miasta.

Andrij Szewczenko stwierdził kilka tygodni temu, że w tym roku łatwiej niż kiedykolwiek wyobrazić sobie strach, który ogarnął ludzi po tamtej tragedii. Wtedy też wróg był niewidzialny, a mówiło się, że może być wszędzie. Też lepiej było siedzieć w domu i nawet nie otwierać okien. Też jedni problem bagatelizowali, a inni wpadali w panikę. Bohaterami byli lekarze i likwidatorzy. Wtedy promieniowanie, dzisiaj koronawirus. - Jedynym rozwiązaniem było zaufać decyzjom rządu. Dzisiaj trzeba zrobić to samo. Przestrzegać zasad i nie wychodzić z domu - apelował najlepszy piłkarz świata w 2004 roku, a obecnie selekcjoner reprezentacji Ukrainy.

Zobacz wideo

Napromieniowane piłki

W 1986 roku Szewczenko miał dziewięć lat, mieszkał w Kijowie oddalonym od elektrowni o ponad sto kilometrów. O 1:23, gdy nastąpił wybuch, smacznie spał. Była sobota, więc nie zrywał się wcześnie. Ojciec pracował w wojsku i szybko dowiedział się, co się stało. Opowiedział o wszystkim synowi. Andrij wyobrażał sobie, że promieniowanie to taki niewidzialny wróg, który mógł być dosłownie wszędzie: przed blokiem, na boisku, placu zabaw. Bał się. I o tym strachu opowiedział w książce Alessandro Alciato "Demoni".

- Coś zabójczego, niewidzialnego rozprzestrzeniało się po okolicy niesione przez wiatr. Po kilku dniach ojciec przyszedł z pracy z wykrywaczem promieniowania, włączył go i okazało się, że normy są kilkukrotnie przekroczone - wspominał. Następnego dnia podczas gry z kolegami oddał bardzo niecelny strzał. Musiał wspiąć się na dach, by nie stracić piłki. - Było trudno, ale jakoś się udało. Opłacało się. Na dachu zobaczyłem, że obok mojej piłki leży jeszcze kilka innych niecelnie kopniętych, których właściciele bali się wejść. Wziąłem je wszystkie do domu - opowiadał w książce "Demoni". Ojciec przyłożył wykrywacz do piłek. Włączył się alarm. Wszystkie były napromieniowane. Wszelkie dopuszczalne normy zostały znacznie przekroczone, więc tata od razu się ich pozbył. I kolejny raz pouczał Andrija, by nie wspinał się na dachy.

Następne trzy miesiące Szewczenko spędził z siostrą w Azarowie nad Morzem Czarnym. W Kijowie zamknięto szkoły i wywożono dzieci byle dalej od miejsca skażenia. Wciąż jednak bały się wiatru i deszczu. Słyszały, że skutki napromieniowania mogą odczuć nawet po pięciu czy dziesięciu latach. - Katastrofa miała straszne konsekwencje dla wielu ludzi, ale o jej skutkach mówiło się głównie na zachodzie. Do nas docierały strzępki informacji, władze starały się utrzymać wszystko w tajemnicy. Dopiero teraz, po wielu latach, gdy zaczęło pojawiać się wiele chorób genetycznych, poznaliśmy skalę tego, co się stało. Ludzie zaczęli chorować. Inni z dnia na dzień stracili swoje domy i dobytki - mówił Szewczenko. Kilka lat temu założył fundację dla ofiar czarnobylskiej katastrofy i ich dzieci. 

Mecz? Za dwie godziny ewakuujemy miasto

Dwa dni po wybuchu życie w Prypeci toczyło się normalnie. Walentyn Litwin, kapitan Budowlanych Prypeć, szykował się na półfinałowy mecz Pucharu Kijowszczyzny z Konstruktorami Borodianka. Martwił się o żonę, która leżała w szpitalu z zapaleniem wątroby po porodzie, ale był gotowy do gry. Rano rozmawiał z kolegami z zespołu. Docierały do nich plotki, że rywale prawdopodobnie się nie stawią, bo dzień wcześniej, gdy trenowali, na ich boisku wylądował wojskowy helikopter i ktoś z władz powiedział, że nigdzie jutro nie pojadą, bo w Czarnobylu jest niebezpiecznie.

- Było widać ciemny dym unoszący się nad ruinami czwartego reaktora, ale ludzie w mieście zachowywali się normalnie. Pod moim blokiem ktoś sprzedawał ogórki na straganie, kobiety chodziły na spacery z dziećmi. Sobota jak każda inna - opowiadał portalowi Lenta.ru. W niedzielę Walentyn wywiózł dzieci do rodziny na wieś, a sam wrócił do Prypeci. Jadąc motocyklem po drodze mijał sznur autobusów na kijowskich blachach. Przed wjazdem do miasta stała policja, legitymowali wszystkich wjeżdżających. - Mam mecz za dwie godziny - powiedział, gdy zapytali, po co jedzie. - Synu, za dwie godziny to my ewakuujemy to miasto, a ty chcesz grać mecz? 

Pojechał prosto do szpitala. Żona opowiedziała mu, że w nocy pielęgniarki chodziły po salach i zbierały sprzęt, wynosiły wolne łóżka. Karetki jeździły w jedną i w drugą. Tak wyły, że nie zmrużyła oka. Wzywali wszystkich lekarzy, ale nikt nie chciał powiedzieć, co się dzieje. Walentyn powiedział jej o wybuchu i że wywiózł dzieci. Pożegnali się, a on ruszył na mecz. W tym czasie na boisku wylądował helikopter z oddziałem ratowników, by odkazili bieżnię otaczającą murawę, bo guma chłonęła promieniowanie. Na koniec i tak musieli ją w całości zerwać i wywieźć. Nie doczekała nawet otwarcia stadionu, które zaplanowano na 2 maja. Nikt nie doczekał. Wtedy miasto było już puste.

Budowlani Prypeć przed meczem w 1985 rokuBudowlani Prypeć przed meczem w 1985 roku Discover Charnobyl

Litwin i wielu jego kolegów z drużyny ruszyło do Czarnobyla, by ubrać gruby kombinezon i pomóc w likwidowaniu zniszczeń. - Poszedłem dobrowolnie, chociaż wiedziałem, że to niebezpieczne. Wcześniej zajmowałem się kontrolowaniem jakości spawów. Znałem się na metalach, czytałem też o promieniowaniu, więc wiedziałem z czym się to wiąże. Bałem się, ale kiedy już tam dotarłem, jakoś o tym zapomniałem. Czułem jedynie metaliczny posmak w ustach - opowiadał Lenta.ru. - Pracowałem na budowie, niedaleko reaktora czwartego, który eksplodował. Wojskowi pracowali w dzień, a my cywile w nocy. Mogliśmy pracować po pięć minut i była zmiana. Odpoczynek i znowu zmiana. Wielu zawodników z naszej drużyny zostało likwidatorami. Niektórzy chodzili z dozymetrami i badali poziom napromieniowania, inni zostali murarzami, jeszcze inni instalatorami na dużych wysokościach. Ja robiłem wylewki betonowe.

Kapitan Budowlanych schodził z tego statku jako jeden z ostatnich - w 1997 roku, już po zabezpieczeniu czwartego reaktora. Sześć lat później zdiagnozowano u niego raka płuc. Gdy kończył pracę, czuł się dobrze, wziął udział w meczu sparingowym. Biegł za rywalem i nagle zaczął pluć krwią. W szpitalu nie powiedział, że był likwidatorem. Tomograf zrobił to za niego.

Prypeć - miasto idealne

Prypeć miała być sowiecką wizytówką. Miastem idealnym - starannie zaprojektowanym, wygodnym, funkcjonalnym, pachnącym nowością i różami, których zasadzono 33 tys. Z całego Związku Radzieckiego zwieziono robotników, by w lutym 1970 roku rozpoczęli budowę mieszkań dla młodych, zdolnych ludzi, którzy mieli pracować w czarnobylskiej elektrowni. Po dziesięciu latach miasto było gotowe. Zamieszkało w nim 50 tys. osób. Wyselekcjonowanych i sprawdzonych przez aparat bezpieczeństwa - w dniu katastrofy mieli średnio 26 lat. Rocznie rodziło się niemal po tysiąc dzieci. Czekały na nich żłobki, przedszkola i szkoły. Place zabaw, parki z równo posadzonymi drzewkami, kino, wesołe miasteczko, kawiarnie, basen, centrum handlowe. Dla budowniczych i pracowników elektrowni miało to być miejsce relaksu. Dobrze zarabiali, mieszkania opłacało państwo, więc pieniądze mogli przeznaczyć na zabawę.

Wasilij Trofimowicz miał chody w partii. Szczerze wierzył w socjalistyczną ideę państwa, chwalił się prestiżowym orderem Lenina. Był kierownikiem budowy elektrowni, ale miał też dużo do powiedzenia przy budowie miasta. A że kochał piłkę nożną, to marzył o stworzeniu w tym miejscu porządnej drużyny, która z czasem stałaby się jego wizytówką. Elektrownia i Budowlani - z tym miała się kojarzyć Prypeć. - Ludzie pracują w elektrowni na cztery zmiany. Wszyscy będą chcieli w weekend odpoczywać na stadionie, oglądać mecz i pić piwo - przekonywał swoich partyjnych zwierzchników.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie powołano klub, ale było to między 1975 a 1980 rokiem. W 1981 roku Budowlani wystartowali w amatorskiej lidze. Trofimowicz bez problemu znalazł piłkarzy: najpierw zorganizował testy dla pracowników elektrowni. Kilku się nadawało. Niektórzy przed przeprowadzką do Prypeci grali nawet profesjonalnie. Ale Trofimowicz miał jeszcze większe ambicje. Najpierw ściągał najlepszych piłkarzy z całego regionu, a w kolejnych latach, na wciąż amatorski poziom, sprowadzał profesjonalistów. Trenerem został Anatolij Szepel, były zawodnik, Czarnomorca Odessa, Dynama Moskwa czy Dynama Kijów, z którym został mistrzem ZSRR. Został przekonany jak wszyscy - pieniędzmi. Piłkarzy na fikcyjnych stanowiskach zatrudniała bowiem elektrownia.

W ZSRR były trzy "zawodowe" ligi - najwyższa, pierwsza i druga. Zawodowe w cudzysłowie, bo oficjalnie piłkarze wykonywali inne zawody, choć w zakładach pracy pojawiali się tylko po wypłatę. Wszystkie niższe traktowane były jako amatorskie. Budowlani zdobywali mistrzostwa w amatorskich ligach, ale gdy przychodziło im walczyć o awans do drugiej ligi, nie dawali rady. Najbliżej byli w 1985 roku, gdy zajęli drugie miejsce w barażowej, międzyregionalnej lidze. Do wejścia na profesjonalny poziom zabrakło im czterech punktów. Sprowadzono więc kolejnych profesjonalnych zawodników, a kolejny rok miał być przełomowy. Wybudowano też stadion przy ulicy Hydroprojektowej. Z trybuną na pięć tysięcy ludzi, nowoczesną szatnią, bieżnią, idealną murawą. - Czekaliśmy na otwarcie tego stadionu. Miał być przepustką od wyższej ligi. Wcześniej nie chcieli nas wpuścić, bo tajny rozkaz zakładał, że mają wchodzić kluby z centralnego regionu, dopiero później reszta - uważa Litwin. - Ludzie potrzebują nowego stadionu bardziej niż nowego reaktora - mówił wtedy Trofimowicz.

Miał zostać oficjalnie otwarty 2 maja w meczu Budowlanych z Szachtarem Aleksandria. Sześć dni wcześniej nastąpił wybuch. Stadion nigdy nie został otwarty. Dzisiaj, gdyby nie rozpadająca się trybuna, można by go w ogóle przegapić. Dawne boisko porosły drzewa, z szatni został głównie gruz. Widać jeszcze owalną betonową ścieżkę, z której zaraz po awarii zdarto gumową bieżnię. Gdy byli piłkarze odwiedzają Prypeć, zawsze chcą tam zajrzeć. Odżywają wspomnienia. Pobudza się wyobraźnia: o tym pierwszym golu, który nigdy nie padł. O rodzinach, które nie zdążyły przyjść na ich mecze. O być może wielkich przeciwnikach - Szachtarze, Dynamie. Takie były plany. Przez wybuch zabrakło czasu.

Odrodzeni

Budowlani z oczywistych względów nie dokończyli tamtego sezonu. Zespół się rozpadł. Minął rok. - Wielu kolegów pracowało przy zabezpieczaniu elektrowni. Mieliśmy kontakt, chcieliśmy grać w piłkę, ale zaczęliśmy się zastanawiać: gdzie trenować? Miasta przecież nie było. Zaczęliśmy się odradzać w Wyszogrodzie, niedaleko Kijowa. Dostaliśmy sprzęt i piłki od związku. Straciliśmy jedną trzecią zawodników, ale zaczęliśmy trenować. Na mecze często wychodziliśmy prosto z elektrowni. Z czasem związek dopasował terminarz do naszego dwutygodniowego systemu pracy: dwa tygodnie pracowaliśmy, później mieliśmy dwa tygodnie wolnego. Wtedy graliśmy mecze - opowiadał Litwin Lenta.ru.

Na ich mecze przychodziło wielu kibiców. Mieszkańcy miejscowości, w których grali, chcieli zobaczyć bohaterów pracujących przy elektrowni. Budzili ciekawość i spotykali się z sympatią. - Wszyscy pytali: "jak się macie? Jak tam jest?". Odpowiadaliśmy, że dobrze. Skoro graliśmy w piłkę, to musiało być dobrze. Ale tak naprawdę sami się zastanawialiśmy, ile będziemy żyć, czy zdążymy wychować dzieci, czy doczekamy swoich wnuków - przyznaje kapitan Budowlanych.

Zagrali dwa sezony. W pierwszym zajęli trzecie miejsce wśród amatorskich zespołów w regionie kijowskim, ale kolejny był o wiele słabszy. Skończyli na ósmym miejscu. - Brakowało perspektyw. Powroty z Prypeci do Wyszogrodu stały się coraz trudniejsze. Nie dało się rozwijać zespołu w takich warunkach - tłumaczy Litwin.

Rozegrali zaległy mecz

Jednak w 2016 roku, po trzydziestu latach od katastrofy, spotkali się raz jeszcze. Chcieli rozegrać mecz, który został w ostatniej chwili odwołany przez wybuch. Budowlani kontra Mechanicy. Symbolicznie. Niemal równo 30 lat później. Tyle, że w Sławutyczu, mieście wybudowanym dla ludzi ewakuowanych z strefy wykluczenia. - Oczywiście niektórzy z nas już nie żyją, bo wielu było zaangażowanych w likwidację skutków wybuchu. Wołodia Szegol i Koistrenko Kolja pracowali w elektrowni do ostatniego dnia. Kilku z nas choruje, ktoś akurat miał operację. Ale i tak wielu udało się zebrać. To było niesamowite uczucie. Mecz skończył się wynikiem 2:2, strzeliłem oba gole. Ważniejsze było to, że z trybun dopingowały nas wnuki. Doczekaliśmy - mówi Litwin. 

Więcej o: