Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dave Roland uwierzył w nieśmiertelność. Ale życie odebrał mu niewidzialny koronawirus...

Gdy Dave Roland wytrzymał przyparty do płotu przeklętej trybuny Leppings Lane, uwierzył w swoją nieśmiertelność. 31 lat temu na Hillsborough bał się tłumu ludzi. Przed kilkoma dniami życie odebrał mu niewidzialny koronawirus.

Zdjęcia z tej katastrofy były wstrząsające. Wracały co roku przy okazji kolejnych rocznic, a ich autorzy wygrali wiele fotograficznych konkursów. Bił z nich strach widoczny na twarzach wgniatanych w ogrodzenie, rozpacz ludzi opłakujących zwłoki i ulga tych, którzy po katastrofie mogli przytulić ukochaną osobę. Przytłaczała wielkość opustoszałej trybuny i determinacja kibiców, którzy chwilę wcześniej szukali ratunku, wspinając się piętro wyżej. Dave Roland, dzięki zdjęciu Johna Gilesa fotografującego dla agencji „PA Images”, stał się jednym z symboli tej katastrofy. Siedzi na murku pustej trybuny, która zabrała życie 96 kibiców.

W szaliku Liverpoolu chowa zrozpaczoną twarz, bo 17-latek, którego próbował ratować, zmarł mu na rękach. To palące wcześniej słońce, teraz zaszło. Leżące przed nim powywracane bandy reklamowe, jeszcze kilka minut temu służyły za nosze, a teraz dodają zdjęciu grozy. Powyginana siatka i zdemolowany płot dają wyobrażanie skali niebezpieczeństwa. You’ll Never Walk Alone. Ale on jest sam pośród porozrzucanych w popłochu papierków.

Jak doszło do tragedii?

To miał być mecz sezonu. Liverpool kontra Notthinham Forest. Dwie świetne drużyny, półfinał Pucharu Anglii. Spodziewano się, że na Hillsborough, jeden z największych stadionów na Wyspach, absolutnie znakomity - jak pisano w przedmeczowym programie - wejdzie tego dnia aż 54 tys. kibiców. Nikt nie przypuszczał jednak, że dojdzie do tak niewyobrażalnej tragedii. I właśnie bezmyślność, nieroztropność i słaba organizacja zaważyła na śmierci blisko stu kibiców Liverpoolu.

Tej tragedii można było uniknąć. Wystarczyło zadbać o nieważny od dziesięciu lat certyfikat bezpieczeństwa. Albo nie wpuszczać na trybunę Leppings Lane tak dużej grupy kibiców Liverpoolu. Albo w porę zamknąć tunel prowadzący na trybunę. Albo informować kibiców, że są inne wejścia. Tego dnia popełniono mnóstwo błędów. 

Zobacz wideo Maseczki ochronne. Co należy wiedzieć? Jak zrobić samemu maseczkę?

Rok przed tragedią na Hillsborough odbywał się mecz, który budził podobne zainteresowanie. Wtedy policjanci wskazywali kibicom, do których sektorów mają wejść i mówili, którędy do nich dotrzeć. Od początku do końca dowodzili poruszającym się tłumem, dzięki czemu ludzi udało się rozmieścić na trybunie w miarę po równo.

Przed meczem Liverpoolu z Nottingham Forest tego zabrakło. Tym razem nikt nie informował, gdzie są dodatkowe wejścia, więc wszyscy kibice intuicyjnie chcieli dostać się na trybunę głównym tunelem. Kwadrans przed meczem na wejście czekało ponad 5 tys. fanów Liverpoolu. Tłoczyli się przy bramie głównej, a później - tunelem - zaczęli szturmować trybuny. Gdy usłyszeli, że rozpoczął się mecz, przyspieszyli. Nie chcieli przegapić nawet minuty. Napierali z góry, więc ludzie ze środka trybuny schodzili niżej, a z czasem zaczęli spychać na kraty kibiców będących na samym dole. Kolejne fale kibiców wchodzących z góry, wgniatały w płot tych na dole. Trybuna nie mogła pomieścić wszystkich. Panika niosła śmierć. Gehenna trwała przeszło 10 minut, ludzie unosili się nad ziemią wypychani przez z tyłu. Najsprawniejsi próbowali wspinać się na płot lub z pomocą innych wchodzić na wyższe piętro trybuny. Jeśli się przewrócili, byli bez szans. 

Na murawie składano kolejne ofiary. Stadionową halę zaadaptowano na kostnicę, w której można było identyfikować ciała. Ci, którzy wyszli ze stadionu, ustawili się w gigantycznych kolejkach do budek telefonicznych, by uspokoić rodzinę. Albo powiadomić, że do domu wróci mniej osób, niż z niego wyszło.

"Na zawsze zapamiętam to palące słońce, które świeciło prosto w niego"

Wspomniany Dave Roland, bohater jednego ze zdjęć, miał wtedy 34 lata. Kibicował Liverpoolowi i na mecz pojechał ze swoim przyjacielem Johnem Owenem. Obaj znaleźli się w środku tego tłumu. Roland przyparty do muru żegnał się z życiem, ale dopisało mu szczęście - wydostał się i przeżył. Obok niego stał młody chłopak - jak się później okazało - 17-letni Henry Rogers. Dusił się. Był poturbowany. - Na zawsze zapamiętam to palące słońce, które świeciło prosto w niego. Mój przyjaciel John trzymał go w ramionach, ja ściskałem jego rękę. Umarł. A mnie po chwili ktoś od niego odciągnął - wspominał Roland kilka lat temu w rozmowie z "Liverpool Echo". Razem z przyjacielem odszukali rodziców zmarłego chłopaka. - Dokładnie pamiętam słowa, których wtedy użyłem: "Przyszliśmy państwu powiedzieć, że Henry nie był sam, gdy umierał. Pomyśleliśmy, że będzie państwu lepiej, jeśli będziecie o tym wiedzieć" - opowiadał gazecie. Kilka dni później uczestniczyli w pogrzebie Henry’ego.

Córka Dave’a, Michelle, przyznała, że tragedia zmieniła jej ojca. Po dwóch latach rozstał się z żoną. Przestał chodzić na mecze. Długo nie mógł o tym wszystkim opowiadać. Płakał, gdy podczas przeprowadzki do nowego mieszkania, wpadła mu w ręce od lat niewidziana kurtka, którą 15 kwietnia 1989 roku miał na sobie. Dopiero po latach powiedział, co wtedy przeżył. Mówił o przerażonych twarzach dookoła niego. Opisywał, jak ciasno jest przy płocie, gdy za plecami masz tysiące spanikowanych osób. - Tata uczestniczył w dochodzeniach w sprawie tragedii na Hillsborough. Zeznawał też w sprawie Henry’ego Rogersa. Jechaliśmy samochodem do sądu, a on trząsł się całą drogę. Byliśmy na miejsce, on wychodził i wiedział, jak ważne będą jego zeznania. Był precyzyjny, skupiony. Bardzo mu zależało, żeby ludzie poznali prawdziwą wersję wydarzeń z Hillsborough. Stawiał prawdę ponad to, że się denerwował. Zawsze stawiał innych ponad siebie - cytuje jego córkę "Liverpool Echo". 

Katastrofa zmieniła życie Dave’a Rolanda, ale nie zdefiniowała go na nowo. Nadal kochał muzykę, futbol, swoją rodzinę i swoje miasto. Wciąż przychodził na mecze "The Reds" do pubu "John Brodie" na Allerton Road i siadał przy swoim ulubionym stoliku niedaleko telewizora. Gdy zdał sobie sprawę z ulotności życia, zaczął jeszcze bardziej się nim cieszyć. Był najlepszym dziadkiem dla swoich wnuków: takim zabawnym, opiekuńczym i troskliwym. Kochającym do szaleństwa.

Nie odszedł sam

Wkurzał się na tego koronawirusa. Jego Liverpool zmierzał przecież po mistrzostwo Anglii. Bez porażki u siebie. Czasami pięknie, czasami zuchwale. Zawsze z tym niesamowitym Kloppem przy linii. Ostatnie miesiące były dla Rolanda wprost wspaniałe. Oglądał mecz, a później kuflem piwa świętował kolejne zwycięstwo razem z kolegami. Czekał na taki sezon trzydzieści lat. Pod koniec tego roku miał przejść na emeryturę i mieć jeszcze więcej czasu dla wnuków.

- Był sfrustrowany wpływem koronawirusa. Wiedział, że potrzeba raptem kilku meczów, by Liverpool oficjalnie zdobył mistrzostwo. Był tym niesamowicie podekscytowany - opowiada Michelle. Gdy wybuchła pandemia, Dave długo trzymał się zdrowo. Był sprawny, nie narzekał. Jego córka uważa, że miał fałszywe poczucie niezwyciężoności, choć oczywiście stosował się do zaleceń i nosił maskę oraz rękawiczki. 

Niestety, to go nie uchroniło. Nie podejrzewał, że jest zakażony, do czasu aż nie upadł w swoim mieszkaniu i nie trafił do szpitala. To było na początku kwietnia. Jego stan z dnia na dzień się pogarszał. 6 kwietnia - dziewięć dni przed 31. rocznicą tragedii na Hillsborough - zmarł. Nie doczekał wymarzonego mistrzostwa. Gdy odchodził, słuchał Davida Bowiego, bo zaraz po tym, jak trafił do szpitala, zdążył powiedzieć pielęgniarkom, że go uwielbia. Z telefonu puściły mu ulubioną piosenkę. Dla Michelle ta z pozoru nieistotna informacja okazała się ważna. W stronę światła jej ojciec nie szedł sam. Jak Henry 31 lat wcześniej.

Przeczytaj również: